Ukraina w stanie wojen i żadnej wygranej

145
Wspólne ćwiczenia amerykańsko-ukraińskie    Fot. ELTA
Wspólne ćwiczenia amerykańsko-ukraińskie Fot. ELTA

Amerykański ambasador w Kijowie Geoffrey Pyatt niedawno trafnie zauważył, że Ukraina prowadzi dwie wojny – z Rosją i korupcją.
Wypowiedź padła przed wizytą ambasadora w Odessie, która po naznaczeniu na stanowisko tamtejszego gubernatora byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwiliego jest głównym bastionem ukraińskiej walki z korupcją.
Linia frontu wojny z Rosją nadal przebiega w Donbasie wzdłuż granicy rozejmu z prorosyjskimi separatystami.

Mimo tzw. mińskich porozumień ws. zawieszenia broni, tam codziennie dochodzi do walk, w których giną ukraińscy żołnierze. Tylko w ciągu ostatnich dni ukraińskie pozycje były ostrzeliwane przez separatystów. Pociski trafiały też w domy mieszkalne. Ranni i zabici są żołnierze i cywile.
Tymczasem w Odessie jej „gruziński” gubernator prowadzi jak dotąd niespotykaną w kraju skalę wojnę z korupcją. Jak powiedział niedawno Saakaszwili w jednym z wywiadów, musi tę wojnę wygrać, żeby również w tym regionie nie doszło do wybuchu separatyzmu, czyli do otwarcia nowego frontu wojny z Rosją — o czym mówił ambasador Pyatt.
Ocena amerykańskiego dyplomaty, choć trafna, nie odzwierciedla jednak złożoności całej sytuacji i procesów, jakie zachodzą w kraju.
Ukraina, która stoi na progu upadłości gospodarczej i finansowej, oprócz walki z rosyjską agresją i wszechobecną korupcją, równolegle toczy wiele jeszcze wojen, z których jeszcze żadnej nie wygrała.
Kryzys gospodarczy, bezrobocie, zubożenie społeczeństwa i jego radykalizacja, wszechpotęga oligarchów, przemyt – to tylko kilka frontów, na których ukraińskie władze muszą odnieść zwycięstwa, żeby nie tylko kraj zaczął rozwijać się, ale w ogóle pozostał suwerennym punktem na mapie Europy.

Rozumieją to zarówno władze w Kijowie, jak też wspierający ich partnerzy na Zachodzie, ale też w Moskwie, gdzie na Kremlu prawdopodobnie już dawno napisano scenariusz rozpadu vel rozbioru Ukrainy.

Ponownie to nagłośnił rosyjski premier Dmitrij Miedwiediew, który niedawno w wywiadzie dla słoweńskiej telewizji prorokował Ukrainie los Jugosławii, obarczając przy tym władze w Kijowie całą odpowiedzialnością za ewentualny rozpad Ukrainy.
„Taki kraj jak Jugosławia. Kto ją pamięta? Dziś młodzi ludzie w Rosji nawet nie wiedzą, że taki kraj był na mapie Europy. Dlaczego o tym wspomniałem?
Mam nadzieję, że za jakiś czas nie będziemy musieli mówić, że niegdyś było takie państwo, jak Ukraina. Istnienie Ukrainy zależy od mądrości, cierpliwości i skłonności do kompromisów tych, którzy podejmują decyzje w tym kraju” – oświadczył Dmitrij Miedwiediew dla słoweńskiej telewizji. Według niego, „brak elastyczności i skłonności do kompromisu może doprowadzić do powtórki scenariuszu jugosłowiańskiego na Ukrainie”.

Władze na Kremlu jeszcze przed dwoma laty chciały narzucić Ukraińcom swój plan, który rzekomo ma uchronić ich kraj przed losem Jugosławii. Moskwa i osobiście Miedwiediew oraz prezydent Władimir Putin od lat „proponują” Ukrainie „federalizację kraju”, co według Kremla, ma być warunkiem koniecznym do spełnienia, żeby w kraju zapanował pokój.
Ukraińskie władze mają jednak swój plan wyrwania kraju z kryzysu i chaosu, dlatego proponowane przez Kreml „dobrodziejstwa” odrzuciły jeszcze przed ponad rokiem.

W zamian postanowiono wzmacniać obronność, co ma usprawnić skuteczne zwalczanie separatyzmu na wschodzie kraju, rozwijać samorządność, co ma zapobiec pojawienie się separatyzmu w innych regionach, zreformować urzędy, co ma skutecznie zwalczać korupcję. Te starania, a raczej ich samodzielność, nie przynoszą na razie trwałych, a nawet widocznych efektów. Dlatego coraz częściej w opinii zachodniej ze smutkiem, zaś w Rosji z zadowoleniem, ocenia się, że już ponad rok czasu od zmiany władzy na Ukrainie jest czasem straconym, że ukraiński system jest na tyle przeżarty korupcją, że sami Ukraińcy z żadną wojną – konwencjonalną, propagandową, gospodarczą, z korupcją — po prostu nie poradzą. Rozumieją to też władze w Kijowie, które pod presją czasu starają się podejmować radykalne i często niekonwencjonalne decyzje.
Mianowanie Micheila Saakaszwiliego na gubernatora obwodu odeskiego jest jedną z takich decyzji.

Były prezydent Gruzji początkowo miał zostać wicepremierem Ukrainy. Gruzin jednak zechciał gubernatorskiego stanowiska, bo jak mówi w wywiadach, odeski obwód jest kluczowym do zachowania jedności terytorialnej Ukrainy i ruszenia reform administracyjnych, gospodarczych i socjalnych w całym kraju.
Saakaszwili ocenia, że jeżeli Odessę nie uda się zreformować, to obwód stanie się kolejnym epicentrum konfliktu zbrojnego, a to na pewno doprowadzi do upadku całego kraju i podzieleniu losu Jugosławii.

Saakaszwili bynajmniej nie jest jedynym Gruzinem w strukturach nowej ukraińskiej władzy. Wiele osób z otoczenia byłego prezydenta Gruzji pomaga dziś Ukraińcom reformować tamtejszą milicję, prokuraturę.
Z kolei Litwin, Aivaras Abromavičius, jako tamtejszy minister zajmuje się reformą ukraińskiej gospodarki.
Po latach nieudanych prób zreformowania tamtejszych sił zbrojnych, ukraińskiemu rządowi w końcu udało się przekonać Amerykanów do udzielenia pomocy w tym zakresie. Departament Stanu zapowiedział, że amerykańscy wojskowi rozpoczną w br. regularne szkolenia żołnierzy ukraińskich zgodnie z zaproszeniem rządu Ukrainy.
Z kolei ostatnie krwawe wydarzenie w Mukaczewie na zachodzie Ukrainy, gdzie w bandyckich porachunkach przemytników z milicją zginęło kilka osób, a kilkanaście zostało rannych, pokazało kolejny problem.
Ukraińskie granice państwowe okazuje się, są podzielone między miejscowymi hersztami przemytników, którzy przez skorumpowane służby celne są faktycznymi strażnikami granicy państwowej. Dlatego w Kijowie zapadła decyzja, że wszystkie oddziały Ukraińskiej Służby Celnej na zachodzie kraju mają być kierowane przez brytyjską firmę.
Print