Gdy wybrankiem jest cudzoziemiec…

W ubiegłym roku w stolicy zarejestrowano 218 ślubów z obywatelami innych państw Fot. Marian Paluszkiewicz

Lato jest nie tylko okresem wymarzonych urlopów, ale też czasem ślubów — właśnie wtedy odbywa się najwięcej wesel.

Litewska statystyka dowodzi, że ostatnio coraz więcej par bierze ślub. Chociaż większą część zawartych w ubiegłym roku małżeństw stanowią związki pomiędzy obywatelami Litwy (84 proc.), jednak zawarto też 3 tys. związków małżeńskich z obcokrajowcami.

Jak stwierdziła w rozmowie z „Kurierem” kierowniczka Wydziału Rejestracji Stanu Cywilnego samorządu m. Wilna Ilona Jurgutienė, w ubiegłym roku w stolicy zarejestrowano 218 ślubów z obywatelami innych państw (w roku 2001 było ich 161).

— W ogóle trzeba przyznać, że obecnie z obcokrajowcami pobiera się więcej naszych mieszkańców niż zaraz po odzyskaniu niepodległości. Szczególnie to dotyczy kobiet, mężczyźni bowiem rzadziej decydują się na „zagraniczne” małżeństwa — powiedziała Ilona Jurgutienė.

W ubiegłym roku za mąż za obcokrajowców wyszło około 2,1 tys. kobiet, zaś z cudzoziemkami ożeniło się 872 mężczyzn.

— Najwięcej małżeństw nasi mieszkańcy zawarli z obywatelami Rosji, Białorusi i Ukrainy. Trochę mniej, ale również sporo — z obywatelami Niemiec, Polski, Łotwy, USA, Wielkiej Brytanii i Norwegii — zaznaczyła Ilona Jurgutienė.

Ciekawe to, że najwięcej pań znalazło sobie wybrańców wśród Niemców (305), Rosjan (222), Anglików (153) i Amerykanów (142). Panowie zaś bardziej kierowali swoje spojrzenia na Wschód i zawarli najwięcej związków małżeńskich z Rosjankami (412), Białorusinkami (134) i Ukrainkami (115).

Socjolodzy twierdzą, że chociaż liczba związków z obcokrajowcami wzrasta, jednak litewskie społeczeństwo sceptycznie ocenia takie małżeństwa. Kobiety, wychodzące za mąż na cudzoziemca, nieraz są oskarżane o wygodnictwo lub głupotę (szczególnie, jeżeli zakładają rodzinę z mieszkańcami krajów Bliskiego Wschodu, wyznającymi islam). Z kolei w sprawie narodowości wybranek mężczyzn opinia publiczna jest o wiele bardziej łagodna.

Jednak 56-letnia Natalia Drozdowa z Wilna jest pewna, że różna narodowość małżonków nie gra prawie żadnej roli, jeżeli małżeństwo jest oparte na wzajemnym poszanowaniu.

— Moja córka wyszła za mąż za Cypryjczyka. Poznali się, gdy jeździła odpoczywać na Cypr przed ośmiu laty. Zakochali się. W ciągu pół roku kontaktowali się przez internet, po czym on przyjechał odwiedzić ją do Wilna. Nauczył się nawet kilku zdań po polsku, żeby dogadać się ze mną, bo nie znam angielskiego — opowiada Natalia.

Cypryjczyk Aleksander gościł w domu Natalii w ciągu miesiąca, a przed wyjazdem poprosił ją o rękę córki. Kobieta była wzruszona szacunkiem, okazanym przez przyszłego zięcia. Twierdzi, że wybranek córki dotychczas nazywa ją „swoją drugą mamą”.

— Mimo to, że córka mieszka daleko, nie czuję niepokoju, bo wiem, że mąż wspaniale opiekuje się nią. Raz na rok odwiedzam ich i mego 5-letniego wnuczka, który już mówi w trzech językach: po grecku, angielsku i po polsku — mówi Natalia.

Zupełnie innego zdania na temat zagranicznych mężów jest 26-letnia Inga Morozovaitė z Kowna. Młoda kobieta twierdzi, że różna mentalność i kultura pary jest zgubna dla małżeństwa.

— Byłam bez pamięci w nim zakochana, chociaż on był prawie dwukrotnie starszy ode mnie, miał dwoje dzieci i nadal uginał się przed autorytetem swojej matki. Duża rodzina mieszkała w dużym domu, gdzie wszystko było wspólne i nikt nie rozumiał, czym jest przestrzeń osobista. Jego matka spokojnie wchodziła do łazienki, gdy się kąpałam, kontrolowała, jak mam się ubierać i nawet grzebała w mojej bieliźnie. Dla niego to było normalne — wspomina swoje stosunki z Grekiem Stratosem Inga.

Mieszkali razem dwa lata, zamierzali się pobrać. Stratos, gdy gościł na Litwie, łatwo znalazł wspólny język z mamą i ojczymem Ingi.

— Tak się im spodobał, że nawet nie chcieli mi wierzyć, gdy po ostatecznym powrocie do domu przyznałam się, że niejednokrotnie podniósł na mnie rękę… — ze smutkiem przyznaje rozmówczyni.

Obecnie twierdzi, że ci Grecy, których poznała mieszkając w miasteczku w pobliżu Aten, nie mieli szczególnego szacunku do kobiet i ona sama czasem czuła się jak „akcesorium” swego mężczyzny.

— Jego najbliższy przyjaciel ożenił się z Rosjanką pochodzącą z Kłajpedy, mieli dwoje dzieci. Nieraz podkreślał, że kobiety z naszego kraju są bardzo dobrymi żonami, bo są piękne, pracowite i… posłuszne. Właśnie tego Stratos oczekiwał również ode mnie — opowiada Inga.

— Pracowałam w jego firmie, oferującej rozrywki dla turystów. Wynagrodzenia nie otrzymywałam, bo mój ukochany twierdził, że „wszystkie zarobione pieniądze są wspólne” i oburzał się, gdy mówiłam o wypłacie.

Trzy miesiące przed planowaną datą ślubu Inga spakowała walizki i wróciła na Litwę na stałe.

Różna narodowość małżonków nie gra prawie żadnej roli, jeżeli małżeństwo jest oparte na wzajemnym poszanowaniu Fot. Marian Paluszkiewicz

Z kolei 23-letnia Krystyna jest pewna, że najlepszym kandydatem na męża jest właśnie obcokrajowiec. Przyznaje, że zaraz po ukończeniu studiów w ubiegłym roku wyjechała do Holandii nie tylko po to, żeby zarobić, ale też aby znaleźć męża.

— Po raz pierwszy byłam w Amsterdamie w ramach programu „Erasmus”. Zakochałam się w tym mieście i już wtedy wiedziałam, że swoją przyszłość będę planowała tutaj — opowiada Krystyna, która obecnie pracuje na jednej z licznych holenderskich plantacji kwiatów. — Z Richardem poznałam się w pracy. Jest czuły, tolerancyjny i opiekuńczy. Nasi mężczyźni nie doceniają kobiet. Są przyzwyczajeni, że kobieta pracuje, a gdy wraca do domu, to sprząta i gotuje kolację. Na Zachodzie faceci zupełnie inaczej wyobrażają wspólne życie i domowymi sprawami zajmują się tak samo, jak kobiety.

Para mieszka razem od pół roku. Chociaż poznali się stosunkowo niedawno, zamierzają pobrać się następnej wiosny.

— Rodzice nie są zachwyceni moim wyborem. Obawiają się, że jeżeli wyjdę za mąż za Richarda, to już nigdy nie wrócę na Litwę. A ja bym i tak nie wracała — na własne mieszkanie na Litwie nigdy nie zarobię, a z rodzicami mieszkać nie chcę. Tutaj, w Amsterdamie, wraz z moim narzeczonym mam więcej szans na lepsze życie… — mówi Krystyna.