O Domu Kultury Polskiej w Wilnie mówią…

229

„Nie żyję wyłącznie pracą,  jednak uwielbiam to, co robię”

Bożena Mieżonis Fot. Marian Paluszkiewicz

Bożena Mieżonis, koordynator projektów jest jedną z najmłodszych nie tylko wiekowo, ale też pod względem lat pracy w Domu Kultury Polskiej w Wilnie. Jednak twierdzi, podobnie jak wielu innych pracowników, że bardzo szybko dostosowała się do nowego miejsca pracy oraz zaprzyjaźniła z zespołem Domu. Mało tego, jest to osoba pełna entuzjazmu i pomysłów, która wprost nie może usiedzieć na miejscu. Ciągle ma coś do zrobienia, dlatego podczas naszego spotkania prosimy chociaż na chwilę oderwać się od przygotowywania wernisażu wystawy z okazji obchodów 10-lecia działalności Domu Kultury Polskiej. I już nas nie dziwi, że w czasie rozmowy ciągle przeprasza i odbiera telefony. Pilnuje, by przygotowania weekendowych imprez zapiąć na ostatni guzik.

— W maju będzie dokładnie trzy lata, jak tu pracuję. Dotąd pracowałam jako fotograf. Dzisiaj pełnię funkcję koordynatora projektów.  Jest to ciekawa praca, ponieważ każdego dnia nie wiem, co mnie czeka. Lipiec-sierpień jest okresem szukania pomysłów, następnie wszyscy zasiadamy przy okrągłym stole, aby wszystko omówić. Później rozpoczyna się pisanie projektów na dotacje. Na odpowiedź zazwyczaj czeka się długo. Kiedy wreszcie jest wiadome, że pieniądze będą, zaczyna się żmudna praca. Trzeba zadbać o wszystko — poczynając od makietowania plakatów, podpisywania odpowiednich umów, kończąc na organizacji i realizowaniu przedsięwzięcia — o swojej pracy opowiada Mieżonis, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych.

Rozmówczyni cieszy się, że fotografię może też zastosować w nowej pracy. Zapytana, jak sobie radzi z takim ogromem zajęć, rozmówczyni uśmiecha się i wyjaśnia, że w razie potrzeby zawsze jest wspierana — z pomocą śpieszą wszyscy pracownicy placówki.

Wspomina, że nie jest to praca normowana i czasami musi pracować też w weekendy. Śmieje się, że mimo wszystko nie żyje wyłącznie swoją pracą, chociaż przyznaje, że ją uwielbia.

Ewa Gedris



„Najpierw musiałem być w trzech osobach”

Władysław Wojnicz Fot. Marian Paluszkiewicz

Władysław Wojnicz, kierownik działu komercyjnego w Domu Kultury Polskiej w Wilnie pracuje, jak sam mówi, prawie od pierwszego dnia działalności tej placówki. A jeżeli dokładniej, funkcji menedżera podjął się przed 9 latami. Jak wspomina, pierwszy dzień w pracy nie był czymś wyjątkowym, raczej wyjątkowa była impreza, którą musiał współorganizować. Był to przełom roku 2001-2002, pierwszy Sylwester w Domu Kultury Polskiej. Swój „pierwszy blin” rozmówca ocenia raczej krytycznie. Jednak chociaż nie spełnił jego oczekiwań, impreza była udana.

— Najpierw musiałem być w trzech osobach: sekretarka, kierownik, wykonawca. Jednak nie dawałem rady sam z wszystkim tym poradzić. Z każdym rokiem objętość pracy się zwiększała. A więc do mnie dołączyła Irena Łukaszewicz, później Renata Naumowicz. Po około 5 latach powstał dział komercyjny, którego zostałem kierownikiem. Obecnie nasz dział liczy 3 osoby — wspomina Władysław Wojnicz, który Dom Kultury Polskiej nazywa uniwersytetem życia, w którym poznaje wiele ciekawych osób, uczy się wciąż nowych rzeczy, a między innymi stosunków międzyludzkich. Jak powiedział, działanie w DKP trudno nazwać pracą, jest to raczej stylem życia.

— Godziny pracy nie są normowane. Czasami jestem w domu wcześniej niż żona się spodziewa, a czasami, gdy późno wracam, kończy się jej cierpliwość. Jednak dzięki wyrozumiałości Iwony udaje mi się pogodzić pracę z obowiązkami rodzinnymi — śmieje się Władysław Wojnicz.

— Czy mógłbym w życiu robić coś innego? Czy widzę siebie jedynie w tej działalności? Z czasem człowiek rośnie, rozwija się, zmienia i zmieniają się jego potrzeby, a więc być może w przyszłości dorosnę do innych funkcji, innej działalności. Na razie natomiast rosnę tylko w szerokość! — dodaje z uśmiechem.

Ewa Gedris


„Najważniejsze, by chciano do nas wracać”

Teresa Winiarska Fot. Marian Paluszkiewicz

Teresa Winiarska, administratorka hotelu działającego w Domu Kultury Polskiej, jest jedną z tych, którzy przyszli tu jeszcze na kilka miesięcy przed otwarciem. Dom się rodził, potrzebna była kadra. I, mimo że dotąd z hotelarstwem nie miała nic wspólnego, zgłosiła się. Nie wybierała, najważniejsze było, żeby dostać pracę w Domu, który jak określa, stał się dla niej rodzinnym.

Początkowo pracowała jako sekretarka, a kiedy hotel zaczął działać — jako recepcjonistka. Od kilku lat pełni funkcje administratora.

Jest po studiach agronomii. Ale tak się ułożyło życie (rodzina, dzieci), że ten zawód w stolicy nie za bardzo się przydał. I tu raptem dowiedziała się, że budowany jest Dom Polski. Czyż może być coś lepszego dla Polki, niż praca wśród swoich? Tym bardziej że praca w hotelarstwie okazała się niezwykle ciekawa. Kontakt z nowymi ludźmi, którzy przyjeżdżają Wilno zwiedzić. A to odwiedzanie zaczyna się przecież od hotelu. I dlatego jakie wrażenie o mieście ludzie wywiozą, zależy w dużej mierze od niej i wszystkich ludzi, którzy w hotelu pracują.

Dlatego tak ważna jest serdeczność, otwartość, życzliwość wobec każdego człowieka — mówi pani Teresa. I zaznacza, że dotyczy to nie tylko jej pracy, ale chyba każdej, bo przecież każdy konflikt można zażegnać, wszystkie sprawy rozwiązać, jeżeli z człowiekiem się rozmawia grzecznie.

— Przecież najważniejsze, by chciano do nas wracać — mówi.

Czy udaje się wypocząć latem, kiedy jest szczyt sezonu turystycznego?

— Na szczęście mamy domową, wprost rodzinną atmosferę, dlatego dzielimy urlopy na dwie części — to znaczy, połowę urlopu mamy latem, drugą połowę w innym okresie.

Jak wypoczywa? Na łonie przyrody. Ma domek poza miastem, ogród pełen kwiatów. A w Domu Polskim również opiekuje się kwiatami. I kiedy widzi się piękne wazony, które stoją w recepcji hotelu, to naocznie się można przekonać, że pani Teresa bardzo kwiaty lubi. Bo one to widocznie czują i dlatego tak pięknie rosną.


Helena Gładkowska


„Doprowadziliśmy ten dom do porządku…”

Irena Mieczkowska Fot. Marian Paluszkiewicz

Irena Mieczkowska w Domu Kultury Polskiej dba o utrzymanie czystości i porządku. Pracuje jako sprzątaczka od pierwszego dnia istnienia placówki.

— Przyszłam tu ze swoją szczotką i wiadrem. Tu były puste pomieszczenia. Byłyśmy we czwórkę. Pamiętam, jak ówczesny dyrektor nas wszystkie poprosił, byśmy przyszły ze swoimi narzędziami pracy — przypomina dziś z uśmiechem i nostalgią pani Irena.

Dziś rozgląda się wokół i, jak mówi, jej oko cieszą uporządkowane i zadbane wnętrza.

— Doprowadziliśmy ten dom do porządku. Pracowałyśmy z wielkim oddaniem, jak u siebie w domu — mówi.

Mieszka zaledwie przez ulicę od pracy i bardzo to sobie ceni. Przedtem pracowała w przedszkolu. Kiedy się dowiedziała, że będzie otwarcie Domu Polskiego, postanowiła spróbować szczęścia i zatrudnić się. Udało się, choć jak sama przyznaje, konkurencji nie brakowało.

Obecnie do zakresu obowiązków pani Ireny należy nie tylko sprzątanie pokoi hotelowych i innych pomieszczeń instytucji oraz praca w szatni, ale również sprzątanie terenu wokół instytucji. Wszystkie sprzątaczki mają tu grafik ruchomy.

— Czasem, gdy odbywają się koncerty, przyjęcia, studniówki czy sylwester, musimy pracować do późna. Czasem nawet do rana. Bywają okresy, gdy mniej się tu dzieje, mamy wówczas wolne — mówi pani Irena.


Edyta Szałkowska


„Najpierw były tylko zimne ściany”

Svajūnas Gedvilas Fot. Marian Paluszkiewicz

Svajūnas Gedvilas, jako energetyk pracuje w Domu Kultury Polskiej od pierwszych dni jego działalności. Przyszedł, żeby ogrzać ściany budynku, który wtedy jeszcze trudno było nazwać domem.

— Najpierw były tylko zimne ściany i moim zadaniem było ogrzać te puste jeszcze wtedy pomieszczenia. Było zimno, ponuro i ciemno. Jednak dzisiaj, patrząc na życie, które tu się toczy, na ludzi, którzy tu pracują, aż trudno uwierzyć, że już minęło 10 lat — wspomina Svajūnas Gedvilas.

Ale — jak przyznaje — nigdy nie czuł się i nie czuje obcym pracując w polskim środowisku. Mało tego, zawsze był z tego dumny. Jak powiedział, żeby przeanalizować jego rodzinne drzewo genealogiczne można zauważyć niejedno nazwisko polskiego pochodzenia. Śmieje się, że po tylu latach, oczywiście, języka polskiego się nauczył. Rozumie wszystko, jednak, jak wyjaśnia, jest małomówny i po polsku raczej nie rozmawia. Obecnie Gedvilas pracuje na pół etatu. Mimo to, tę placówkę nadal nazywa swoim Domem.

— Pracują tu cudowni ludzie, na których nasz Dom się trzyma. Zawdzięczając im wszyscy, którzy tu przyjeżdżają, z chęcią później wracają — zaznacza.

Ewa Gedris