Kryzys skończy się w 2015 roku

176
Lokomotywa litewskiej gospodarki coraz bardziej traci na sile, co coraz dalej odsuwa termin wyjścia kraju z recesji Fot. Marian Paluszkiewicz

Litewska gospodarka w najlepszym wypadku będzie potrzebowała co najmniej pięciu lat, aby wyjść z dołka zapaści gospodarczej. Taka jest prognoza ekspertów z Instytutu Wolnego Rynku, z którą się zgadzają czołowi ekonomiści z litewskiego Banku Centralnego.

— Premier obwieszczając, że recesja się kończy i że czekają nas lepsze czasy, próbuje dodać otuchy mieszkańcom kraju. Tymczasem prawda jest nieco inna. Generalnie nie ma żadnych poważnych oznak, że gospodarka wychodzi z dołka, z którego może wyjść dopiero w 2015 roku — powiedział „Kurierowi” Giedrius Kadziauskas, ekspert z litewskiego Instytutu Wolnego Rynku. Zdaniem Kadziauskasa słowa premiera zamiast uspokoić coraz bardziej zdesperowanych mieszkańców kraju — z których wielu straciło albo straci w najbliższym czasie pracę — są niczym oliwa wlana do ognia.

O tym, że Kadziauskas ma rację co do tego, że mieszkańcy Litwy wyjątkowo pesymistycznie postrzegają rzeczywistość i sceptycznie oceniają słowa premiera o zakończeniu kryzysu, świadczą sondaże opinii publicznej oraz dane statystyczne z Giełdy Pracy. Dane sondażu opinii publicznej instytutu Prime Consulting, wykonanego na zamówienie opiniotwórczego tygodnika „Veidas” wykazują, że dla ponad połowy Litwinów rok 2009 był rokiem niepomyślnym. Z kolei 2/3 respondentów zalicza go do najtrudniejszych od 20 lat, od czasu odzyskania przez kraj niepodległości. Na skutek kryzysu systematycznie rośnie stopa bezrobocia, w opinii niektórych ekspertów może wzrosnąć do 20 proc. Dane Departamentu Statystyki również wskazują, że około 230-240 tys. mieszkańców naszego kraje nie ma pracy i utrzymuje się z zasiłków socjalnych. W ciągu minionego roku poziom bezrobocia w kraju wzrósł ponad dwukrotnie. W 2009 roku liczba bezrobotnych, zwiększyła się prawie 3 razy. Wzrostowi stopy bezrobocia towarzyszy wzrost emigracji. Z na razie pobieżnych danych litewskiego Departamentu Statystyki wynika, że w ciągu minionego roku z Litwy wyemigrowało 18 tys. osób, o 30 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku 2008. Zdaniem Dalii Ambrozaitienė, zastępcy dyrektora departamentu statystyki, liczba emigrantów może być największa od 1990 roku i ma ona głównie charakter ekonomiczny. Mieszkańcy naszego kraju najchętniej emigrują do Wielkiej Brytanii — 26 procent, Irlandii — 12 procent, USA — 11 procent i Niemiec — 8 procent.

— Uważam, że te spółki, które jeszcze są w stanie eksportować, szybciej wyjdą z opresji gospodarczej niż reszta firm i przedsiębiorstw. Poprawa sytuacji spółek przełoży się na większy dobrobyt ich pracowników, ale będzie to bardzo powolny proces — powiedział Kadziauskas. Zdaniem eksperta trudno oczekiwać, że spółki, których sytuacja materialna zacznie się poprawiać, zaczną zatrudniać pracowników i w ten sposób natychmiast wchłoną rzesze bezrobotnych. Ekspert z litewskiego Instytutu Wolnego Rynku uważa, że kolejnym i to bardzo poważnym problemem, z którym wkrótce przyjdzie się zetknąć rządowi Kubiliusa, jest rosnące zadłużenie kraju. Kredyty, które rząd zaciąga emitując obligacje lub biorąc je w bankach komercyjnych aby ratować dziurawy budżet czy zadłużony fundusz ubezpieczeń socjalnych „SoDrę”, spowodują, że w 2010 roku na każdego mieszkańca kraju przypadnie 470 litów długu (300 litów w 2008 roku). Właśnie tyle pieniędzy każdy mieszkaniec Litwy będzie musiał wydać, aby spłacić zaciągnięte przez rząd pożyczki i kredyty. Poważnym hamulcem zdaniem Kadziauskasa na drodze ku złapaniu oddechu przez litewską gospodarkę jest zamknięcie elektrowni jądrowej w Ignalinie. Ekspert jest przekonany, że poważnie zaszkodzi to konkurencyjności litewskich przedsiębiorstw. Z kolei Litewski Bank Centralny szacuje, że zamknięcie Ignaliny spowoduje spadek PKB Litwy, już dotkniętej kryzysem, o 1 proc. rocznie.

Z ponurą wizją przyszłości litewskiej gospodarki kreowanej przez Kadziauskasa i jego kolegów z Instytutu Wolnego Rynku zgadza się również Raimondas Kuodys, kierownik departamentu ds. ekonomiki Centralnego Banku.

— Potrzeba pięcioletniego wzrostu PKB, aby stopa bezrobocia zaczęła się kurczyć. Tak więc wzrost PKB kraju wcale nie będzie oznaczał natychmiastowej poprawy — powiedział „Kurierowi” Kuodys. Ekonomista jest przekonany, że sektor prywatnego biznesu oraz rolnictwa, który w opinii premiera ma pociągnąć niczym lokomotywa do przodu gospodarkę, będzie dążył przede wszystkim do maksymalnego wykorzystania zasobów zatrudnionych pracowników, unikając większych kosztów i zatrudnienia nowych. Zdaniem Kuodysa odrodzenie gospodarki będzie bardzo powolne i ten proces przełoży się na długie lata. Lata, gdy bezrobocie będzie wysokie, a wypłaty niskie.