Lepiej niech w Polsce będzie U. S. Army niż ruscy żołdacy

Bolesławiec to nieduże miasteczko, społeczność którego musiała się pogodzić z tym, że obok stacjonuje 3,5 tys. żołnierzy amerykańskich

W szeregach amerykańskiej armii służą żołnierze różnych narodowości, w tym Polacy. Jak im się powodzi na służbie w wojsku, dlaczego postanowili zaciągnąć się do jego szeregów oraz co sami Amerykanie myślą o Polsce – odpowiedzi na te pytania znajdą się w reportażu „Kuriera Wileńskiego”.

Sierżant Łukasz Szpakowski pochodzi z Torunia. Z Polski wyjechał do USA, aby odwiedzić kuzynów, którzy zaproponowali mu, żeby został. „Zostałem, a ponieważ moi kuzyni służyli obydwaj w wojsku, również zdecydowałem wstąpić do armii” – mówi.
W Stanach mieszka już szesnaście lat. W Polsce przez ten czas był kilkakrotnie – odwiedzał rodziców. Jak sam mówi, z Polski ma dobre wrażenia, przypomina mu się  dzieciństwo, miło jest mu odwiedzać Ojczyznę.

Teraz dla kolegów ze swojej jednostki stał się skarbnicą wiedzy o swoim kraju. Większość z nich stacjonuje obecnie w Europie.
„Koledzy często pytają, co znaczy to czy tamto, proszą, aby opowiedzieć o miejscowych zwyczajach” – dopowiada sierżant.

Kolejny żołnierz, z którym rozmawiam, prawdopodobnie ma szkockie pochodzenie, wskazuje na to nazwisko. Percy McDuff, młody, dwudziestoczteroletni mężczyzna należy do amerykańskiego batalionu wojsk inżynieryjnych, który teraz stacjonuje w Bolesławcu. Jest tu od mniej więcej tygodnia. Przez cały ten czas, on i jego koledzy z kompanii, mocno pracowali, żeby przygotować koszary do przybycia i zamieszkania przez większą liczbę żołnierzy.

Zagadywany, stwierdził, że pogoda w Polsce jest trochę inna niż w jego rodzinnym stanie Kansas, wydaje mu się bardziej deszczowa. W wojsku jest od kilku lat, jak sam mówi, „jestem tu, ponieważ chcę służyć mojemu krajowi, bronić go i jego obywateli”. Na przepustce w Bolesławcu jeszcze nie był. „Nie miałem jeszcze okazji wyjść na przepustkę do miasta, ale bardzo chciałabym pospacerować jego uliczkami. Koledzy mówili mi, że miejscowe dziewczyny są piękne, ale ja już mam przyjaciółkę, została w Stanach i czeka na mnie” – powiedział Percy.

Porucznik Bartek Czarnik, mimo że jest urodzony w Nowym Jorku, jest Polakiem z pochodzenia

Kolejnym rozmówcą jest Amerykanka. Ma na imię Aleksandra i jest dziewiętnastolatką, pochodzi z Arizony. Ślicznie się uśmiecha, atakuje spojrzeniem zielonych oczu. Ta miła dziewczyna, mimo że w szeregach armii jest od niedawna, już ma stopień starszego szeregowego. W Europie jest po raz pierwszy i jest z tego powodu bardzo zadowolona i podekscytowana.

Jak jej rodzina zareagowała, że postanowiła iść do armii?
„Poparli mnie, tak naprawdę wydaje mi się, że byli i są dumni, że jestem w armii, na misji w Europie, w Polsce. Zresztą moja mama, kiedy była młoda, pracowała dla rządu, w wojsku. Gdy dorosłam często razem żartowałyśmy, że gdy będę pełnoletnia, zostanę żołnierzem. No i tak się stało” – mówi Aleksandra.
Ma trzyletni kontrakt na służbę w armii.
„W przyszłości, gdy wygaśnie, pewnie zdecyduję się na jego przedłużenie” – dodaje dziewczyna. Jej zdaniem polscy żołnierze są wspaniali, pomagają tak, jak tylko potrafią. Tym, co ją zaskoczyło, jak sama mówi, to było jedzenie, które chociaż jest pyszne, wydaje się zupełnie inne niż w Stanach.

Porucznik Bartek Czarnik, mimo że jest urodzony w Nowym Jorku, jest Polakiem z pochodzenia. Jego rodzina pochodzi z Rzeszowa i Tarnowa. W wojsku służy od prawie trzech lat, do szeregów armii wstąpił w 2015 roku. Początkowo aplikował do elitarnej szkoły wojskowej w West Point. Zaciągnął się do armii, ponieważ, jak mówi Kurierowi, chciał zwrócić dług wdzięczności USA, które dały mu i jego rodzicom lepsze życie i przyszłość.

Sympatyczne przyjęcie amerykańskich żołnierzy przez polskich sojuszników

Bolesławiec to nieduże miasteczko, społeczność którego musiała się pogodzić z tym, że obok stacjonuje 3,5 tys. żołnierzy amerykańskich. W jaki sposób miejscowi mieszkańcy reagują na żołnierzy U. S. Army?

„Często widzimy amerykańskich żołnierzy, ale zachowują się cicho, dobrze, nie hałasują, alkoholu nie nadużywają. Gdy są na przepustce, często chodzą razem, po czterech, pięciu, w pojedynkę raczej ich się nie spotyka” – mówią zaczepione przeze mnie dwie starsze panie, które przedstawiają się jako Maria i Teresa. Następnym rozmówcą jest nastolatek Marcin. Ten, na pytanie o amerykańskich żołnierzach, odpowiada krótko: „Są ok, żadnych kłopotów z nimi nie ma”.
Na pożegnanie rzuca mi „część” i już go nie ma.

Rozglądam się za następnymi kandydatami na rozmowę. Grupka kobiet, które stoją w bocznych drzwiach kawiarni, ucieka w popłochu, wystarczyło powiedzieć, że jest się dziennikarzem. Z kolei pan Marek z żoną, który jest moim ostatnim rozmówcą, jak się okazało jest turystą, mieszka w Gdańsku. Do tego, że w Bolesławcu stacjonują Amerykanie jest nastawiony pozytywnie.
„Lepiej niech w Polsce będzie U. S. Army niż ruscy żołdacy” – komentuje.

Fot.autot