Potrójny jubileusz na kresach kresów

Bieżący rok dla Ireny Siemaszko, dyrektor Szkoły Podstawowej w Borskunach w rejonie szyrwinckim jest rokiem wyjątkowym. Ma podwójny jubileusz — obchodzi 60.lecie oraz 30.lecie pracy na stanowisku dyrektora. W tym roku również szkoła w tej znajdującej na obrzeżach dawnych Kresów miejscowości ma swój chlubny jubileusz 100.lecia.

Irena Siemaszko nigdy nie żałowała wyboru zawodu, bo bardzo lubi pracę z dziećmi Fot. Marian Paluszkiewicz

Dla pani Ireny jubileusz szkoły jest szczególny, bo z tą placówką jest związana, odkąd rodzice przyprowadzili ją tu, do pierwszej klasy. Była tylko 4-letnia przerwa na studia. W tej szkole poznała również swego przyszłego męża, Mariana. Również pracuje w tej placówce do dziś, jako nauczyciel matematyki i prac.

Girl in a jacket

Pani Irena urodziła się w Bołkunach, wsi znajdującej się kilka kilometrów od Borskun. Jak mówi, pochodzi ze zwykłej rodziny wiejskiej. Ale rodzicom zawsze zależało, by swoje dzieci wykształcić. To im się udało. Irena ukończyła Szkołę Pedagogiczną w Nowej Wilejce i została nauczycielką, o pięć lat młodszy brat Tadeusz zdobył zawód inżyniera.

— Różnie bywało — nawet boso chodziło się do szkoły. Droga prowadziła przez mokradła. Trudne to były czasy. Nikt nas pod drzwi do szkoły nie przywoził. Ale chęć do nauki była zawsze! — wspomina pani Irena. „Ale dlaczego pedagogika?” — pytam. „Mało znaliśmy inne zawody — odpowiada szczerze. — Mój tato był księgowym i chciał, żebym się kształciła w tym kierunku. Zawód nauczyciela pociągał mnie jednak bardziej. Nawet moi nauczyciele sugerowali mi, żebym wybrała bardziej opłacalny zawód. Wyboru jednak nie żałuję, mimo że bywały różne czasy. Na przykład, kiedy etatowy nauczyciel otrzymywał 72 ruble. Miałam półtora etatu i 95 rubli. Pamiętam, jak pojechałam na „tałkuczkę” i kupiłam kurtkę za 90 rubli… Takie to były zarobki, takie realia”.

O szkole pedagogicznej mówi w samych superlatywach.

— Dała mi bardzo wiele — nie tylko dobre przygotowanie zawodowe, ale również nauczyła języka. Tam kształciłam się społecznie, kulturalnie. Chodziłyśmy z koleżankami ze studiów na wszystkie premiery teatralne — wspomina z nostalgią.

Cztery lata w szkole pedagogicznej — tyle trwała rozłąka ze szkołą w Borskunach. Po ukończeniu uczelni otrzymała tzw. wolny dyplom. Mogła więc sama decydować, w której szkole się zatrudnić. Początkowo wybrała szkołę w Awiżeniach, bo bliżej Wilna. Jednak przeważyła miłość do rodzinnych stron, do swojej szkoły, a nie ambicje pracy w szkole średniej w pobliżu miasta.

Karierę pedagogiczną zaczęła jako nauczycielka klas początkowych. Była również starszą zastępową. Już na początku uświadomiła sobie, że wybrała właściwy zawód. Bardzo lubiła pracę z dziećmi. Już pracując w szkole, zaocznie ukończyła studia w ówczesnym Instytucie Pedagogicznym.
Doskonale pamięta swoje spotkanie ze szkołą już jako nauczycielka.

— Nie bardzo wiedziałam jak się zwracać do kolegów — przecież to byli moi nauczyciele. Dlatego na początku czułam się niezręcznie — wyznaje.
Podobnie było z uczniami. Trochę onieśmielała mała różnica wieku — uczniowie starszych klas byli tylko o kilka lat młodsi od niej…

— Jakoś mi się udało znaleźć z nimi wspólny język. Może dlatego, że traktowałam ich po partnersku. Ale dziś sama się dziwię, skąd miałam tyle odwagi, żeby np. zaagitować dzieci po lekcjach do pracy w sowchozie, aby zarobić na wypad do teatru — zastanawia się.

Pasją pani Ireny od dzieciństwa są książki. Jak mówi, lektura — to lek na wszystko. Pamięta, jakie ogromne wrażenie sprawiła na niej biblioteka w szkole.
— Była wielkości… szafy. W moich dziecięcych oczach wyglądała taka duża! Przeczytałam tam wszystkie książki — wspomina z rozrzewnieniem. Miłość do czytania pozostała do dziś. Z nauczycielami w szkole, podobnymi zachłannymi miłośnikami książek, wymienia się książkami.

Propozycja o objęciu stanowiska dyrektora szkoły spadła na nią przed trzydziestoma laty — 1 września — bez przesady — jak grom z jasnego nieba.

— Ówczesny kierownik wydziału oświaty tuż przed uroczystym rozpoczęciem roku szkolnego powiedział do mnie: „Poprowadzi dziś pani apel”. Próbowałam protestować, że nie poradzę sobie. Odpowiedział: „Poradzisz” i dodał: „Również na stanowisku dyrektora”. Miałam godzinę do namysłu! Zgodziłam się. Nie wiem, czy podjęłabym taką decyzję, gdybym miała więcej czasu. Najtrudniej było zrezygnować z pracy z dziećmi.

Jak mówi, do dziś nie lubi papierkowej strony w pracy. Musiała wielu rzeczy się nauczyć. To wymagało czasu i poświęcenia. „Jak udało się pogodzić pracę i rodzinę?” — pytam. „Mąż nie miał do mnie pretensji, że tyle czasu spędzam w pracy. Jako nauczyciel doskonale wszystko rozumiał. Nawet więcej — nieraz mi pomagał. Ale naganę też otrzymywałam od niego najczęściej. Dziś mąż żartuje, że to on najbardziej ucierpiał na tym, że żona jest dyrektorem, bo musi na wszystkich zebraniach milczeć” — śmieje się pani Irena. Ma córkę, Laurę, która wychowuje obecnie dwuletnią córeczkę.

To, że jest dyrektorem szkoły już od trzydziestu lat, pani Irena nie uznaje za żaden osobisty sukces. Mówi, że wszystko zawdzięcza świetnemu gronu pedagogicznemu, bardzo zresztą zaprzyjaźnionemu ze sobą.

— Tak się układało, że nieszczerzy ludzie tu długo się nie zatrzymywali, sami odchodzili. Pozostali naprawdę żyją w zgodzie ze sobą. Jeśli nie ma zgody — wszyscy na tym ucierpią i szkoła w ogóle przestanie istnieć. Staramy się stworzyć dla uczniów rodzinną atmosferę. Niestety, nie każdy z uczniów ma ją w domu. Nie jest tajemnicą, że w trudnych realiach dzisiejszej wsi, gdzie panuje bezrobocie i pijaństwo, dzieci często przychodzą do szkoły głodne. Nie zawsze możemy wymagać od dziecka odrobionych lekcji — czasami po prostu nie mają do tego warunków — opowiada dyrektor, która zna każdego ucznia, jego rodzinę, w jakich warunkach mieszka.

Wiadomo, że szkoła w miejscowości wiejskiej — to również ośrodek kultury. Szkoła w Borskunach jest tego żywym dowodem. Bycie dyrektorem takiej szkoły — to z kolei rola organizatora i animatora życia kulturalnego. Pani Irena jest przekonana, że jeżeli zaginą małe szkółki wiejskie, zaginie wieś. Szkoła w Borskunach organizuje różne święta dla mieszkańców. Święto wsi, rodziny, dzieci już stały się tradycją. Gromadzą również mieszkańców okolicznych wsi. Liczba gości dochodziła nawet do pięciuset. Główne zabiegi organizatorskie bierze zazwyczaj na siebie dyrektor. W organizacji takich imprez biorą udział wszyscy bez wyjątku pracownicy szkoły.

— Jesteśmy po prostu zobowiązani. Kiedy pewnego roku nie zorganizowaliśmy święta, doczekaliśmy się wielkiego niezadowolenia mieszkańców — nie ukrywa.
Dziś dyrektor i cała szkoła już żyją jubileuszem stulecia szkoły. Społeczność szkolna już poważnie się przymierza do imprezy jubileuszowej. Planuje ją na koniec maja.

— Prosimy Boga, by tylko pogoda nam dopisała. Imprezę planujemy zorganizować na placyku przy szkole. Nie mamy innych możliwości — szkoła nie ma ani auli, ani sali sportowej, dużego holu, które by się nadawały do organizowania świąt — nie ukrywa zmartwienia dyrektor.

Od czasu powstania w 1910 r., szkoła w tej miejscowości jest polska. Były tu kiedyś klasy rosyjskie, dziś przyjmuje pod swój dach litewskie. Nasuwa się pytanie „Jak udało się dotychczas polskiej szkole przetrwać w litewskim już rejonie?”. Przecież z 16 szkół w rejonie szyrwinckim pozostało zaledwie 8. Ta szkoła przetrwała. Liczy dziś 91 uczniów i 16 nauczycieli. Dyrektor jest przekonana, że tylko dzięki dyplomacji i tytanicznej pracy. Żeby stanowić konkurencję dla litewskich szkół, polska szkoła musi włożyć dużo więcej wysiłku.

Bardzo sobie ceni również pomoc Polski, urzędu miasta Chełm. To dzięki przyjaciołom z Polski szkoła ma dziś plastikowe okna, dlatego w tych trudnym dla wszystkich okresie może zaoszczędzić na węglu. Opiekują się szkołą od kilkunastu lat. Dzięki nim szkoła jako pierwsza na Wileńszczyźnie otrzymała mikrobus. Pierwszy komputer w szkole — to również dar przyjaciół z Chełma. Szkoła otrzymała również wyprawki dla uczniów, a nawet ubrania. Obecnie urząd tego miasta oferuje swoją pomoc również w organizowaniu święta z okazji stulecia szkoły.