Justyna Giedrojć: Czy zawód tłumacza jest obecnie popularny?
Karolina Malinowska: Myślę, że to zależy od kombinacji językowych. W każdym razie na pewno jest nadal potrzebny, bo w obliczu konsekwencji wieży Babel kontakty międzyjęzykowe i międzykulturowe oraz potrzeba pomocy tłumacza, będącego też nieraz pośrednikiem kulturowym, przy porozumiewaniu się, nie zniknęły ani nie straciły na aktualności.
Co zadecydowało o tym, że wybrała Pani właśnie ten zawód?
Najbardziej chyba ogólna miłość do słowa i języka, a w szczególnie do języków, z którymi pracuję: polskiego i litewskiego.
Gdzie zdobywała Pani doświadczenie?
Zawód tłumacza, jak też zresztą chyba każdy inny, przede wszystkim wymaga dużo praktyki. Od początku swojej drogi miałam zasadę, by starać się nie odmawiać nawet wymagających propozycji tekstów do tłumaczenia, ani tych prostszych, monotonnych czy „mniej ciekawych” – by nabrać jak najwięcej wprawy. Poza tym świetnym nauczycielem tłumacza zawsze jest dobry redaktor. Współpraca z nim rzeczywiście wzbogaca.
Jestem też bezgranicznie wdzięczna osobom, które chętnie dzieliły się nie tylko swoim bezcennym doświadczeniem, ale też ufały i powierzały mi teksty do wspólnego tłumaczenia, nie szczędząc czasu na udzielenie trafnych uwag, porad. Wśród nich można wymienić m.in. świetne tłumaczki – dr Teresę Dalecką i Beatę Piasecką. Również wiele ciekawej współpracy w pierwszych latach mojego już „poważniejszego” wejścia w świat przekładów odbyło się w Instytucie Polskim w Wilnie – dziękuję pracownikom za zaufanie.
Miałam też wspaniałą możliwość uczestniczenia w dwutygodniowych warsztatach tłumaczeniowych pt. „Kuchnia przekładów literackich” (Literatūros vertimų virtuvė, 2021) w Międzynarodowym Centrum Tłumaczy i Pisarzy (TVRC) w Nidzie, gdzie moim mentorem był słynny tłumacz Vytas Dekšnys.
Nie sposób również pominąć fundamentalnego doświadczenia w pracy z językiem, jakie zyskałam w trakcie studiów licencjackich i magisterskich na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wileńskiego.
Jakie teksty najczęściej Pani tłumaczy?
W większości są to teksty z obszaru kultury: napisy do filmów, poezja, artykuły historyczne i inne, opisy i katalogi muzealne etc. Są to naprawdę bardzo różnorodne teksty: ostatnio ukazał się mój przekład książki o medytacji chrześcijańskiej pt. „Medytacja. Droga Miłującej Obecności”. Obecnie pracuję nad kalendarzem myśli bł. Jerzego Matulewicza, i równolegle nad… książką o karate autorstwa Marka Kubiaka. I to jest właśnie piękne w tej pracy – nigdy się do końca nie wie, czym zaskoczy i przede wszystkim wzbogaci kolejne zlecenie.
Tłumaczyła Pani również utwory poetyckie. Czy przekład poezji wymaga większej wprawy i wysiłku niż tłumaczenie prozy?
Czasami poezja jest prostsza i przystępniejsza od prozy, a czasami – odwrotnie. Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Każdy tekst jest wyjątkowy i bez względu na gatunek wymaga pewnego wyczucia oraz staranności w „przenoszeniu” zawartych w nim światów.
Kiedyś, w latach szkolnych, a sporadycznie także później, sama pisałam wiersze. Poza tym od wielu lat śpiewam, co się przyczynia do pewnego wypracowania melodyjności, uwrażliwienia na rytm. Myślę, że w pewnym stopniu to muzyczne i osobiste doświadczenie było pomocne przy tłumaczeniu utworów poetyckich.
Czy rozwój sztucznej inteligencji i automatycznych tłumaczy wpłynie na zawód tłumacza?
Myślę, że sztuczna inteligencja będzie raczej narzędziem wspierającym naszą pracę. Z moich obserwacji i doświadczenia wynika, że technologia nie jest w stanie – przynajmniej na razie – w pełni wyprzeć człowieka z profesji tłumaczeniowej, ponieważ niuanse tekstowe wciąż wymagają żywego wyczucia językowego. Doskonale ujęła to dr Monika Bogdziewicz-Haber: „Sztuczna inteligencja nie przejmie nad nami kontroli, jeśli nadal będziemy chcieli wykonywać pracę intelektualną i twórczą. Bez nas AI to tylko szkielet (…).”

Czy zdarzały się zlecenia, które szczególnie zapadły w pamięć?
Ciepło wspominam nietypową pracę – która zresztą była jednym z moich pierwszych większych projektów tłumaczeniowych – a mianowicie przekład napisów do polskich filmów przedwojennych z okazji 100-lecia niepodległości Polski i Litwy. Oddanie barwności dawnego języka, szczególnie rymów w przypadku komedii, było pięknym wyzwaniem. Co więcej, te napisy miałam nie tylko tłumaczyć, ale też ręcznie przełączać podczas pokazów w kinie, gdyż stare taśmy filmowe nie miały tzw. timecode’ów. Podobne wyzwania towarzyszyły przy tłumaczeniu napisów do legendarnego serialu komediowego „Ranczo”. Zresztą każde zlecenie ma swoje wyjątkowe trudności, których pokonanie zawsze przynosi ogromną satysfakcję.
Jeśli zaś chodzi o moje osobiste predyspozycje i zamiłowania, to największą radość sprawia mi praca z tekstami z obszaru duchowości chrześcijańskiej.
Co najbardziej fascynuje w tej pracy?
Ciągłe poszerzanie horyzontów, zawieranie nowych znajomości, odkrywanie odrębnych światów kulturowych. Tłumaczenie tekstów humanistycznych i z pokrewnych dziedzin zdecydowanie nie jest i nie może być banalne ani nużące. Podoba mi się też pewna elastyczność, możliwość zarządzania swoim czasem i pracy z domu, mimo związanych z tym wyzwań.




