Antypolskie frustracje z historią w tle

Prezentacja książki „Obcy w domu Litwinów” posłużyła okazją do wylania antypolskich frustracji w przededniu wyborów do Parlamentu Europejskiego Fot. Marian Paluszkiewicz
Prezentacja książki „Obcy w domu Litwinów” posłużyła okazją do wylania antypolskich frustracji w przededniu wyborów do Parlamentu Europejskiego Fot. Marian Paluszkiewicz

W litewskim parlamencie, w jego europejskim sercu — Biurze Informacji Europejskiej — odbyła się kolejna, ostatnio częstych na Litwie dyskusji, o relacjach polsko-litewskich. „Rola Polaków i Polski na drodze samostanowienia i rozwoju narodu litewskiego i jego państwa” i „Obcy w domu Litwinów” — to zestawienie nazwy seminarium-dyskusji oraz tytułu prezentowanej na niej książki inżyniera, dziennikarza, a ostatnio też uważanego w pewnych kręgach za historyka dr. Algimantasa Liekisa, najlepiej odzwierciedlało to, o czym mówili uczestnicy spotkania.

Ich zdaniem, Polska od zarania dziejów polsko-litewskich dążyła do unicestwienia litewskiej państwowości i narodu litewskiego, zaś Polacy na Litwie stanowią „piątą kolumnę”. Co prawda, czyją ta „kolumna” miała być, uczestnicy spotkania nie mieli spójnego zdania, bo raz ją nazywali kolumną Warszawy, a raz Moskwy.
Dziwnym zbiegiem okoliczności, dyskusja odbywająca się w sejmowych progach, zbiegła się z kampanią wyborczą do Parlamentu Europejskiego. Nazwiska niektórych z przemawiających można znaleźć na liście kandydatów jednej z partii do PE.
I choć bohater spotkania, Algimantas Liekis, kategorycznie zaprzeczył, mówiąc, że nawet nie skojarzył organizowanej dyskusji z kampanią wyborczą, to pod koniec spotkania sam zachęcał słuchaczy dyskusji do głosowania na jedną z list. Inni organizatorzy spotkania po cichu też rozdawali jego uczestnikom ulotki agitacyjne.

Aczkolwiek, jak zaznaczył uczestniczący w dyskusji prezes „Vilniji” dr hab. Kazimieras Garšva, wypowiadana krytyka pod adresem Polaków nie dotyczy całej polskiej społeczności, lecz tylko zwolenników Akcji Wyborczej Polaków na Litwie i jej prezesa, europosła Waldemara Tomaszewskiego. Garšva tradycyjnie też zaatakował dziennikarzy „Kuriera Wileńskiego” bezpodstawnie zarzucając nam nieobiektywność.
— Prezentowana książka jest bardzo popularna i potrzebna szkołom i placówkom kultury, więc sądziłem, że przyjdzie Akcja Polaków i będzie duża kolejka, będą chcieli kupić (książkę — przyp. red.). Tymczasem doczekaliśmy się tylko dwóch dziennikarzy „Kuriera Wileńskiego” i teraz pan Stanisław myśli jutro napisać, że zebrała się tu grupka ekstremistów, która stawia pretensje Polsce, chcąca lituanizować Polaków. Ale my niczego podobnego nie proponujemy. „Piątą kolumnę” stanowią tylko Burokevičius, Jonienė i Jarmalavičius (Mykolas Burokevičis, Juozas Jarmalavičis i Stanislava Jonienė uznawani są za jednych z organizatorów krwawych wydarzeń 13 stycznia 1991 r. — przyp. red.), którzy są Litwinami. Polacy są wymienieni w książce Ganusauskasa „Piąta Kolumna” (Edmundas Ganusauskas, sowiecki lotnik, później dziennikarz litewskiej „Komsomolskiej prawdy” (od 1991 r. „Lietuvos rytas”), następnie rzecznik prasowy usuniętego z urzędu w drodze impeachmentu prezydenta Rolandasa Paksasa — przyp. red.). Jest ich mniejszość, dlatego nie piszcie, że mówiliśmy o Polakach, jako o „piątej kolumnie”.

Rozmawiamy bowiem o ugrupowaniu Tomaszewskiego i tylko o nich — mówił Garšva zwracając się bezpośrednio do dziennikarzy „Kuriera Wileńskiego”. Zarzucił nam, że niesłusznie piszemy, że Garšva jest przeciwny pisowni polskich nazwisk oraz nazw miejscowości.
— Napiszcie, że Garšva jest bardzo niezadowolony z tego, że Waldemar Tomaszewski po rosyjsku pisze się Tomaszewskij, że poseł na Sejm, prezes „Macierzy Szkolnej” w Sejmie pisze się Kvetkovskij, ja zaś proponuję, żeby pisał się po polsku „Kwiatkowski”, albo przynajmniej po litewsku „Kvetkovskis”. Tak samo w sprawie posła Jedzińskiego. To więc proponujemy, ale wy nie chcecie z tego skorzystać — mówił Garšva dlaczegoś zapominając o tym, że to na początku litewskiej niepodległości litewskie urzędy stanu cywilnego wymieniając sowieckie paszporty na litewskie przepisywały do nich wcześniej zrusyfikowane polskie nazwiska, chyba że Polak godził się na zlituanizowanie swego nazwiska.

Przy tym prezes „Vilniji” skrytykował też projekt wiceprzewodniczącego Sejmu Gediminasa Kirkilasa, którego przyjęcie umożliwiłoby polską pisownię nazwisk w litewskich dowodach. Garšva powiedział, że podobnej możliwości nie mają Litwini w Polsce oraz, że żadna umowa, w tym Traktat Polsko-Litewski nie zobowiązuje Litwę do wprowadzenia obcych liter do litewskiego alfabetu.
— Wymieniliśmy na razie tylko problemy w relacjach z Akcją Wyborczą Polaków na Litwie i Polską. Po wymienieniu problemów chcemy przywrócenia dobrych stosunków z Polską. Ale ich nie będzie dopóty, dopóki Polska nie uszanuje Aktu Niepodległości 16 lutego, na mocy którego Litwa zerwała wszystkie więzi z innymi państwami, w tym z Polską. A przed 130 laty twórcy naszego państwa wyrzucili z alfabetu wszystkie polskie litery, żeby zerwać z polonizacją — grzmiał prezes „Vilniji”. Oburzył się też, że utworzony w okresie caratu litewski alfabet dziś w Republice Litewskiej posłowie na Sejm chcą zniszczyć.
Garšva wyraził nadzieję, że antykonstytucyjne, jego zdaniem, ustawy o pisowni nazwisk i o mniejszościach narodowych nie zostaną uchwalone. Zaznaczył też, że tylko „mówienie prawdy i niestawianie pretensji” przyczynią się do rozwiązania problemów w relacjach polsko-litewskich.
Niestety, od niemówienia prawdy, a raczej od jej negowania swoje przemówienie rozpoczął następny po Garšvie uczestnik dyskusji. Jonas Užurka, wychowanek sowieckiej szkoły dowódców wojskowych, a w niepodległej Litwie publicysta, zarzucił obecnym władzom brak reakcji na rzekomo kłamliwą informację, że w okresie stanowienia litewskiej niepodległości jej wojsko było użyte przeciwko podwileńskim Polakom sprzeciwiającym się grabieży ich ziemi przez nowe władze. Užurka nazwał te doniesienia kłamstwem, a uczestnicy dyskusji z nim zgodzili się.

Krytykujący oponentów za komunistyczną przeszłość większość przemawiających (na zdjęciu prof. Romualdas Grigas i prof. Povilas Gylys) również mają bogatą komunistyczną przeszłość Fot. Marian Paluszkiewicz
Krytykujący oponentów za komunistyczną przeszłość większość przemawiających (na zdjęciu prof. Romualdas Grigas i prof. Povilas Gylys) również mają bogatą komunistyczną przeszłość Fot. Marian Paluszkiewicz

Do wydarzeń na Wileńszczyźnie z początku lat 90. ubiegłego stulecia nawiązał w swoim przemówieniu Arūnas Eigirdas, ówczesny członek rządowej komisji ds. tzw. Litwy Wschodniej oraz namiestnik rządu na rejon solecznicki w latach 1991-1992. Zaznaczył on, że na początku lat 90. Rosja na Wileńszczyźnie przygotowywała podobny scenariusz, jaki został zrealizowany w Naddniestrzu, czy obecnie jest realizowany na Krymie. Eigirdas uważa, że zapobiec podobnym wydarzeniom na Wileńszczyźnie pomogło zrozumienie ówczesnych władz powagi sytuacji. Właśnie wtedy powstała rządowa Komisja ds. Litwy Wschodniej, która na Wileńszczyźnie prowadziła prewencyjne działania z zakresu polityki informacyjnej oraz dialogu z miejscowym społeczeństwem i przedstawicielami władz lokalnych. Eigirdas zdradził, że realizację tych celów Komisji ułatwiała inwigilacja miejscowej ludności.
„Powiem otwarcie, że całość informacji z tego regionu Departament Bezpieczeństwa otrzymywał od nas. Mieliśmy w tamtym regionie całą siatkę swoich informatorów. Mieliśmy dokładną informację o sytuacji. A gdy masz informację, to wiesz, jak trzeba działać i co robić” — powiedział Arūnas Eigirdas. Ubolewał też, że później i obecnie nikt nie prowadzi na Wileńszczyźnie podobnych działań.
— Toteż mamy taką sytuację, że w ciągu tych lat wychowaliśmy całe społeczeństwo, które uważa się za obywateli Polski, a nie Litwy — powiedział Eigirdas. Uznał też, że działania i interesy Rosji i Polski wobec Litwy są zbieżne.

Sygnatariusz Aktu Niepodległości, były minister spraw zagranicznych, obecnie poseł na Sejm, prof. Povilas Gylys, uważa też, że problematyczność relacji polko-litewskich polega na tym też, że obecne litewskie elity polityczne nie działają w interesie narodu litewskiego i nie potrafią przeciwstawić się polskim elitom, które mają konkretne cele wobec Litwy.
— Polska jest dla nas ważna i nikt o zdrowym rozsądku temu nie będzie przeczył, zresztą nikt i nie przeczy. Trzeba jednak mieć siły i umysł, żeby uświadomić sobie, że Polska, jej elita, bardzo wpływowa jej część, przeceniła Litwę, przeceniła naród litewski. Toteż wzmacnia się przeczucie, że chcą oni pewnych zmian przerysowując na nowo mapę Europy — powiedział Gylys. Jego zdaniem, potęgowanie napięć na tle narodowościowym prowadzi do konfliktu, który „może wybuchnąć w nieznanym miejscu i nieznanym czasie”.
Z kolei w przekonaniu innego Sygnatariusza Aktu Niepodległości, byłego posła oraz jednego z twórców sławetnego programu Litwy Wschodniej, Romualdasa Ozolasa, nie ma nadziei na poprawę relacji z Polakami.

— Polacy mają narodową ideologię, jakiej nie mają Litwini. A tę ideologię stanowi nic innego, jak tylko polski katolicyzm zapłodniony przez okrucieństwo Zakonu (krzyżackiego). Kościół i Zakon w Polsce są braćmi bliźniakami — oświadczył Ozolas.
Zaznaczył też, że stronnicy porozumienia z Polską „kosztem zrezygnowania z narodowego alfabetu” rozumieją tylko język siły.
— Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko znaleźć sposób, żeby zacząć z nimi rozmawiać w tym języku — powiedział Ozolas. Oświadczył też, że przedstawicieli Akcji Wyborczej Polaków na Litwie we władzach kraju nie można określać inaczej jak „piątą kolumną” i że muszą oni zostać usunięci z zajmowanych stanowisk.
Romuladas Ozolas skrytykował też inicjatywę Kirkilasa, któremu zarzucił komunistyczną przeszłość. Paradoksalne, ale zarówno sam Ozolas, jak też Gylys, oraz wielu przemawiających, jak i sam bohater dr Liekis mają nieraz bardzo bogatą przeszłość sowiecko-komunistyczną.