Kiedy rodzic usuwa dziecku kłody spod nóg

Czasem dziecko nie ma kolegów nie dlatego, że jest nieśmiałe, „trudne” albo nie potrafi się bawić. Problem może zaczynać się także w domu – wtedy, gdy jako mama czy tata, z miłości, próbujemy usunąć z jego drogi każdą przykrość, porażkę i konflikt. Robimy to w dobrej wierze. Chcemy, żeby nie cierpiało i żeby nikt go nie zranił. Tyle że dziecko, któremu bez przerwy wygładzamy drogę, może nigdy nie nauczyć się po niej chodzić.

Czytaj również...

Wyobraźmy sobie urodziny. Na stole są czekoladki. Nasze dziecko nie może ich jeść. Widzimy, że patrzy na inne dzieci i już uruchamia się w nas rodzicielski alarm.

– Może schowacie te czekoladki? Jemu będzie przykro.

Intencja jest dobra. Chcemy je ochronić. Ale czego ono się uczy? Nie tego, że czasami inni mają coś, czego ja mieć nie mogę, ani jak poradzić sobie z rozczarowaniem. Może natomiast dostać komunikat: jeśli coś sprawia mi przykrość, świat powinien się zmienić. A świat tak nie działa.

Mama zadzwoni. Tata załatwi

My, rodzice, robimy takich rzeczy więcej, niż czasem zauważamy:

• Dziecko zapomniało stroju na WF? Wieziemy.
• Pokłóciło się z kolegą? Szukamy numeru do jego mamy.
• Dostało gorszą ocenę? Piszemy do nauczyciela.
• Dziesięciolatek ma sam zapytać o poprawę?
• On się stresuje. Ja napiszę.

Wszystko z troski. Tyle że czasem stajemy się rzecznikiem prasowym własnego dziecka, jego negocjatorem i centrum zarządzania kryzysowego. Psychologowie mówią o „rodzicach helikopterach”, którzy stale krążą nad dzieckiem, albo „rodzicach kosiarkach”, którzy jadą przed nim i usuwają przeszkody.

Nie chodzi o to, żebyśmy przestali pomagać. Problem zaczyna się wtedy, gdy nasza pomoc wyprzedza działanie dziecka.

• Zanim spróbuje – robimy za nie.
• Zanim odpowie – tłumaczymy.
• Zanim przeżyje rozczarowanie – próbujemy je ominąć.
• Zanim dzieci rozwiążą konflikt – wkraczamy my.
• I odbieramy dziecku okazję do ćwiczenia życia.

My, nauczyciele, widzimy to czasem wyraźnie. Dziecko radzi sobie w klasie, ale przy najmniejszym konflikcie natychmiast szuka dorosłego. Ktoś powiedział „nie” – dramat.

Koleżanka wybrała inną osobę do pary – dramat.

A przecież przyjaźni nie można nauczyć z instrukcji rodzica. Żeby być z innymi, trzeba czasem przegrać, poczekać, usłyszeć „nie”, przyznać: „To ja zrobiłem źle”, powiedzieć: „Było mi przykro”, pokłócić się i spróbować naprawić relację. Dzieci uczą się relacji przede wszystkim z innymi dziećmi.

Jeśli jednak po każdej sprzeczce pojawia się mama albo tata, grupa szybko zauważa, że konflikt z kolegą oznacza także konflikt z jego rodzicem. A jeśli my zawsze widzimy własne dziecko wyłącznie jako pokrzywdzone, ono może przestać zauważać swój udział w sporze.

• „On cię popchnął!” brzmi inaczej niż: „Opowiedz mi, co wydarzyło się od początku”.
• „Jak ona mogła cię nie zaprosić?” – inaczej niż: „Rozumiem, że jest ci przykro. Co możesz teraz zrobić?”.
• „Zadzwonię do wychowawczyni” – inaczej niż: „Jak chciałbyś spróbować załatwić to jutro?”.

W takich drobiazgach zaczyna się samodzielność.

Nie szukajmy winnego

Nie każde dziecko, które ma trudności z rówieśnikami, wychowuje się pod kloszem. Przyczyn może być wiele: temperament, zmiana szkoły, doświadczenie przemocy, trudności komunikacyjne, neuroróżnorodność czy niedopasowanie do grupy.

My jako nauczyciele też powinniśmy uważać z prostymi diagnozami. Nie można zobaczyć samotnego dziecka i powiedzieć: „To przez jego matkę”.

Ale jako rodzice możemy czasem zadać sobie niewygodne pytanie: ile miejsca daję mojemu dziecku, żeby mogło funkcjonować bez mojego pośrednictwa?

Nadopiekuńczość rzadko bierze się ze złych zamiarów. Najczęściej z miłości. Pamiętamy własne szkolne upokorzenia i myślimy: moje dziecko tego nie przeżyje. Widzimy jego łzy, więc chronimy. Potem jeszcze bardziej. Aż któregoś dnia piętnastolatek świetnie opowiada mamie o konflikcie, ale nie umie powiedzieć koledze:

– Nie podoba mi się to, co zrobiłeś.

Drobny stres nie jest katastrofą

W roli rodzica trudno zaakceptować, że dziecku może być źle. A przecież przegrana w planszówkę, zapomniany zeszyt, czekanie na swoją kolej, niezaproszenie na urodziny czy zwykła kłótnia nie muszą być katastrofą. To trening.

Oczywiście, czym innym jest konflikt, a czym innym przemoc.

• Samodzielność nie oznacza: „Radź sobie sam”. Lepszy jest komunikat: „Jestem obok. Ale najpierw spróbuj ty”.
• Zamiast: „Ja porozmawiam z nauczycielką”:” Co chcesz jej powiedzieć? Możemy to przećwiczyć”.
• Zamiast żądać schowania czekoladek: „Widzę, że też chciałbyś je zjeść. Wiem, że to przykre. Ty nie możesz, ale mamy dla ciebie coś innego”.
• Zamiast od razu dzwonić do rodziców kolegi, można zapytać: „Jak chciałbyś z nim o tym porozmawiać?”.

Nie zabieramy dziecku emocji. Pomagamy mu nauczyć się przez nie przechodzić.

W szkole również łatwo wpaść w pułapkę rozwiązywania wszystkiego za dziecko. Nie warto mówić rodzicowi: „Jest pani nadopiekuńcza” albo „To przez pana syn nie ma kolegów”. Usłyszy oskarżenie, nie propozycję współpracy. Lepiej powiedzieć: „Zauważyłam, że kiedy córka ma konflikt, często odpowiada pani za nią. Spróbujmy pomóc jej samodzielnie rozwiązywać takie sytuacje”.

My, nauczyciele, możemy tworzyć małe przestrzenie samodzielności: pozwolić dziecku samemu poprosić o pomoc, wyjaśnić nieporozumienie, przeprosić czy ponieść naturalną konsekwencję zapomnianego zeszytu. Nie zostawiamy go samego. Po prostu nie robimy wszystkiego za nie.

Najtrudniejsze jest czasem… nic nie zrobić

Być może to jedna z najtrudniejszych lekcji rodzicielstwa: wytrzymać kilka minut.

• Dziecko się pokłóciło – nie dzwonić od razu.
• Zapomniało czegoś – nie biec natychmiast.
• Ktoś odmówił mu zabawy – nie szukać od razu winnego.
• Jest mu przykro – nie próbować naprawić całego świata.

Jako mama czy tata możemy wtedy powiedzieć sobie: zobaczmy, co moje dziecko zrobi.

Bo ono potrzebuje doświadczeń: „Bałem się i dałem radę”. „Pokłóciłam się i pogodziłam”. „Zapomniałem i następnym razem pamiętałem”. „Nie zaprosili mnie. Było mi przykro, ale poradziłem sobie”.

Z takich małych historii buduje się odporność i pewność siebie. Nie musimy znikać z drogi naszego dziecka. Nadal potrzebuje mamy, taty i nauczyciela. Może jednak czasami warto przestać iść przed nim. Stanąć pół kroku z tyłu. Wystarczająco blisko, żeby pomóc, kiedy naprawdę będzie tego potrzebowało. I wystarczająco daleko, żeby mogło kiedyś powiedzieć:

– Poradziłem, poradziłam sobie sam, sama.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 36 (104) 12-18/09/2026

Afisze

Więcej od autora