„Krew Karamazowska”: Bóg jest czy go nie ma?

0
53
Historia braci Karamazow i ich ojca, którą opisał Dostojewski, mimo upływu 140 lat nie straciła na wymowie Fot. Marian Paluszkiewicz

Odpowiedzi na to pytanie wspólnie z widzami szukali aktorzy teatru Wolandejskiego z Warszawy, którzy w Wileńskim Teatrze Kameralnym, w ramach IX Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego w Wilnie, przedstawili spektakl „Krew Karamazowska”, adaptowany i wyreżyserowany przez Piotra Klingera, na podstawie książki „Bracia Karamazow” wybitnego, rosyjskiego pisarza, Fiodora Dostojewskiego.

Historia braci Karamazow i ich ojca, którą opisał Dostojewski, mimo upływu 140 lat nie straciła na wymowie. Tak samo jak wtedy, ludzie dziś zadają sobie pytania choćby o istnienie wolnej woli, Boga, zła, miłości i ateizmu. Tak samo dyskutują, kłócą się, budzą demony namiętności i żądz w zakamarkach swojej duszy, z którymi podobnie, jak bohaterowie „Braci Karamazow”, nie zawsze potrafią sobie poradzić. Adaptacja powieści Dostojewskiego, której podjął się Piotr Klinger, jest ogromnym wyzwaniem, z czym jednak on sam i aktorzy teatru Wolandejskiego znakomicie sobie poradzili, mimo że z powodu objętości i złożoności dzieła Dostojewskiego reżyser musiał zrezygnować z wielu wątków, łącząc kolejne w jedną spójną całość. I tak, z „Braci Karamazow” powstał spektakl „Krew Karamazowska”. Krew, za którą Klinger uznaje tę żywiołową, biologiczną żądzę życia i użycia życia, jakimi są obdarzeni wszyscy członkowie rodziny Karamazowów.

Właśnie ta żądza sprawia, że Karamazowom trudno zapanować nad namiętnościami, jakie nimi targają. Nie umieją tego ani Alosza, który usiłuje kroczyć drogą światła ku Bogu i załamuje się, uratowany przez widmo swojego nauczyciela, starca Zosimę, ani jego starszy brat, porucznik Dymitr, w rolę którego wcielił się Piotr Kulczycki, ani dwaj pozostali bracia – Iwan, student filozofii, i Smierdiakow, lokaj w domu ojca. Podczas gdy Alosza, grany przez Andrzeja Kacperskiego, wspierany przez starca Zosimę (Mateusza Latopolskiego), mimo rozterek zdaje się kroczyć ku Bogu, jego brat Iwan – gubi się. Iwan uważa, że Boga nie ma, bo tak nauczono go na uniwersytecie, ale jednak w Boga wierzy, do czego stara się nie przyznawać mówiąc – skoro „Boga nie ma, to wszystko dozwolone”. Właśnie tej zasadzie, że wszystko jest dozwolone, hołdują pozostali Karamazowowie, Dymitr i Smierdiakow. Piotr Kulczycki dobrze oddaje dylematy „szlachetnej duszy, ale i łajdaka”, jak o sobie mówi scenariuszowy Dymitr. Z kolei Smierdiakow, w którego wcielił się Błażej Dawidson, jest lokajem mało sympatycznym, przebiegłym, tchórzliwym, chorym na maniakalną schizofrenię. Ostatecznie, to właśnie Smierdiakow morduje swego ojca Fiodora.

Fiodor w dziele Dostojewskiego, chytry i rozpustny starzec, w adaptacji Klingera urasta wręcz do roli szatana i być może nawet w wizji Klingera jest nim. Tymon Kokoszka, który wciela się w ojca czterech braci, umie błyskawicznie się zmieniać, zarówno w sposobie, w jaki rozmawia z synami, ale także kiedy przedstawia emocje, bombardując wręcz nimi widzów. Z Aloszą jest miły i uprzejmy, po chwili miażdży Dymitra, doprowadza raz za razem do ataku epilepsji Smierdiakowa, żeby wreszcie, będąc (nie)martwym, z zaświatów namawiać do samobójstwa Iwana i Smierdiakowa, co mu się zresztą udaje z tym ostatnim. Ciągle skąpany w szkarłatnym świecie, zdaje się być demonem dręczącym synów, rywalizuje o względy Gruszy (Agnieszki Wrony) z Dymitrem, szydzi z syna, prowokuje go i manipuluje. Dymitr z kolei, ślepo zakochany w Gruszy, za nic ma swoją byłą narzeczoną Katię (graną przez Joannę Krupińską).

„To nie może się skończyć dobrze” – widzowie to rozumieją już od pierwszej chwili spektaklu, gdy oglądają Fiodora z roztrzaskaną głową, który zdaje się nie zauważać, że został… zabity. Zresztą nie dostrzegają tego również pozostali bohaterowie. Namiętności i dzikie żądze ostatecznie doprowadzają do kolizji, która kończy się mordem Fiodora, tyle że nie z rąk Aloszy, Dymitra czy Iwana. Ginie on z rąk pogardzanego wszystkimi Smierdiakowa. Ostatecznie jednak, wolą reżysera, Fiodor zmartwychwstaje i chociaż wie o tym, że Smierdiakow jest jego oprawcą i katem, występując w roli sędziego, skazuje na katorgę Dymitra.

170 minut, tyle czasu trwa „Krew Karamazowska” i ani przez chwilę widzowie na sali Wileńskiego Teatru Kameralnego się nie nudzili. Ba! Nie mogli się nudzić, gdyby nawet chcieli, zostali wciągnięci, porwani w wir wydarzeń, które działy się na scenie. Na krótką chwilę oddam głos widzom – „To, co się działo na scenie, jest nadzwyczajne”, Bartosz; „Aktorzy potrafili oddać dramatyzm poszukiwania Boga”, Henryk; „Solidnie wykonany kawałek roboty aktorskiej”, Magda.
Bez cienia wątpliwości, można stwierdzić, że wszyscy, którzy obejrzeli spektakl czy w nim wystąpili, musieli odpowiedzieć sobie na to odwieczne, ludzkie pytanie: „Bóg jest czy go nie ma?”. A ty, szanowny czytelniku, odpowiesz na to pytanie?


Krew Karamazowska, na podstawie powieści Fiodora Dostojewskiego „Bracia Karamazow”, reżyseria – Piotr Klinger, charakteryzacja – Dominika Godziemba-Trytek, muzyka – Dawid Rudnicki, obsada: Fiodor – Tymon Kokoszka, Alosza – Andrzej Kacperski, Iwan – Maciej Sobstyl, Dymitr – Piotr Kulczycki, Smierdiakow – Błażej Dawidson, Zosima – Mateusz Latopolski, Grusza – Agnieszka Wrona, Katia – Joanna Krupińska. Produkcja: Katarzyna Markiewicz, producent eksploatacyjny: Monika Godlewska. Czas trwania 170 min. (jedna przerwa), premiera spektaklu odbyła się 20.11.2016 r.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.