Bogdan Kulas: W Norwegii się dba o własne interesy

382
Bogdan Kulas Fot. Marian Paluszkiewicz
Bogdan Kulas Fot. Marian Paluszkiewicz

Rozmowa z Bogdanem Kulasem, wiceprezesem Związku Polaków Norwegii, od 34 lat mieszkającym w Norwegii

Jak dawno został powołany Związek Polaków w Norwegii (ZPN)?

Nasz związek wywodzi się z okresu po II wojnie światowej. Wielu Polaków w czasie wojny naziści przywieźli jako niewolników do pracy. Po wojnie Polacy powoli wyjeżdżali z Norwegii, gdyż panowały tam bardzo ciężkie warunki — Norwegia była biedna i niewiele osób zostało. Formalnie powstał w latach 60-tych jako Związek Polaków w Norwegii. Korzenie mamy w Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów, które tam działało wcześniej. Były zawsze jakieś polskie kluby i do niedawna Polaków w Norwegii było bardzo mało — ok. 5-6 tysięcy.

Kiedy napływ Polaków do Norwegii nasilił się?

Można powiedzieć, że pierwsze nasilenie nastąpiło pod koniec tzw. komuny, ok. roku 1987-88. Kiedy ja przyjechałem do Norwegii we wrześniu 1982 r., było tam około 4 tys. Polaków. Następnie przyjechało jeszcze około 2 tys. Była to w dużym stopniu imigracja „solidarnościowa”. Byłem jednym z pięciu Polaków, którzy dostali azyl polityczny w Norwegii. Włączyłem się bardzo mocno do emigracji politycznej, która walczyła o obalenie komunizmu. Upraszczając można powiedzieć, że 80 proc. pieniędzy, które otrzymywał ruch „Solidarności” w polskim podziemiu i na emigracji, pochodziło od norweskich związków zawodowych. Poparcie, które miała „Solidarność” w Norwegii, przekracza wszelkie wyobrażenie. To się zrodziło z akcji „Daj jedną godzinę pracy dla Polski”. Każdy członek związków zawodowych (a w Norwegii prawie każdy pracownik należy do związków zawodowych) dawał rocznie jedną godzinę swojej pracy ze składki — były to ogromne pieniądze i budżet naszej organizacji był bardzo duży.

Kolejna fala nastąpiła wraz z przyjęciem Polski do UE…

Po roku 2004 gwałtownie przyjechało dużo Polaków i w tym okresie ludzie całkowicie zajęli się urządzaniem się, pierwszym dorabianiem się. Nie było potrzeby organizowania się i właściwie potrzebę wspólnego bycia razem z jednej strony zapewniał Kościół katolicki, gdyż polscy księża już tu byli i mimo że katolików było mało, to jednak Norwegia ma sieć kościołów katolickich, wybudowanych wcześniej, głównie z pomocą z Niemiec. Po drugie, jest możliwość oglądania telewizji polskiej, a po trzecie, połączenia lotnicze są tak tanie, że można pracować w Norwegii, a dojeżdżać do rodziny na weekendy i wielu ludzi tak funkcjonuje. Oczywiście trzeba w pewnym momencie podejmować decyzje, jak np. gdzie dzieci pójdą do szkoły — i tutaj jest problem.

Czym się Pan dzisiaj zajmuje w Norwegii?

Zajmuję się z żoną doradztwem rachunkowo-biznesowym, prowadzę też szkolenia księgowych. Przybywa do Norwegii dużo Polaków, powstaje dużo polskich firm. Panuje tu stereotyp, że Polak prowadzi firmę malarsko-budowlaną, a żona mu prowadzi księgowość lub odwrotnie, że żona prowadzi działalność kosmetyczną, a mąż prowadzi rachunkowość. Norweskie biura bardzo chętnie zatrudniają księgowych ze znajomością języka polskiego. W Polsce jest ta rachunkowość jakoś dziwnie skomplikowana i chyba źle uczona, w Norwegii jest to banalnie proste, to chyba wynika z tego, że pewne pozytywne podstawy rozwiązań prawnych, systemowych, zrobili Niemcy w czasie okupacji. Matematyka w Polsce jest na wysokim poziomie, ale nie ma przełożenia na poziomie praktycznym. Natomiast w Norwegii rachunkowość jako praktyczne zastosowanie jest powszechna — nie do wyobrażenia jest, by przeciętny Norweg zajmował się biznesem i nie znał podstaw rachunkowości.

Jaka jest dzisiaj Polonia norweska?

Powstaje pytanie, co to jest Polonia. Norweska polityka asymilacyjna była na tyle mocna, że perspektywy życia nie były w niej tak atrakcyjne. Drugie pokolenie Polaków się zasymilowało i właściwie można stwierdzić, że pierwszym pokoleniem Polonii w Norwegii są dziś moje dzieci.

Myśli Pan po polsku czy po norwesku?

Mój polski podupadł najbardziej w okresie, kiedy opanowałem język norweski. Jest taka faza, kiedy człowiek zaczyna nagle mówić w innym języku. Potem w świadomości jakoś to się układa i nie ma żadnego znaczenia.
Jak uczyłem się języka norweskiego, to nie było w ogóle słowników polsko-norweskich. Więc moja metoda nauki języka norweskiego była trochę inna. Do dzisiaj odkrywam np., że słowa, które nazywają jakieś pojęcie, w różnych językach mają różną etymologię. Jest tak zresztą we wszystkich językach. Po polsku mówimy „dziękuję”, a po rosyjsku „spasibo”, co pochodzi od „spasi Bog”. „Proszę” po polsku pochodzi od „prosić”, w języku norweskim „proszę” i „modlić się” oznacza jedno słowo. Mówienie po norwesku wymaga też myślenia po norwesku.

Nadmienił Pan o norweskim nacjonalizmie. Na czym to polega?

Norweski nacjonalizm jest tak mocny, że nie ma możliwości, by Polak został Norwegiem. Może on próbować, ale nigdy nie zostanie zaakceptowany. Na przykład, raz oglądaliśmy mecz Polska – Norwegia. Znajomy Norweg zapytał nas z kolegą, komu kibicujemy. Kolega z Polski, który chciał się przymilić, mówi, że za Norwegów. Ja mu mówię, że to oczywiste, że za Polaków. Jeżeli Polak pokaże, że jest twardy, że się nie zgina, to wtedy pojawia się respekt.

Na paradzie narodowej Norwegów w dniu 17 maja chuligani norwescy chcieli mnie pobić tylko dlatego, że byłem smutny, bo 17 maja trzeba się cieszyć! Jeżeli ktoś wyjdzie tego dnia na ulicę w dżinsach, może zostać zlinczowany. Jeżeli ktoś nie wywiesi flagi, to ten dom mogą mu spalić. Zacząłem tłumaczyć chuliganom w moim słabym wtedy norweskim, że nie jestem Norwegiem. Zrozumieli to tak, że jestem smutny, bo nie mam piwa, więc dali mi na piwo.
Istnieje presja, by zasymilować przedstawicieli innych narodowości, co śmiesznie wygląda, bo jest np. duża grupa imigrantów z Pakistanu, którzy w latach 70-tych przyjechali do Norwegii.
Powiedziałbym, że norweski nacjonalizm ma charakter obronny.

Jak Norwegowie postrzegają dziś Polaków?

Norwegowie jako nowoczesny naród ukształtowali się na początku XIX w. w okresie romantyzmu i inspiracją dla nich była właśnie Polska. Norwegia uchwaliła swoją Konstytucję w roku 1814, ale realnie niepodległość uzyskała w 1905 r. Jest pewna analogia z naszą Konstytucją, obchodzoną 3 maja. Różnica jest taka, że norweska jest druga w Europie — po Konstytucji 3 Maja — ale jest do dzisiaj obowiązująca. Norwegia czerpała inspirację z polskich dążeń niepodległościowych. Było dla mnie zaskoczeniem, że przy okazji pierwszych rozmów z Norwegami, kiedy mówiłem, że się urodziłem w Ostrołęce, to zaczynali mówić wiersz Welhavena, którego się uczą w szkole, pt. „Republikanie”: „O, Ostrołęko, ty natchnienie narodów” itd.

Ceniono w Norwegii Polaków za ducha wolnościowego i antykomunizm. To jest naród robotników, o chłopskich korzeniach, znają twarde życie, Polacy zaś byli dla nich natchnieniem od strony politycznej. Zawsze tu ceniono polską kulturę. Kiedy przyjechałem do Norwegii, widać było nadreprezentacyjność Polaków w pracy w teatrach, nawet podręcznik do języka norweskiego napisał Polak. Mimo że inteligencji polskiej nie było tam aż tak dużo, to w zawodach kulturotwórczych Polacy byli obecni. Natomiast potem zaczęło przybywać ich więcej i rozpowszechnił się stereotyp Polaka — zbieracza truskawek i Polacy stracili image idealistów i antykomunistów.

W jakich zawodach Polacy są szczególnie pożądani?

Po roku 2004 Polacy, podobnie zresztą jak Litwini, pracują głównie w budownictwie, które w Norwegii cieszy się większym prestiżem. Ogólnie słowo „Polak” w Norwegii oznacza dziś tyle, co fachowiec złota rączka, czy to przy sprzątaniu, czy kładzeniu kafelek w łazience.

Jeśli chodzi o prestiż zawodowy, jest bardzo dużo naszych lekarzy. W Norwegii bardzo się ceni fachową pracę i dobrze się za nią płaci. Jest tu podział na pracownika administracyjnego i pracownika produkcyjnego. Produkcyjny, jeśli jest naprawdę dobry, jest szanowany i dobrze zarabia. Ten, kto pracuje w biurze, nie ma żadnego znaczenia. Prestiż zawodowy tych, co pracują w budownictwie, jest dużo wyższy. Jak ktoś jest najpierw dobrym elektrykiem, potem zakłada firmę, dobiera pracowników i taką drogą zarabia pieniądze — jest szanowany.

Podobno jeżeli dziecko w Norwegii jest źle traktowane przez rodziców, to jest zabierane przez odpowiednie służby…

Negatywną pozostałością okupacji niemieckiej jest doktryna, że dzieci są własnością państwa.
System jest patologiczny w tym sensie, że rodzina zastępcza czy opiekuńcza to jest najlepszy biznes. Ale np. te dzieci, które są chore i które wymagają rzeczywiście specjalistycznej opieki — nie są odbierane. Natomiast takie dziecko polskie czy litewskie jest atrakcyjne z tego względu, że rodzina zastępcza dostanie pół miliona koron na rok za to dziecko. Nie ma lepszego biznesu. Dodatkowo społeczeństwo norweskie, podobnie jak i angielskie, przypomina system policyjny, gdzie donos uważany jest za wyraz patriotyzmu i lojalności, na to się nakłada pewien uraz i strach przed obcymi. Symbolem turystycznym Norwegii, taką atrakcją, dla mnie koszmarną, są trolle. Jest to pozostałość po chorych dzieciach, których oni wywozili do lasu. Poza tym funkcjonują bardzo mocne mafie pedofilskie. W pewnej wiosce okazało się, że dzieci w przedszkolu miały uszkodzone części ciała. Przebadano je medycznie, w wyniku śledztwa aresztowano całą elitę — szefa policji, burmistrza, prokuratora, ale ni stąd ni zowąd zwolniono ich.
Nakładają się tu inne patologie, mówi się, że w Norwegii nie ma korupcji, ale prawda jest taka, że „U nas nie ma korupcji, my się po prostu znamy”.

Czy Norwegia mimo to pozostaje dla Polaków atrakcyjnym krajem?

Temat dzieci jest przykry i straszny. Moi synowie prowadzą szkołę języka norweskiego, przez nich mam wgląd na te osoby. Mówili, że musieli bronić Polski, gdyż emigranci Polacy wyjeżdżali obrażeni na Polskę, na Kościół, w przeświadczeniu, że przyjechali do raju. Rzeczywistość po częstokroć uderzała, często z zupełnie absurdalnych powodów zabierano dzieci. Ten system prawny jest gorszy niż w III Rzeszy. Panuje tu brutalność. Pozytywną rzeczą jest to, że Norwegowie są bardzo stanowczy i uparci. W Norwegii jeżeli jakiś polityk spowoduje, że w którejś wsi straci się 20 miejsc pracy, to jako polityk jest martwy. Postrzegany jest jako zdrajca, który zdradził norweski interes narodowy.

Jak są postrzegani w Norwegii Litwini?

Jest ich może w Norwegii ok. 30 tys., Polaków około 150 tys. Ogólnie uważani są za pracowitych ludzi i w pewien sposób są czasami bardziej skuteczni. Polacy są większymi indywidualistami, są bardziej skłonni do upominania się o swoje, natomiast Litwini często akceptują, że pracują za pół stawki i potem firmy litewskie są bardziej konkurencyjne, gdyż pracują za mniejsze pieniądze. Polacy natomiast cieszą się większym zaufaniem. Polki sprzątają tam domy, jest to praca bardzo dobrze płatna. Mimo że Litwinki oferowały się z cenami dużo niższymi, to jednak były obawy, że jest większe ryzyko. Ale czy to ma jakieś uzasadnienie, nie wiadomo.

Na czym polega fenomen Norwegii jako raju gospodarczego?

Norwegia ma zaledwie 3 proc. obszarów rolnych, ale stopień samowystarczalności żywnościowej jest tu większy niż w Polsce. Polska dzisiaj importuje wieprzowinę, Norwegia — nie. Norwegowie importują banany i trochę wołowiny, ale jeśli chodzi o produkty mleczne, to Norwegia eksportowała je do Polski. Wynika to zasadniczo z tego, że Norweg kupuje norweskie towary. Można powiedzieć, że wszystko, co norweskie, to najlepsze. To jest po prostu dbanie o swoje interesy.