Widmo bankructwa zagląda w okienka kiosków handlowych

318
Jeśli od nowego roku zostanie wprowadzony zakaz handlu piwem w kioskach, to zdaniem ich właścicieli, większość punktów sprzedaży po prostu zbankrutuje Fot. Stanisław Tarasiewicz
Jeśli od nowego roku zostanie wprowadzony zakaz handlu piwem w kioskach, to zdaniem ich właścicieli, większość punktów sprzedaży po prostu zbankrutuje Fot. Stanisław Tarasiewicz

Dni kiosków są policzone” — zagrzmiało w prasie opisującej problemy z kioskami handlowymi, które od lat są nieodzownym elementem zarówno stołecznych ulic, jak też prowincjonalnych miasteczek i prawie każdej większej wsi.

— Nic nie policzone! — kategorycznie mówi nam Ramutė Strolienė, prezes wileńskiego Zrzeszenia Małego Handlu. — Zwróciliśmy się do Sejmu z prośbą o przedłużeniu terminu wprowadzenia zakazu sprzedaży piwa w kioskach. Liczymy, że w tej trudnej dla społeczeństwa sytuacji posłowie podejmą korzystną dla nas decyzję.

Spór o handel piwem w kioskach trwa już od kilku lat. Sejm od lat też próbuje bezskutecznie, jak na razie, zakazać sprzedaży piwa, tymczasem handlowcy skutecznie od lat bronią się przed tym zakazem. Ich głównym argumentem obrony jest twierdzenie, że w razie zakazu sprzedaży piwa, kioski po prostu nie przeżyją, gdyż obrót z handlu bursztynowym trunkiem stanowi często ponad połowę obrotów poszczególnych kiosków.

— Przecież na gumie do żucia nie zarobimy. Kosztuje zaledwie 10-20 centów, więc ileż tego trzeba sprzedać. A nadchodzi zima. Do wszystkich kosztów dojdą koszta ogrzewania, więc nie będzie innego wyjścia jak zamknąć biznes — tłumaczy „Kurierowi” Diana, sprzedawczyni w jednym z kiosków w wileńskich Karolinkach.

— To żadne argumenty — odpowiada kategorycznie poseł Antanas Matulas, przewodniczący sejmowego Komitetu Zdrowia. — Decyzja o zakazie handlu alkoholem w kioskach była podjęta przed dwoma laty, więc przedsiębiorcy mieli wystarczająco czasu, żeby sprostać nowym wymaganiom. Nie może być więcej dyskusji na odroczeniu terminu wprowadzenia tego zakazu. Co więcej, jesteśmy jedynym w Europie krajem, w którym zezwala się na handel alkoholem w kioskach, czyli bez żadnej kontroli zarówno fiskalnej, jak też komu ten alkohol jest sprzedawany. Z badań przecież wynika, że właśnie w kioskach niepełnoletnia młodzież zaopatruje się w alkohol, co w konsekwencji wpływa na wzrost alkoholizmu. Nie możemy więc dla doraźnych interesów jakichś handlarzy ryzykować zdrowiem obywateli, tym bardziej, że to państwo potem musi płacić za leczenie alkoholików — tłumaczy poseł Matulas.

— Nie wiem, w czyich  interesach pan Matulas działa, ale na pewno zawziął się na nas i często w tych atakach mija się z prawdą. Nie prawdą jest, że to my spajamy społeczeństwom, bo w segmencie handlu piwem zajmujemy zaledwie 1 proc. rynku. Co więcej, w kioskach zazwyczaj są wyższe ceny na piwo i nie mamy żadnych akcji promocyjnych zachęcających do kupowania piwa, w odróżnieniu od supermarketów, które często praktykują taką wyprzedaż. Widocznie chcą oni i ten ostatni procent rynku zająć i wydaje się, znajdują poparcie w Sejmie. Po drugie, nieprawdą jest, że mieliśmy aż dwa lata na dostosowanie warunków sprzedaży piwa do nowych wymogów. Wymaga to przerobienie kiosków na pawilony handlowe. Kioskarze dowiedzieli się o ostatecznym terminie wprowadzenia zakazu dopiero przed rokiem, miesiąc przed kryzysem. Nasi handlowcy nie zarabiają krocie, żeby w tak krótkim i trudnym okresie wkładać pieniądze w nowe pomieszczenia i urządzenie. Wreszcie, nieprawdą jest, że w kioskach najwięcej jest naruszeń norm higieny, czy też wymogów fiskalnych lub dotyczących sprzedaży alkoholu. Bo, gdyby tak było, kioski już dawno byłyby pozamykane, gdyż są najczęściej sprawdzane przez różne inspekcje i komisje — wyjaśnia nam prezes wileńskiego Zrzeszenia Małego Handlu.

— O jakich naruszeniach możemy mówić, skoro jesteśmy jak na dłoni. Niczego nie możemy ukryć przed jakąkolwiek komisją czy inspekcją. Jest to niemożliwe. Mam kilka metrów kwadratowych i wszystko jest jak na dłoni — twierdzi nam Aliona, handlująca w jednym z kiosków w dzielnicy Naujininkai. Mówi nam, że przeżyła szok, gdy od koleżanki dowiedziała się, że zostanie wprowadzony zakaz handlu piwem.

— Przecież to podstawowa część obrotów. Nie będzie tego, nie będzie pracy. Przed chwilą z właścicielem rozmawialiśmy  o tym. Ma 6 kiosków w mieście i wszystkie będzie musiał zamknąć, bo nie stać go teraz na rozbudowę punktów handlowych — tłumaczy Aliona. W międzyczasie do okienka podchodzi mężczyzna z pobliskiego kiosku. Mówi „cześć” jak do starej znajomej i kładzie na spodeczku w okienku pieniądze. Sprzedawczyni bez przeliczania zabiera je i wystawia 2-litrową butelkę piwa.

— Kupuję tu? Bo pasuje mi i miejsce i obsługa — odpowiada zapytany mężczyzna. — Słyszałem, że chcą zamknąć. I co osiągną? Tyle ludzi bez pracy zostanie… — rzuca na odchodne i znika w drzwiach bloku.

— Mamy stałych klientów. Rzadko trafiają się nowi. Najwyżej, ktoś przejeżdża albo przechodzi obok. A stali nie odchodzą, chociaż dookoła są sklepy i tam mogą kupić taniej to same piwo — mówi Aliona. Obawia się, że po nowym roku straci pracę. A przecież ciężką pracę.

— Wstaję o 5 nad ranem, bo dojeżdżam pociągiem z Ludwinowa. Więc sporo czasu zajmuje dojazd do pracy i powrót do domu. Potem 12 godzin pracy. Ale i tej mogę niebawem nie mieć — mówi dziewczyna.


2 000 KIOSKÓW

W Wilnie działa około 400 kiosków handlowych, z których około 200  znajduje się na targowisku w Gariūnai. W całym kraju działa około 2000 kiosków. W niedużych miejscowościach są często jedynym punktem handlowym. Jeden kiosk daje pracę średnio 2-3 osobom.