W cieniu muszli. Moje drugie samotne Camino

Droga Camino, tak naprawdę, nie zaczyna się na szlaku. Zaczyna się w sercu i prowadzi różnymi ścieżkami do Santiago de Compostela w Hiszpanii – miasta związanego z kultem św. Jakuba Apostoła.

Czytaj również...

Według legendy po męczeńskiej śmierci św. Jakuba Apostoła ciało umieszczono w łodzi, która dopłynęła do wybrzeży Hiszpanii. Miejsce pochówku przez wieki pozostawało zapomniane, aż w IX w. pustelnik Pelagiusz ujrzał nad nim niezwykłe światła. Tak narodziło się Santiago de Compostela – Pole Gwiazdy.

Dziś pielgrzymi podążają tam nie za gwiazdą, lecz za symbolem muszli. I mnie te oznaczenia kierowały na drogę. W tym roku Camino zawołało po raz drugi i mam przeczucie, że nie ostatni.

Szlaków prowadzących do Santiago jest wiele. Niektóre mają ponad tysiąc kilometrów i wymagają kilku miesięcy marszu. Ja, zbliżając się do siedemdziesiątki, nie ścigam się z rekordami. Wolę spokojne wędrowanie, podziwianie krajobrazów, dobrą kawę i rozmowy z ludźmi spotkanymi po drodze.

W ubiegłym roku samotnie przeszłam część Camino portugalskiego – z Baiony do Santiago. Tydzień wędrówki wystarczył, by zakochać się w Camino na dobre. Dlatego na 2026 r. zaplanowałam kolejną przygodę – troszkę trudniejsze, bardziej górzyste Camino del Norte, biegnące wzdłuż wybrzeża Zatoki Biskajskiej. To jedna z najpiękniejszych, ale i wymagających tras. Liczy ponad 800 km, dlatego postanowiłam pokonywać ją etapami, we własnym tempie. Bez pośpiechu, za to z czasem na zachwyty, refleksję i niespodziewane spotkania, które Camino zawsze przynosi.

Trasa Bilbao–Santander. 150 km wędrówki

Ten etap Camino zaplanowałam na maj. O tej porze roku na szlaku jest jeszcze spokojnie, a jedyną niedogodnością bywają częstsze opady deszczu. Ale przemoczona kurtka czy plecak to przecież część pielgrzymkowej przygody.

Już zimą kupiłam bilety na trasie Kraków–Bilbao–Kraków, a później zabrałam się do przygotowań. Czytałam o miejscach, przez które miałam przechodzić, poznawałam historię regionu i doświadczenia innych pielgrzymów.

Ponieważ wędruję sama, dużą wagę przywiązuję do noclegów, staram się mieć przygotowane adresy i numery telefonów sprawdzonych albergues (schronisk dla pielgrzymów) i hosteli. Na Camino nie szuka się luksusów, ale odrobina komfortu po całym dniu marszu jest bezcenna. Większość wybranych przeze mnie miejsc okazała się strzałem w dziesiątkę. Większość – bo jeden nocleg przysporzył mi nie lada strachu, że spędzę noc na plaży. Ale o tym później…

Bilbao – serce Kraju Basków

Moje Camino rozpoczęło się w Bilbao – największym mieście Kraju Basków, które z przemysłowego ośrodka przeobraziło się w nowoczesne centrum kultury i sztuki.

Do miasta dotarłam późnym wieczorem i zatrzymałam się w uroczym hostelu na Starówce, tuż obok katedry. Na zwiedzanie nie było czasu, ale już sam spacer wąskimi uliczkami pełnymi turystów, restauracji i rozbawionej młodzieży wystarczył, bym postanowiłam tu wrócić, tym bardziej że obowiązkowo zwiedzić trzeba ikonę miasta – futurystyczne Muzeum Guggenheima. Tak więc Bilbao zdecydowanie zasługuje na więcej niż jeden wieczór.

Następnego ranka ruszam na pierwszy etap Camino del Norte.

Camino-2026-07-04-2-PORTAL
Klify w Santander, stolicy regionu Kantabria. Ten widok rekompensuje trudy pielgrzymki | Fot. Adobe Stock

Portugalete i Santurtzi – miasta sympatycznych seniorów

Pierwszy dzień wędrówki był krótki – niespełna 20 km. Trasa prowadziła wzdłuż rzeki do słynnego Mostu Baskijskiego, wpisanego na listę UNESCO. Tą niezwykłą, podwieszaną gondolą przedostałam się do Portugalete, skąd dotarłam do Santurtzi na kolejny nocleg.

Ponieważ przybyłam wcześnie, miałam czas na spacer po obu nadmorskich miejscowościach. Zachwyciły mnie klimatyczne uliczki, portowa atmosfera, cieszyli życzliwi mieszkańcy.

Najbardziej zapamiętałam jednak seniorów. Byli wszędzie – w kawiarniach, na placach i promenadach. Rozmawiali, śmiali się, a nawet tańczyli przy hiszpańskiej muzyce. To właśnie oni stworzyli niezwykły klimat tego miejsca, który mi się udzielił.

Urok miały także strome uliczki Starówki wyposażone w ruchome schody. Doceniłam je szczególnie następnego ranka, gdy z plecakiem na ramionach ruszyłam dalej. Bo od tego momentu zaczęło się naprawdę pod górkę…

Pobeña i przygoda z noclegiem

Trasa z Portugalete do Pobeñy uchodzi za umiarkowaną, choć nie brakuje na niej kilku wymagających podejść. Już za miastem zaczęły się pierwsze wzniesienia, a temperatura rosła z każdą godziną. Na szczęście, po drodze nie brakowało barów, gdzie można było odpocząć przy kawie, świeżym soku czy słynnych baskijskich pintxos. Miejscowi popijali wino.

Po drodze zobaczyłam obrazek, który idealnie oddawał hiszpański styl życia. Była ósma rano, a przed starą kaplicą siedział starszy pan z gazetą i napoczętą butelką wina. Bez pośpiechu, bez stresu – po prostu celebrował dzień.

Po 18 km dotarłam do Pobeñi, niewielkiej miejscowości słynącej z rozległej plaży. To w tej miejscowości planowałam nocleg. Niestety, szybko okazało się, że znalezienie miejsca do spania nie będzie łatwe. Jeden albergue był pełny, drugi zamknięty z powodu remontu, a pozostałe telefony milczały. Zaczęłam się denerwować, wokół nie było żadnej bratniej duszy. Ostatecznie udało mi się znaleźć pokój w pobliskiej gminie Muskiz. Cena była mało pielgrzymkowa, ale nie miałam wyboru. Hotel znajdował się poza szlakiem. Musiałam dołożyć dodatkowe 5 km marszu przez mało urokliwą, przemysłową okolicę pełną rur i ogromnych konstrukcji. Dopiero później dowiedziałam się, że wędrowałam w sąsiedztwie jednej z największych hiszpańskich rafinerii, czego nie doczytałam, przygotowując trasę.

Sam hotel okazał się największym rozczarowaniem całej dotychczasowej wyprawy. Paradoksalnie wszystkie wcześniejsze hostele wspominam znacznie cieplej.

Następnego ranka wróciłam na Camino. Na szczęście nieudany nocleg szybko poszedł w zapomnienie. Szlak zamienił się w piękną nadmorską ścieżkę, która wyprowadziła mnie z Kraju Basków i wprowadziła do Kantabrii. Przede mną były już nowe krajobrazy, nowe miejsca i kolejne przygody.

Camino-2026-07-04-3-PORTAL
Droga do Castro Urdiales była jedną z najpiękniejszych na szlaku, ale też dała mi się we znaki | Fot. Adobe Stock

Castro Urdiales – małe miasto, wielki charakter

Droga do Castro Urdiales była jedną z najpiękniejszych na szlaku, ale też dała mi się we znaki. Najpierw musiałam pokonać słynne „żelazne schody” (1200 peldaños), które wyprowadziły mnie na malowniczy klif z zachwycającymi widokami na wybrzeże. Później nie brakowało kolejnych stromych podejść.

Przez pewien czas szłam wzdłuż drogi, mijając urocze wioski otoczone zadbanymi ogrodami pełnymi kwiatów. Widoki były tak sielskie, że zapomniałam o zmęczeniu i maszerowałam podśpiewując majowe pieśni.

Nocleg miałam zarezerwowany w samym centrum, w pensjonacie „Jade”. Już od progu poczułam się tam jak w domu Fridy Kahlo. Wszędzie wisiały kolorowe reprodukcje jej obrazów, ozdobnych bibelotów, oryginalnych mebli i zachęcających do zapadnięcia się w nie mięciutkich puf. Mimo zmęczenia i tej sielskiej atmosfery szybko udałam się na zwiedzanie miasta. Musiałam koniecznie wspiąć się na wzgórze, nad którym góruje piękny gotycki Kościół Santa María de la Asunción. Rozpościera się stamtąd wspaniały widok na stare miasto, port i bezkresny ocean. Później spacerowałam nadmorską promenadą, mijając pełne życia kawiarnie i restauracje.

To właśnie uwielbiam w Hiszpanii – mieszkańcy potrafią celebrować codzienność. Przekonałam się o tym także następnego ranka, gdy o świcie w kawiarni zastałam kilku stałych bywalców spokojnie rozgrywających partyjkę brydża przy porannej kawie.

Castro Urdiales urzekło mnie nie tylko swoim położeniem i architekturą, ale przede wszystkim atmosferą.

Laredo – przystanek, którego nie chce się opuszczać

Po nocy spędzonej w Castro Urdiales Camino poprowadziło mnie dalej, wzdłuż zapierających dech w piersiach klifów Morza Kantabryjskiego. Trasa należała do bardzo malowniczych. Po drodze mijałam średniowieczny zamek, latarnię morską, kaplicę Santa Isabel oraz Kościół La Magdalena. Każdy kolejny zakręt odsłaniał nowe widoki na bezkresny ocean i surowe wybrzeże.

Był to zarazem najdłuższy etap mojej pielgrzymki – około 30 km nieustannego marszu, góra-dół, przy przewyższeniach sięgających 600–700 m. Temperatura dochodziła 30°C. Mimo wysiłku trudno było narzekać – krajobrazy skutecznie odwracały uwagę od zmęczenia.

Do Laredo dotarłam wyczerpana, ale nagroda była wyjątkowa. Mój nocleg znajdował się tuż przy plaży. Wyciszona szumem fal wylegiwałam się na niej do późnej nocy.

Samo Laredo słynie z szerokich, piaszczystych plaż, tętniącej życiem atmosfery oraz średniowiecznej dzielnicy Puebla Vieja. To jedno z tych miejsc, w którym chciałoby się zatrzymać na dłużej, lecz Camino nieustannie zaprasza do dalszej drogi…

Camino-2026-07-04-4-PORTAL
Bilbao, stolica Kraju Basków. Jego charakterystycznym punktem jest futurystyczne Muzeum Guggenheima | Fot. Adobe Stock

Noja–Güemes/Galizano

Zanim dotarłam do Santander, czekały mnie jeszcze noclegi w Noja i Galizano.

Noja nie zapisała się w mojej pamięci szczególnie. Po przyjeździe długo szukałam noclegu, a gdy w końcu go znalazłam, byłam już tak zmęczona, że zabrakło sił na zwiedzanie.

Za to kolejny dzień okazał się wyjątkowy. Droga z Noja w stronę Güemes i Galizano prowadziła przez bardzo zróżnicowane krajobrazy – od leśnych ścieżek, przez polne drogi, aż po asfaltową szosę skąpaną w słońcu. Momentami miałam wrażenie, że zboczyłam z trasy, ale mapa uparcie twierdziła co innego.

Mój nocleg znajdował się pomiędzy Güemes a Galizano, w małej, rozproszonej wiosce. Im dalej szłam, tym bardziej wątpiłam w sens tego „odjazdu”. A jednak – gdy dotarłam na miejsce, wszystkie wątpliwości zniknęły. Czekała tam na mnie kolonialna hacjenda z duszą, prowadzona przez niezwykle charyzmatycznego Hiszpana, który jednocześnie był gospodarzem, kucharzem i opiekunem swojej chorej na demencję mamy. Jego energia i serdeczność tworzyły wyjątkową atmosferę, której nie da się zapomnieć. Już po chwili wiedziałam, że te dodatkowe kilometry były najlepszą decyzją tego dnia.

Rankiem czekało śniadanie, które do dziś wspominam z uśmiechem: świeży chleb, kawa, sok z pomarańczy i jajecznica z boczkiem – pyszności!

Takie miejsca przypominają, że Camino to nie tylko droga i widoki, ale przede wszystkim ludzie i historie, które zostają w sercu na długo po zakończeniu wędrówki.

Idę dalej…

Somo–Santander. Tu pielgrzymka smakuje najbardziej

Po opuszczeniu Galizano moja dalsza droga zaczęła się od spokojnego spaceru po utwardzonej drodze, a potem nastąpiła czarująca, spokojna i pełna sakralnej atmosfery wędrówka po skalistej, dziewiczej ścieżce Camino, która prowadziła do pięknej nadmorskiej trasy wzdłuż klifów, gdzie pasły się krowy, kozy i owce – do Somo. Stamtąd miałam prom do Santander; to jedyna możliwość, aby tam dotrzeć.

Ta trasa zostanie ze mną w pamięci do końca mojego życia: wspinałam się po kamienistych ścieżkach, wchodziłam w pola z horyzontem sięgającym oceanu, szłam długi czas wybrzeżem, podziwiając surowe, często groźne, wyrzeźbione przez naturę klify. Schodziłam nad Atlantyk, taplając się w wodzie… Aż cudnymi ścieżynkami dotarłam do portu. I popłynęłam do ostatniego punktu mojej podróży.

Eleganckie Santander

Santander to stolica Kantabrii i jedno z najbardziej eleganckich miast na północnym wybrzeżu Hiszpanii. Najlepszym sposobem na zwiedzanie Santanderu są długie spacery. Miałam na to sporo czasu, gdyż dotarłam tam po południu, a autokar do Bilbao, skąd miałam lot powrotny, zaplanowałam dopiero na popołudnie następnego dnia.

Odwiedziłam więc urokliwe kościoły, a w katedrze uczestniczyłam we mszy św. Następnego dnia wybrałam się wybrzeżem na Półwysep Magdaleny, aby zobaczyć słynny pałac (Palacio de la Magdalena) – okazałą letnią rezydencję króla Alfonsa XIII i królowej Wiktorii Eugenii z początku XX w.

Otaczający pałac park jest dziś popularnym miejscem wypoczynku, oferującym przepiękną panoramę morza, cudną roślinność oraz baseny, w których pływają foki.

Wspomnę jeszcze o Bilbao, na którego zwiedzanie miałam prawie dwa dni. Miasto, które kiedyś kojarzone było głównie z przemysłem, dziś przeobraziło się w nowoczesny i atrakcyjny dla turystów ośrodek. Zaproszono tam najwybitniejszych architektów świata, którzy nadali mu współczesny charakter i skierowali na nie uwagę całego świata.

I tak: Philippe Starck wymyślił, jak przekształcić dawny skład wina w miejskie centrum kultury Alhóndiga Bilbao, Norman Foster zaprojektował betonowe stacje metra ze słynnymi ślimakowatymi wejściami. A Frank Gehry stworzył niezwykłe Muzeum Guggenheima – najbardziej rozpoznawalny obiekt i symbol Bilbao. To właśnie temu muzeum sztuki nowoczesnej poświęciłam niemal pół dnia. Miałam też czas na błąkanie się po uliczkach i zaglądanie do licznych kościołów. Odwiedziłam również piękną, starą bazylikę katedralną św. Jakuba, uczestnicząc we mszy św.

Camino-2026-07-04-5-PORTAL
To ja na krakowskim lotnisku, tuż przed odlotem do Bilbao | Fot. archiwum prywatne

Jak podsumowuję moją pielgrzymkę?

Była ona owocna pod każdym względem – nie tylko turystycznym, co dość szczegółowo opisałam, ale także duchowym.

Wędrowałam sama. I to dosłownie. Były dwa odcinki trasy, podczas których nie spotkałam ani jednego pielgrzyma. W inne dni mijałam zaledwie kilka osób. Spotkałam przemiłą Christine z Francji, która była już od miesiąca w drodze (mijałyśmy się na trasie trzykrotnie, a nawet niespodziewanie spotkałyśmy się w tym samym hostelu, co było niezwykłe); sympatycznego Holendra pracującego w Barcelonie, który, zmieniając pracę, wygospodarował tydzień na Camino; a także szwajcarskiego studenta.

I to właściwie wszystko.

Szłam sama, ceniąc tę wyjątkową samotność, bliskość przyrody i możliwość spotkania z Bogiem.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 26 (74) 04-10/07/2026

Afisze

Więcej od autora