Po wyborach posypały się dymisje

Dymisja Lorety Graužinienė ze stanowiska szefowej Partii Pracy była dużym zaskoczeniem, inaczej niż oczekiwana rezygnacja Andriusa Kubiliusa z ubiegania się o reelekcję na stanowisko prezesa partii konserwatystów      Fot. Marian Paluszkiewicz
Dymisja Lorety Graužinienė ze stanowiska szefowej Partii Pracy była dużym zaskoczeniem, inaczej niż oczekiwana rezygnacja Andriusa Kubiliusa z ubiegania się o reelekcję na stanowisko prezesa partii konserwatystów Fot. Marian Paluszkiewicz

Nie wiadomo, czy to wpływ wiosennego odrodzenia się, ale litewska scena polityczna znalazła się przed poważnymi zmianami — aż dwóch prezesów parlamentarnych partii politycznych podało się do dymisji.

O ile jednak dymisję, a raczej rezygnację z udziału w wyborach nowego prezesa, wieloletniego prezesa Związku Ojczyzny/Chrześcijańskich Demokratów Litwy Andriusa Kubiliusa można oceniać jako ucieczkę przed porażką w kwietniowych wyborach nowego lidera partii, o tyle wtorkowa dymisja przewodniczącej Sejmu Lorety Graužinienė ze stanowiska prezesa Partii Pracy była zaskoczeniem nawet dla jej najbliższego otoczenia. Wydaje się, nie była ona nawet konsultowana z patriarchą i założycielem tej partii, europosłem Wiktorem Uspaskichem.

„Dowiedziałem się z mediów” — tyle tylko Uspaskich powiedział dziennikarzom zapytany o to, co sądzi o dymisji Graužinienė.
Dzień wcześniej Uspaskich, choć krytykował partyjnych działaczy za niepocieszające wyniki wyborów samorządowych, to jednak jego krytyka dotyczyła lokalnych liderów, a nie wierchuszki partii.
„Musieli chyba agitować przeciwko siebie, żeby przegrać te wybory” — tak Uspaskich skomentował przegraną jego partii w Kiejdanach uważanych dotąd za niepokonany bastion Partii Pracy. O odpowiedzialności liderów partii nie wspomniał nawet słowem. Jednak choć dymisja Lorety Graužinienė była dla niego zaskoczeniem, to Uspaskich opowiedział się za tym, żeby jej następcą został młody polityk. Zaprzeczył kategorycznie, że sam będzie chciał powrócić do steru władzy w Partii Pracy.

„Nie, nie i jeszcze raz nie” — tyle tylko powiedział Uspaskich na ten temat.
Tymczasem politolodzy zgodnie uważają, że tylko powrót Uspaskicha na stanowisko prezesa Partii Pracy uratuje jej dalszy spadek popularności, co potwierdziły wyniki wyborów samorządowych. Partia Pracy zdobyła w nich tylko 3 stanowiska merów na 60 możliwych, ale najważniejsze, że w największych miastach to ugrupowanie w ogóle nie trafiło do rad miejskich. Dlatego media zaczęły spekulować na temat powrotu idei sprzed dwóch lat połączenia się Partii Pracy z partią Porządek i Sprawiedliwość, która w wyborach samorządowych również nie wypadła dobrze. Politolodzy uważają jednak, że ta idea dziś byłaby trudna do zrealizowania.

Natomiast portal Delfi powiela plotki o możliwym połączeniu się Partii Pracy ze Związkiem Wolności Artūrasa Zuokasa, który przegrał reelekcję na stanowisko mera stolicy kraju. Sam Zuokas kategorycznie zaprzeczył tym plotkom portalu podkreślając, że to właśnie jego partia pokonała w wyborach samorządowych ugrupowanie Uspaskicha w ich bastionie w Kiejdanach. Dzień wcześniej Zuokas obwieszczał, że po przegranych samorządowych wyborach w stolicy skupi się na przygotowaniach do wyborów parlamentarnych 2016 oraz wyborach prezydenckich 2019 roku.

Jeśli jednak dymisja Lorety Graužinienė nie przemebluje sceny politycznej kraju, to bez przesunięć w Sejmie raczej nie obejdzie się. Zajmująca dotąd stanowisko drugiej osoby w państwie, przewodniczącej Sejmu, Graužinienė będzie raczej musiała ustąpić to stanowisko nowemu prezesowi partii. Oczywiście, jeśli on będzie wywodził się z parlamentarnego składu partii. A raczej będzie, bo Uspaskich, który nadal jest najbardziej wpływową osobą w partii, wymienił aż dwóch posłów jako ewentualnych następców Graužinienė. Jego zdaniem, młodzi posłowie, Vytautas Gapšys i Viktoras Fiodorovas, są najlepszymi kandydatami na nowego lidera partii.

Po przegranych wyborach w Wilnie mer Artūras Zuokas w przyszłości widzi siebie na stanowisku premiera czy prezydenta  Fot. Marian Paluszkiewicz
Po przegranych wyborach w Wilnie mer Artūras Zuokas w przyszłości widzi siebie na stanowisku premiera czy prezydenta Fot. Marian Paluszkiewicz

Tymczasem konserwatyści po decyzji Kubiliusa o rezygnacji z reelekcji na stanowisko prezesa partii mają o wiele poważniejszy dylemat. Bo chętnych na miejsce Kubiliusa już jest kilkunastu, w tym wiceprzewodnicząca Sejmu Irena Degutienė, która dwa lata temu wycofała się z wyborów prezesa, żeby nie przeszkadzać Kubiliusowi w jego kolejnej reelekcji. Tym razem Kubilius nie odwzajemnił się uprzejmością wobec koleżanki, bo wycofując swoją kandydaturę udzielił poparcie kandydaturze europosła Gabrieliusa Landsbergisa, młodego polityka najbardziej znanego z tego, że jest wnukiem patriarchy konserwatystów Vytautasa Landsbergisa. Według niektórych źródeł, to właśnie dziadek stoi za zaskakującą karierą polityczną młodego Landsbergisa, który z pozycji szeregowego urzędnika w rządzie wygrał wybory do Parlamentu Europejskiego i stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy konserwatystów.

Kubilius swoją rezygnację z udziału w wyborach lidera partii nie wiąże z nie najlepszymi wynikami partii w wyborach samorządowych. Bo choć konserwatyści nadal są drugą w kraju siłą polityczną pod względem liczby radnych samorządów i wygranych stanowisk merów, to jednak w dużych miastach ich wpływy maleją. Konserwatyści przegrali właśnie w Kownie, uważanym dotąd za bastion tej partii oraz uzyskali nie najlepsze wyniki w Wilnie i Kłajpedzie, gdzie ich udział we władzy jest zdany na decyzję Ruchu Liberałów uważanego dotąd za młodszego brata konserwatystów. Również liberałom konserwatyści przegrali wybory uzupełniające do Sejmu, które odbyły się w wileńskiej dzielnicy Żyrmuny.