Zajścia w Ejszyszkach po zagładzie Żydów

Dzisiejsze Ejszyszki są nowoczesnym miasteczkiem Fot. Marian Paluszkiewicz
Dzisiejsze Ejszyszki są nowoczesnym miasteczkiem Fot. Marian Paluszkiewicz

Po likwidacji Żydów okupanci i ich sprzymierzeńcy przystąpili do zaprowadzania swoich porządków. Litwini zajęli się obsadzaniem kierowniczych stanowisk.

Wprowadzono państwowy język litewski. W Hornostaiszkach zadomowił się oddział litewskich „szaulisów”. W odróżnieniu od tych, co mordowali Żydów, ci byli umundurowani w światłozielone uniformy.

Przykazano, by w kościele niedzielami o godz. 11 nabożeństwa odbywały się po litewsku. A było to nieuciążliwe, bo modły w tamte czasy odbywały się po łacinie i chodziło tylko o kazania, które wygłaszał ksiądz Bronislovas Chodanionok, biegle zresztą władający litewskim.
Z Hornostaiszek „szaulisi” szli szeregami w milczeniu. Podchodząc do Jurzdyki, doniosłymi głosami gorliwie śpiewali: „Tai mūsų Tevynė, graži Lietuva”. To z tamtych czasów poznałem tę piosenkę. Cała pociecha była z tego, że w ostatnim szeregu szło tylko dwóch, z których jeden był niewysoki i miał bardzo krzywe nogi.

W litewskie święto 16 lutego kazano wywiesić flagi. A ponieważ tych nie było w sprzedaży, mama uszyła własnoręcznie. Nie wiem dlaczego, ale Saugumie coś się nie spodobało. Ojciec za to został porządnie przez nią sprany, ja natomiast zrozumiałem, do czego służy „guma”.
W tamten czas stosunki władza-człowiek były tragiczne. Każdy mieszkaniec musiał wejść w kontakt z władającymi jak chociażby w sprawie nałożonych podatków, tzw. „normy”. A jak było można coś załatwić, nie umiejąc się dogadać, nie znając państwowego języka? Przez co nieraz dochodziło do kuriozalnych sytuacji. Na przykład, pewien osobnik, chcący otrzymać parę hektarów ziemi, pouczony przez żartownisia poszedł do wójta i na przywitanie, nie pojmując, co mówi, zachęcił po litewsku, by… ten pocałował go w tyłek, na co „władza” na początek zbladła i zaniemówiła, a potem wpadłszy w furię, zawezwała pomoc. Delikwentowi dano naukę państwowego języka i wyrzucono z gabinetu. Długo biedak nawet jadł stojąc, bo… tyłek miał spuchnięty.

Działania władzy doświadczyłem zresztą na własnej skórze. A to poprzez rogatywkę, którą ojciec, chcąc widocznie, bym był do niego — w przeszłości żołnierza-legionisty — podobny, obstalował u Żyda-krawca. W tej rogatywce zresztą dumnie paradowałem, dopóki nie zaczęli rządzić Litwini. Gdy zignorowawszy ostrzeżenie rodzica, bym nie pokazywał się na ulicy „po żołniersku”, wyszedłem, zostałem złapany przez policjanta. Nim się zorientowałem, co do czego, ten zerwał mi z głowy rogatywkę i położywszy na słupku od płotu, posiekł ją bagnetem. Tę stratę musiałem, oczywiście, przeboleć po kryjomu w strachu, że za nieposłuszeństwo ojciec na domiar złoi mi skórę.
Latem 1942 roku w Jurzdyce, na przedmieściu Ejszyszek, urządzono bramę, umajoną dębowymi liśćmi. Na wysokim podium stał ksiądz Justinas Sulis i kropidłem święcił wstępujące do Ejszyszek wojsko generała Povilasa Plechavičiusa.

W ten sposób oficjalnie świętowano przyłączenie Ejszyszek do Litwy. Oficerowie jechali po dwóch na bryczkach, na kozłach natomiast siedzieli żołnierze, popędzając konie. Grała orkiestra. Niemcy fotografowali całe to przedsięwzięcie. Gapiąca się na to wszystko cywilna ludność stała w milczeniu, przeczuwając jeszcze gorsze czasy.

Za parę dni duże zgrupowanie wojska ruszyło w stronę Solecznik. Jak się potem okazało, był to napad na Rakliszki, gdzie w majątku Dymitra Więskiego bazowała AK. Żołnierze już od Jurzdyki szli trochę zgarbieni poboczem drogi, jako ochrona z karabinami gotowymi do walki. Doszli do Janczun. Po drodze widzieli pracujących ludzi w polu, przy oraniu, koszeniu łąk, a każdy miał przygotowane karabiny, w tym — maszynowe.
Kompania AK natarła od Burtymańc. Odwrót Litwinów był zamknięty przez uzbrojonych AK-owców. W potyczce, bo nie wypada tego nazwać walką, zginęło 3 Litwinów, których z kolei trudno nazwać żołnierzami. Byli to niewyszkoleni 18-20-letni ochotnicy nacjonalistycznej propagandy. Ofiary wieziono na furmankach. Okrążeni Litwini od razu się poddali. Puszczono ich wolno, lecz kazano zdjąć mundury, zabrano karabiny i okrojono guziki u kalesonów. Śmieszny i niecodzienny to był widok, gdy paręset chłopa szło, podtrzymując rękoma kalesony.
Była to moralna klęska. Za jedną następną noc do domów ulotnili się wszyscy żołnierze. Pułkownik siedział na schodach ejszyskiej apteki i płakał. Niemcy go aresztowali. Chyba zginął. Zastrzelonych 3 żołnierzy pochowano z lewej strony ejszyskiego cmentarza. Potem krewni podobno zabrali zwłoki.

To z takich wypadków wywodzi się nienawiść do AK, do Polaków. Za to, że ośmielili się bronić. W tej sytuacji dziwnie wyglądali Niemcy.
Pewnej pogodnej księżycowej nocy nad Ejszyszkami-Jurzdyką pojawił się sowiecki samolot. A że było to niecodzienne zdarzenie, wszyscy ludzie powychodzili z domów. Samolot, wziąwszy za cel lśniący w księżycowej poświacie dach kościoła, rzucił bomby. Prawdopodobnie miał zaatakować szkołę — ostkomendaturę, ale Niemcy zamaskowali dach budynku gałęziami. Zrzucone bomby spadły, na szczęście, poza okalający świątynię mur. Od wybuchu powypadały wszystkie szyby, lecz kościół nie ucierpiał.

Podczas wojny dostanie dużej ilości szkła dla ponownego oszklenia świątyni było sprawą wielce kłopotliwą. Zaskakujące, że pomocny w tym okazał się Niemiec ze szkoły — ostkomendantury. Był to bowiem niezwykle ciekawy człek. Każdej niedzieli przychodził do kościoła na nabożeństwo sumę i stawał zawsze w tym samym miejscu przy filarze z zapchaną pod naramiennik furażerką. Wierni p rzyglądali się temu z różnymi zapewne uczuciami.
To ów Niemiec okazał się pomocny w zdobywaniu szkła, a w staraniach poszczęściło się zdobyć również tego kolorowego. Kościół oszklił i wykonał witraże uczestnik wojny 1939 roku o nazwi sku Kogut (imię jego trudno już dziś będzie z pewnością ustalić).
On to spowodował, że w górnym oknie zaistniały dwie szybki w tak drogich sercu każdego Polaka biało-czerwonych barwach. A ten symbol naszego patriotyzmu przetrwał trudne sowieckie czasy. Co tym wymowniejsze, że wtedy podczas Mszy św. zawsze byli „Judasze” — osoby powiązane z bezpieką, które następnie sporządzały raporty do odpowiednich instytucji. Skoro te dwie szybki ocalały, musieli — widać — ci „Judasze” nie podnosić wysoko głów, by je zauważyć.

Kogut wyjechał, bo też musiał wyjechać w roku 1946 do Polski i słuch o nim zaginął. Towarzyszyła mu c órka Elżbieta, która była siostrą miłosierdzia w oddziale u Borysewicza „Krysi”. Przed sama wojną przeszła kurs udzielania pomocy medycznej rannym.
Dalsze wydarzenia przewróciły cały dotychczasowy bieg historii. Niemcy ponieśli druzgocącą klęskę pod Stalingradem. 24 grudnia 1942 roku, w wigilię Bożego Narodzenia w siarczyste rosyjskie mrozy niemieccy żołnierze zapalili świeczki, zaczęli świętować, nalawszy kielichy. Radzieckie „katiusze” zrobiły im istne piekło.

Zginęła albo trafiła do niewoli 300-tysięczna armia razem z feldmarszałkiem Paulusem. Berlin był w żałobie. Zmiękli też miejscowi dygnitarze.
Niedaleko naszego domu zaczęto budować konstrukcje trzech domów.
Niemcy zaszli do nas, by się ogrzać. Jeden z nich rozmawiał trochę po polsku.
Ojciec, jak przystało wedle tradycji „Gość w dom…”, zaprosił przybyszy do stołu i ośmieliwszy się nieco, zagadnął, czy aby warto budować, jeśli trzeba się cofać. Niemiec objaśnił, że to taktyka genialnego fuhrera i on zwycięży. Dialog rozproszył się więc w pustce.
Tym faktem chciałbym podkreślić, co znaczy ideowo-nacjonalistyczne otumanienie. Osobnik nie jest wtedy w stanie realnie myśleć, analizować, wyzuty z człowieczego instynktu.

I Niemcy, i ich sprzymierzeńcy, przełknąwszy gorzką „pigułkę”, usilnie pracowali przy umacnianiu ochrony ostkomendatury. AK zaczęła gospodarzyć w całej gminie: po wsiach i zaściankach.
O oddziale Jana Borysewicza „Krysi” zrobiło się szczególnie głośno po tym, gdy partyzanci 77 pułku V kompanii na początku czerwca 1944 roku zdobyli Ejszyszki, nie ponosząc własnych strat. Najpierw, w początkach nocy spiłowano słupy telefoniczne, co spowodowało utratę łączności. AK-owcy rozbili posterunek policji chroniony przez 40 litewskich policjantów. Wypuszczono aresztowanych. Co niektórzy policjanci schowali się do bunkra. Z dala było słychać, jak AK-owiec krzyczał: „Wyłaź, psia krew twoja!”. Zdobyto znaczne ilości broni, amunicji, umundurowania.
Dużo furmanek załadowano mąką, cukrem, konserwami. Pomocny w tym okazał się kierownik składów Franciszek Budzko, oddając klucze od składów. Na odchodnym prosił, by skrępowano mu ręce w dowód rzekomej przemocy. Z ostkomendatury Niemcy na potwierdzenie swej neutralności strzelali zielonymi i czerwonymi rakietami.

W podobny sposób zdobyto Raduń, w czym zasłużył się komendant tamtejszego posterunku policji, Tadeusz Załuski — członek AK, który miał rodzinę w Ejszyszkach, a synowie Bohdan i Bronek byli żołnierzami AK. Po zajściu Sowietów Tadeusz Załuski został przez sławetną „trójkę” skazany na 25 lat łagrów. Męczył się 13 lat, kopiąc złoto w wiecznej zmarzlinie Magadanu. Po śmierci „kata narodów” wrócił do Ejszyszek, gdzie rychło zmarł, nie otrzymawszy zezwolenia na wyjazd do rodziny w Polsce. W rozmowach z moim ojcem przysięgał, że nie brał udziału w mordowaniu Żydów w Raduniu, co mu zarzucano. Twierdził, iż była to wyłącznie krwawa robota „szaulisów” specjalnie przywiezionych w tym celu przez Niemców.
Śmiem twierdzić, że klęska Niemców, w tym — pod Stalingradem, zatrzymała planowany holokaust Polaków rękoma Litwinów, gdyby Hitler wygrał wschodnią batalię.

Część Żydów, którym udała się ucieczka z rąk oprawców, skierowała się do lasów. Niektórzy zorganizowali partyzantkę żydowską bądź przyłączyli się do sowieckiej, głównie — w Puszczy Nalibockiej i Rudnickiej. Setki Żydów ukrywali Polacy. Niektórzy przed wojną przyjaźnili się z Polakami, wspomagali ich kredytami.

W zaścianku Korkuciany, u Kazimierza Korkucia i jego matki ukrywało się parę żydowskich rodzin. Pomagał Żydom i Antoni Gawryłkiewicz.
We wsi Janiance Antoni Sienkiewicz ukrywał rodzinę żydowską, o czym możliwie sąsiedzi donieśli policji litewskiej. Przybył oddział, okrążyli domostwo. Spędzili rodzinę żydowską i gospodarzy do gumna, rozstrzelali i zabudowania podpalili. Jeden z policjantów zlitował się nad małym Michałem i kazał mu biec do żyta. Tak Michał Sienkiewicz pozostał przy życiu. Wychowywał się u ciotki, na Jurzdyce.

Polacy pomagali, przechowywali wbrew rozkazom okupanta Żydów, narażając swoje i rodzin życie na karę śmierci. W Romaszkańcach Niemcy rodzinę Wołyńców wraz z całą rodziną Żydów zamordowali i spalili zabudowania. W Macuńcach zastrzelili Józefa Borowskiego wraz z całą rodziną. W Wierzańcach zastrzelono Leokadię Daglis za to, że ukrywała żydowskie dziecko. W rejonie wileńskim, w Gudelach Franciszek Raczycki, syn Kazimierza (1898-1980),  wraz z żoną Marią przez całą wojnę ukrywali zaprzyjaźnionego Żyda. W domostwie zrobiono schron, a że dom stał na ustroniu i na skraju lasu, udało się.

Żyd był krawcem, więc zarabiał na swoje utrzymanie, a też gospodarzowi coś niecoś kapnęło. Po wojnie Żyd przedostał się do Izraela, skąd w latach 80. ubiegłego wieku przysłał list, zapraszając do siebie w gościnę, chciał się bowiem spotkać. Za czasów sowieckich sam list z kapitalistycznej zagranicy był udręką, nie mówiąc już o spotkaniach, wyjeździe. Pozostało to więc bez echa, tym bardziej że list był pisany w języku angielskim.
Większość Polaków ratujących Żydów w tragicznej sytuacji, często narażając swoje i rodziny życie, pomagali ludziom jako pomoc bliźniemu. Niektórym Żydom udało się uciec do swoich polskich przyjaciół lub ukryli się w schowkach i nie zostali odnalezieni przez Litwinów. Po Holokauście w Ejszyszkach ocalało około 40 osób. Duża część uratowanych Żydów przeżyła okupację niemiecką i z biegiem lat wyjechała do Izraela.

Parę dni po Holokauście w Ejszyszkach poszliśmy do krewnych Ambrożewiczów, którzy tu zamieszkiwali przy ulicy Raduńskiej. Pozostał w pamięci straszny widok. Pootwierane drzwi, puste domy, tylko szczekanie głodnych psów i miauczenie kotów. Nikt nie zachodził do żydowskich domów. Ludność Ejszyszek była w szoku i strachu: co będzie jutro? Taki stan był chyba z tydzień, dopóki nie zaczęli nadjeżdżać wioskowi z Misztun, Nowego Dworu, w większości — Litwini. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego brali żydowskie poduszki i kołdry, nie ruszając mebli i naczyń…
Straszne to były czasy. I, jak już podkreślałem, wziąłem za pióro, by tymi wspomnieniami uświadomić, że za każdą zbrodnią musi być w następstwie — kara.

Grzegorz Józef Koszczuk