Przez niemal połowę swego życia napisał mnóstwo opowiadań, wierszy i fraszek dla dorosłych, których dziś nikt nie czyta. Za to jego „Samochwałę, [która] w kącie stała”, „Tańcującą igłę z nitką”, „Pchłę szachrajkę” czy „Szelmostwa Lisa Witalisa” i wiele innych cudownych rymowanych historyjek znają wszyscy, nie wspominając już o „Panu Kleksie”. Dzieci wręcz zaczynały swoją edukację literacką od Brzechwy.
Życie więc splatało mu w pewnym sensie figla – tym bardziej, że pierwsze utwory dla młodych czytelników zaczął pisać „od niechcenia”, będąc około czterdziestki.
Przez dekady zachwycamy się jego wierszami, ale o samym autorze niewiele wiemy. Kim był człowiek, który w dziejach polskiej literatury napisał najwspanialsze wiersze dla młodych czytelników?
Szukał własnej drogi
Jan Brzechwa urodził się 15 sierpnia 1898 r. w Żmerynce, w dzisiejszej Ukrainie, wówczas carskiej Rosji. Naprawdę nazywał się Jan Wiktor Lesman, a nazwisko „Brzechwa” było jego pseudonimem artystycznym wymyślonym przez kuzyna – poetę Bolesława Leśmiana.
Był pochodzenia żydowskiego. Jego dziadek od strony ojca to Bernard Lesman, żydowski księgarz i wydawca, a także nauczyciel w Szkole Rabinów w Warszawie. Ojciec Aleksander był inżynierem kolejowym, a matka Michalina z Lewickich – nauczycielką francuskiego. Rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania, z uwagi na pracę ojca.
Dzieciństwo młody Janek (wraz z siostrą) spędził na Kresach Wschodnich. Uczył się w gimnazjum handlowym w Kijowie, następnie przeniósł się z rodzicami do Warszawy, gdzie kontynuował naukę w gimnazjum Jeżewskiego. Egzamin dojrzałości zdał jednak w Petersburgu, gdzie wraz z siostrą zostali wysłani, aby się dalej edukować. Po maturze wyjechał do Kazania, do rodziców, którzy w tym czasie tam zamieszkiwali. Tam też rozpoczął studia weterynaryjne, które przerwał po dwóch latach, ponieważ rodzice znów przeprowadzili się do Warszawy. Studia kontynuował już na innym kierunku, filologii polskiej, na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego. Jednak szybko zdecydował o zmianie i na własną prośbę został przeniesiony na wydział prawa. Dyplom uzyskał w 1924 r.
Mecenas, który rymował
Jako adwokat (pracując w tym zawodzie, posługiwał się swoim rodowym nazwiskiem: Jan Wiktor Lesman) wyspecjalizował się w prawie autorskim i był jednym z pierwszych specjalistów w tej dziedzinie w Europie; wygrywał przed wojną procesy, o których innym się nie śniło. Był też jednym z założycieli polskiego ZAiKS, organizacji chroniącej prawa autorskie twórców. Był też świetnym satyrykiem, podporą przedwojennych kabaretów. Pisał piosenki, skecze i monologi do legendarnego Qui pro Quo, Cyrulika, o czym dziś mało się pamięta.
Za to został zapamiętany jako elegant i lowelas. Poeta mógł się podobać. Był bardzo wysoki, zawsze świetnie ubrany, szarmancki wobec kobiet. Miał powodzenie i z niego korzystał. Na jego uczuciowym koncie są: trzy żony, a także kilkanaście przelotnych romansów. Miał jedno dziecko, córkę Krystynę z pierwszego związku z Marią Sunderland.
Podobno to miłość pomogła Brzechwie, który miał semicką urodę, przetrwać okupację poza gettem, choć jego pochodzenie było powszechnie znane.
Brzechwa lubił żyć wygodnie. Płacił za wygodne życie wierszami. W tekście na 10-lecie Polski Ludowej napisał, że do wojny wydał osiem książek mających łącznie 15 tys. nakładu, a przez dziesięć lat powojennych opublikowano mu już 2,5 mln egzemplarzy, choć twórczość literacką traktował jako dodatkowe zajęcie.
Jego debiutanckim tomikiem poezji skierowanym do miłośników literatury pięknej były „Oblicza zmyślone” wydane w 1926. A pierwszy zbiór wierszy dla dzieci „Tańcowała igła z nitką” opublikował w 1938 r. wraz z innymi wierszami, takimi jak „Pomidor”, „Żuraw i czapla” czy „Na straganie”. W 1939 wydał „Kaczkę dziwaczkę”.
Nie wszystkim się te wiersze podobały
Jeśli chodzi o „Oblicza zmyślone”, to część recenzentów pisała o narzucającym się podobieństwie poezji Brzechwy do wierszy bardziej zdolnego kuzyna. Była to recenzja najbardziej obraźliwa dla ambitnego Brzechwy. Zarzucano mu podobną tematykę, język, a nawet metafory, bo tak jak Leśmian „udawał się” w stronę natury, kosmosu i Boga. Jerzy Braun (pisarz i krytyk literatury) w „Gazecie Literackiej” napisał wprost: „drugi Leśmian”.
Nienajlepiej były oceniane również utwory dla dzieci, jego pisarstwo dla najmłodszych było stale krytykowane przez PRL-owskich oficjeli. Zarzucano mu, że są niepedagogiczne, zbyt wymyślne, za dużo w nich absurdalnego humoru typu: „panie sumie, w sumie pan niewiele umie” i że nie kończyły się morałem i jasną wskazówką, co jest dobre, a co złe. Niektórzy też uważali, że Brzechwa wręcz gorszy dzieci. Na przykład wiersz „Nie pieprz Pietrze” miał zwracać uwagę na słowo pieprzyć. Oskarżano go o deprawowanie dzieci. Źle kojarzył im się np. domniemany rym do słowa zupa: „Na co wasze swary głupie, wnet i tak zginiemy w zupie…”.
Nie dostrzegano, że jego wiersze uczą zrozumienia, szacunku i zgody, pokazując bezsensowność kłótni i wprowadzając nazwy warzyw, wartości przedstawianych w zabawnym tonie, jak w wierszu: „Na straganie w dzień targowy/Takie słyszy się rozmowy:/»Może pan się o mnie oprze,/Pan tak więdnie, panie koprze«./»Cóż się dziwić, mój szczypiorku,/Leżę tutaj już od wtorku!«/Rzecze na to kalarepka:/»Spójrz na rzepę – ta jest krzepka!«”.
Główny zarzut polegał jednak na tym, że jak na wiersze dla dzieci ich bohaterowie są zbyt niejednoznaczni moralnie, taka Pchła Szachrajka czy Lis Witalis, co o nich myśleć? Ona oszustka, on chytry kombinator, a taki leń, to na tapczanie siedzi cały dzień.
Mimo nagonek „znawców literatury”, Jan Brzechwa jako autor literatury dziecięcej zdobył ogromną popularność. I sam był tym zdziwiony, tym bardziej, że jak przyznawał, za dziećmi nie przepadał. Swoją jedyną córkę Krystynę poznał dopiero gdy miała dziewięć lat – na pogrzebie Leśmiana.
Przygody Pana Kleksa – arcydzieło literatury dziecięcej
Najwybitniejszym dziełem Jana Brzechwy pozostaje trylogia o Panu Kleksie, składająca się z „Akademii Pana Kleksa” (w tym roku przypada 80. rocznica wydania), „Podróży Pana Kleksa” i „Triumfu Pana Kleksa”. Pierwszą część napisał w czasie II wojny światowej. Podczas okupacji Brzechwa musiał przerwać karierę prawniczą i pracował jako robotnik w gospodarstwie rolnym. Właśnie w tamtym czasie powstała „Akademia Pana Kleksa”. Autor opublikował ją w 1946 r. własnym sumptem, dzieląc koszty wydania z przyjacielem, ilustratorem Janem Marcinem Szancerem, polskim grafikiem, który stworzył kultowe ilustracje pełne magii i kolorów dla niezwykłej szkoły prof. Ambrożego Kleksa, która uczy wyobraźni, a zamiast ocen stosuje piegi.
Dwie kolejne części, „Podróże Pana Kleksa” i „Triumf Pana Kleksa” powstały w latach 60.
To literackie trio jest arcydziełem literatury polskiej skierowanej do dzieci. To erupcja niezwykłej wyobraźni, gejzer pomysłów, eksplozja kreatywności, nieokiełznanej fantazji.
O czym jest „Akademia pana Kleksa”? Przedstawione są tam losy 12-letniego Adasia Niezgódki, który trafia do tytułowej szkoły prowadzonej przez ekscentrycznego profesora Ambrożego Kleksa. W niezwykłej akademii uczą się wyłącznie chłopcy noszący imiona na literę „A”, a ich codzienne zajęcia to m.in.: nauka kleksografii, przędzenie liter czy leczenie chorych sprzętów. Pomocnikiem pana Kleksa jest uczony szpak Mateusz. Akademię otacza mur z furtkami prowadzącymi do rozmaitych bajek, a na jej piętrze ukryte są sekrety pana Kleksa, do których uczniowie nie mają dostępu.
Powieść przezabawna i przesmutna zarazem, bo Pan Kleks nie jest tylko dowcipną historią zdziwaczałego naukowca i mozaiką barwnych przygód grupy chłopców w fikcyjnym świecie. Perypetie w akademii i podróże przez wymyślone krainy bywają śmieszne, ale kryje się za nimi opowieść o nietolerancji i powstającemu złu, by zniszczyć świat wolności i wyobraźni.
Bardzo ciekawa jest legenda, jakoby „Panem Kleksem” zainteresowało się samo Hollywood, aby nakręcić film, ale jak mówił w jednym z wywiadów Brzechwa, nie zgodził się na warunki Amerykanów, gdyż musiałby ukryć polskie pochodzenie Kleksa i zakamuflować jego pod anglosaskim pseudonimem. Nie wiadomo, na ile jest w tym prawdy, a na ile konfabulacji Brzechwy!
O Akademii Pana Kleksa powstał polski film
W 1983 r. wszedł na srebrne ekrany film „Akademia pana Kleksa” w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. Sukces był ogromny. Film pokazywany był w dwóch częściach i obejrzało go w kinach prawie 14 mln widzów. Liczbę tę w latach 80. przebił tylko film „Wejście smoka” z Bruce’em Lee, dlatego też Jerzy Armata (krytyk filmowy specjalizujący się w filmie dziecięcym i animowanym) nazwał premierę filmu „wejściem pana Kleksa”.
Powstała piękna baśń filmowa, do której reżyser przygotowywał się przez niemal dekadę, a plany zdjęciowe rozciągały się od Polski aż po Krym. Film bowiem powstał we współpracy polsko-radzieckiej, co umożliwiło uzyskanie większego budżetu oraz realizację spektakularnych plenerów. Rolę akademii zagrał pałac w Gołuchowie. Zdjęcia kręcono także w Nieborowie, Arkadii, Piotrkowie Trybunalskim, Łodzi, na zamku w Książu oraz w okolicach rzeki Dunajec, a sceny z udziałem ptaków oraz bardziej baśniowe lokacje realizowano m.in. w malowniczym zamku Jaskółcze Gniazdo na Krymie.
Do ról uczniów tytułowej akademii przesłuchano około 1 000 dzieci, z których reżyser wybrał ostatecznie 25 chłopców.
Trzeba podkreślić, że twórcy zadbali, by ten baśniowo-muzyczno-fantastyczny film został dobrze przyjęty. Skorzystano z nowoczesnych zabiegów marketingowych. Gradowski nie tylko zatrudnił do roli Kleksa jednego z najpopularniejszych wówczas aktorów – Piotra Fronczewskiego, lecz także całą plejadę gwiazd polskiej sceny rozrywkowej (Zdzisławę Sośnicką, Edytę Geppert, TSA i innych). Główny wokal należał jednak do Piotra Fronczewskiego (Pana Kleksa) oraz Zespołu Dziecięcego Akademii Pana Kleksa, a piosenki „Witajcie w naszej bajce”, „Na Wyspach Bergamutach”, „Kaczkę Dziwaczkę” nuciła wówczas cała Polska – i duzi, i mali fascynaci Pana Kleksa.
Do tego reżyser wprowadził nieznany wcześniej w kraju merchandising, czyli specjalne komercyjne wykorzystanie postaci, wizerunku miejsc akcji, w celu szerokiej promocji filmu.
Muzykę do filmu skomponował Andrzej Korzyński, który połączył pop, syntezatory i rockowe brzmienia zespołu TSA. Wraz z premierą filmu ukazała się płyta z muzyką kompozytora, a także śpiewnik i powiązana z filmem gra.
Akademia Pana Kleksa jest do dziś, a to jest już ponad 40 lat, niezapomnianym filmem legendą, choć sam autor tych historii jakby odchodził w zapomnienie. Po latach zainteresowanie Brzechwą na nowo rozbudziła ekranizacja „Akademii Pana Kleksa” z Tomaszem Kotem w tytułowej roli.
Dorośli fani Brzechwy
Ja kocham Pana Kleksa miłością wielką, zarówno wersję książkową, jak i filmową z lat 80., z cudownym Piotrem Fronczewskim w roli szalonego profesora z piegami. Dlatego podekscytowana czekałam na nową „Akademię” Macieja Kawulskiego, który – nie da się ukryć – zmierzył się tu z legendą.
Wieść o nowej wersji Kleksa w 2023 r., wzbudziła duże emocje, a niektórych wprawiła nawet w osłupienie. Bo oto bowiem ktoś postanowił zmierzyć się z legendą i do tego ośmielił się ją nawet zmienić. Ciekawa byłam również, czy Tomasz Kot, choć jest wybitnym i wszechstronnym aktorem, „pobije” Fronczewskiego, który wydawał się niezastąpiony.
I jak to wypadło? Najwięcej kontrowersji wywołała odważna zmiana głównego bohatera ucznia. Otóż miejsce Adasia Niezgódki zajęła Ada Niezgódka – dziewczynka z problemami, samotna i nierozumiana przez rówieśników. Od razu pojawiły się oskarżenia krytyków o „sprzyjanie feministkom”. W tej nowej wersji Kleksa akademia jest nie tylko koedukacyjna, ale tworzą ją uczniowie z całego świata – od Ukrainy po Brazylię. Sam Tomasz Kot, w roli profesora nie zawiódł – jest jak zwykle profesjonalny, gra uroczo z „kleksowym” zwariowaniem i roztargnieniem.
Nową filmową adaptację dobrze się ogląda. Jest skonstruowana trochę jak teledysk ze świata wyobraźni, z ciekawą muzyką i pięknymi zdjęciami. Nie czuje się jednak tego musicalowego potencjału historii, w jakim był tworzony film Gradowskiego. Sądząc z frekwencji w kinach, współczesnym dzieciom nowa „Akademia” się podoba.
Obie wersje, ta z 1983 r., jak i ta z 2023, są hołdem dla bajek, świata wyobraźni i samych dzieci, które, jeśli tylko zechcą, mogą wszystko – nawet uratować świat. I wszystkie marzą, aby tak wyglądała ich szkoła.

Brzechwa dzieciom
Jan Brzechwa swą poezją dał dzieciom radość, naukę i bogactwo języka. Przekształcił bajkę, nadając jej funkcję satyryczną, parodystyczną, żartobliwą. Są w niej elementy baśni, bajki, fantastyki, magiczności i radości.
„(…) Ów pogodny ton, który Jan Brzechwa potrafił zachować przez całą swoją twórczość, wywołuje na twarz młodych i starych pogodny i wdzięczny uśmiech na sam dźwięk jego nazwiska. Same tytuły jego książeczek („Kaczki Dziwaczki”, „O lisie Witalisie”, „Pchła Szachrajka”) wywołują już obraz jakiejś szczęśliwej krainy, gdzie dobroć i zabawa – goście tak rzadcy – podają sobie ręce, aby dać nam przeczucie wiecznego dzieciństwa, które byłoby prawdziwym szczęściem” – napisał Jarosław Iwaszkiewicz w „Życiu Warszawy” 19 czerwca 1966 r., dwa tygodnie przed śmiercią Brzechwy. „Móc udziecinnić się w radości. Nieosiągalne marzenie – urzeczywistnia się tylko w książkach” – dodał.
Warto sięgać po książki Brzechwy, bo jego wiersze mimo upływu lat wciąż bawią, uczą i zachwycają. W świecie kaczki Dziwaczki czy Pana Kleksa można zapomnieć o codzienności i powrócić do beztroski dziecinnych lat. Brzechwa udowodnił, że dziecięca wyobraźnia nie ma granic, a dobre słowo potrafi połączyć pokolenia – wystarczy tylko otworzyć książkę, czy wybrać się o kina, by zaczęła się zabawa.
Jan Brzechwa zmarł 2 lipca 1966 r. – miał 67 lat. Został pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie. W tym roku mija 60. rocznica jego śmierci.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 32 (92) 15-21/08/2026



