Prawdy i mity Grunwaldu. 610. rocznica wielkiej bitwy

Jan Wróbel

Polska propaganda po mistrzowsku wykorzystała epizod dwóch mieczy przyniesionych przez Krzyżaków, by bitwa się w końcu zaczęła. Pozwoliło jej to wykreować utrwalony do dziś podział: Krzyżacy to ludzie wojny, Jagiełło to człowiek pokoju – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Jan Wróbel, historyk, publicysta, nauczyciel, autor książki „Grunwald 1410”.

Czy o Grunwaldzie można jeszcze napisać coś, czego nigdy nie napisano?

Jeśli chodzi o jakieś rewelacyjne odkrycie, z którego wyniknie, że Tatarzy byli Turkami albo Jagiełło Szwedem, to nie ma złudzeń. Nie będziemy mieli więcej źródeł, niż mamy. Chyba że wydarzy się cud i odkryjemy nikomu nieznane zapiski świadka wydarzeń z XV w. Natomiast jeśli chodzi o widzenie bitwy pod Grunwaldem, to każde pokolenie winno widzieć dane wydarzenie historyczne trochę inaczej niż poprzednie, bo jesteśmy innymi ludźmi niż ci, którzy oceniali Grunwald 50, 150 czy 500 lat temu.

Zatem kto, wedle aktualnego widzenia, bardziej dążył do wojny, Władysław Jagiełło czy Ulrich von Jungingen?

Przez pokolenia uczyliśmy się, że to była obrona Polski przeciwko podłym Krzyżakom. Dziś Polacy są o wiele bardziej zadowoleni z siebie, swojego kraju i mają o wiele mniej pretensji do sąsiadów. Może dlatego przyjmują prostą prawdę, iż to Jagiełło dążył do konfliktu wiedziony intuicją, że wojna może się udać, bo okoliczności są sprzyjające.

Co powodowało polskim królem?

Bardzo bulwersowały go ataki Krzyżaków na Żmudź, część jego rodzinnej Litwy. A i część polskich możnowładców miała ochotę wyrwać Krzyżakom to, co zabrali nam w XIV w., czyli Gdańsk i Pomorze Gdańskie.

Krzyżacy nie mieli swoich celów?

Im ta wojna naprawdę nie była żywotnie potrzebna. Wpadli w pułapkę psychologiczną. Żmudź oddzielała ich państwo od innego państwa zakonnego w Inflantach, któremu patronowali. Z punktu widzenia mapy – oczywiście trzeba zająć przedpokój, który rozdziela dwa nasze pokoje. Krzyżacy dysponowali jednak bardzo dobrze urządzonym mieszkaniem, czyli swoim państwem, w którym wygodnie im się żyło i bez tego przedpokoju. Ale wygrała opcja ambicjonalna i myślenie typowo imperialne: „Jeśli pozwolimy jakimś Żmudzinom uważać, że dzięki sojuszowi z Polską są od nas silniejsi, to nasz prestiż upadnie”.

Kto był faworytem przed bitwą?

W mniemaniu swoim i znacznej części kibiców w Europie Zachodniej – Krzyżacy. Ponieważ dysponowali w wielotysięcznym wojsku rycerskim kilkuset rycerzami zakonnikami, prawdziwymi zawodowcami. To spowodowało, że stawili się na polu bez lęku. Lęku nie widać też w źródłach po naszej stronie, która żywiła jedyne obawy o to, czy zdąży dojść na czas, żeby Krzyżaków stłuc. Można więc mniemać, że także druga strona uważała się za faworyta.

Przepraszam, rycerz, który miał w obowiązku stawiać się na polu walki na każde wezwanie, nie był zawodowcem?

Zakon krzyżacki miał zakonników rycerzy, którzy całe dnie spędzali na wojskowych treningach. Bardzo dobrych i walczących za darmo. Jednak przeciętny rycerz miał na co dzień wiele innych spraw, rodzinę, zarządzanie gospodarstwem. Był dzielny, ale niezbyt uważny w słuchaniu rozkazów. Miał zacisnąć zęby i zmieść wroga z konia. Manewry były mu obce. Dlatego warto było mieć też zaciężników. Dużo kosztujących, ale przynajmniej jako tako zdyscyplinowanych, słuchających swojego kapitana.

Strona polsko-litewska też korzystała z najemników?

Polski rycerz przed Grunwaldem za wiele się nie nawojował, więc nie miał doświadczenia. Na turnieje jeździła mniejszość. Dla większości prawo rycerskie to było prawo do wolności osobistej, ziemi i pracujących na nich chłopów. Toteż zaciężnicy byli potrzebni. Najwięcej było ich z Czech. Co ciekawe, po obu stronach jedne z najważniejszych chorągwi nazywały się tak samo – św. Jerzego. A to właśnie patron czeski. Zwykli rycerze traktowali ich jak amatorzy grający w piłkę traktują w swoich szeregach zawodowców. Jeśli mogą pomóc wygrać, to czemu nie?

Czy po stronie krzyżackiej walczyli pod Grunwaldem polscy rycerze i odwrotnie?

Etnicznych Niemców w Królestwie Polskim było niewielu, ale ci, którzy byli, stanęli po stronie swojego króla. Większy jest odsetek polskich rycerzy po stronie Krzyżaków. Nie było do nich pretensji. Dziwne byłoby raczej, gdyby porzucili swojego feudalnego zwierzchnika i uciekli do braci tej samej mowy. To nie uchodziło. Po bitwie owszem. Można się było zbratać i wielu przyjęło zwierzchnictwo króla, ale gdyby to zrobili przed bitwą, mogliby być powszechnie uznani za zdrajców.

Co przesądziło o zwycięstwie?

Nie mamy opisu sporządzonego przez wojskowego. Główny znany opis, Jana Długosza, duchownego, którego nie było jeszcze na świecie i znał bitwę z relacji uczestniczących w niej najbliższych krewnych, to dobra opowieść. Nasi dzielnie walczyli, ale zwyciężył Bóg, który pomaga dobrym. Po wiekach to wciąż świetnie się czyta, polecam, ale nie ma waloru pozwalającego na oceny militarne. Do końca nie wiemy, co przeważyło szalę, ale może najprawdziwsza jest najprostsza odpowiedź: naszych było więcej i wygrali.

Słuszne są pretensje litewskie o umniejszanie roli rycerstwa księcia Witolda i jego samego?

Długosz potraktował Litwinów bardzo źle. Może nie Witolda, bo pamiętał mu, że przyczynił się do chrztu Litwy. Narwany, gorączkowy, ale dobry chrześcijanin. Za to z jego rycerzy to część uciekła, a o reszcie nie pisze w ogóle. Długosz pokazał bardzo polskie zwycięstwo, jak się go czyta, to widać, że kogoś tam nie ma. Natomiast my dzisiaj wiemy, i to mocna teza, że owa ucieczka Litwinów z pola to najpewniej był pozorowany ruch, który odciągnął i rozproszył siły krzyżackie, co miało fundamentalne znaczenie. Wielki mistrz podzielił swoje wojska, a one i tak były mniej liczne. Część ruszyła za Litwinami, część rzucił do walki, a część trzymał na decydujące uderzenie. Przez co Krzyżacy wyprowadzili kilka ciosów, ale żadnego z całej siły. I chyba dlatego przegrali!

Jakie są mity dotyczące bitwy, które nie znajdują pokrycia w faktach?

Największy zafundował nam Henryk Sienkiewicz, wprowadzając w „Krzyżakach” do boju chłopów, co w ekranizacji utrwalił Aleksander Ford. Oczywiście żadni chłopi pod Grunwaldem nie walczyli, może co najwyżej jakiś wspiął się na drzewo, żeby się poprzyglądać. Drugi silny mit to wilcze doły, które rzekomo Krzyżacy mieli wykopać przed bitwą, a do których wpadali nasi rycerze. Z pewnością tak nie było, bo Krzyżacy przybyli na pole tuż przed walką i na żadne kopanie nie mieliby czasu.

Ile istnień ludzkich pochłonęła bitwa? Czy zwycięzcy byli łaskawi dla pokonanych?

Wbrew współczesnym wyobrażeniom w średniowiecznych bitwach nie ginęło wielu rycerzy. Raczej kończyło się mniej lub bardziej poważnymi kontuzjami. Z reguły rannych się nie dobijało, bo opłacało się wziąć jeńca i czekać na jego wykup, co było powszechnie praktykowanym obyczajem. Pod Grunwaldem było jednak bardzo krwawo. Krzyżackie straty są zaskakująco duże, a ze źródeł można wnioskować, że wielu z Krzyżaków straciło życie już po bitwie. Jej zakończenie pokazuje, że jak człowiek zaczyna się bić, to często resztki cywilizacji z niego opadają.

Po grunwaldzkim triumfie polskie i litewskie rycerstwo ruszyło na Malbork, ale go nie zdobyło. To kompromitacja Jagiełły?

Kompromitacja nie, ale niewykorzystana szansa tak. Długosz związany ze stronnictwem biskupa Zbigniewa Oleśnickiego, skonfliktowanym z Jagiellonami, chciał Jagielle wyrwać nimb króla zwycięzcy. Nie odbiera mu zasług chrześcijańskich i wygranej pod Grunwaldem, ale wyolbrzymia porażkę pod Malborkiem. A prawda jest taka, że do oblegania nasi byli słabo przygotowani, a Krzyżacy do obrony – nieźle. Armat mało, mury wysokie i się nie udało. Nadto Krzyżacy wciąż byli poważnym partnerem w Europie. Jagiełło mógłby może Malbork oblegać dłużej i z większym powodzeniem, ale obawiał się interwencji króla Węgier. Ten popierał Krzyżaków, bo nie chciał dopuścić do wzmocnienia Jagiełły. Zagrała geopolityka. Zapału rycerstwa największego też już chyba nie było, a wielu z poddanych krzyżackich już i tak w tym czasie złożyło hołd lenny królowi.

Co dała grunwaldzka wiktoria?

Krzyżacy przestali być poważnym zagrożeniem dla polskiej i litewskiej niepodległości. Po Grunwaldzie spadli do drugiej ligi i już nigdy się z niej nie wydobyli.

A gdyby to oni wygrali?

Mniej by się zmieniło, niż gdy przegrali. Żmudź wpadłaby po raz kolejny w ich ręce, ale pewnie znów nie na trwałe. Może Polacy na jakiś czas straciliby ochotę na jej wspieranie. Natomiast przegrana pogłębiła kłopoty wewnętrzne zakonnego państwa. Świetnie funkcjonującego w XIV w., kiedy pan to był pan, a poddany to poddany. W XV w., gdy poddani bardziej zaczęli czuć się obywatelami rządzonymi nie wiadomo czemu przez dziwacznie ubranych panów, ci panowie nie umieli się dostosować do zmieniających się czasów. I tego kryzysu nie zatrzymałoby nawet pięć zwycięstw grunwaldzkich.

Krzyżacy po przegranej zobowiązali się do zapłaty 100 tys. kop groszy praskich. Zapłacili?

Z trudem pierwszą z czterech rat, a potem skutecznie opóźniali płacenie kolejnych, aż podpisaliśmy pokój i sprawa się rozmyła. I tak zaważyło to jednak na finansach i w konsekwencji przyszłej pozycji tego państwa. Krzyżacy dużo wydali na wojnę, a potem zamiast spodziewanych zysków mieli prawie drugi taki wydatek.

Może Jagiełło lepiej by wyszedł, biorąc i sprzedając więcej jeńców?

Tu historycy są zgodni. Nic tak nie pomogło zwalczać krzyżackiej propagandy o barbarzyńcach Polakach i wciąż pogańskich Litwinach jak to, że Jagiełło po chrześcijańsku uwolnił jeńców, zachodnich rycerzy, wbrew obyczajom, by czerpać z tego forsę. Straciliśmy sporo kop praskich, ale zyskaliśmy argument, którego za pieniądze nie dało się kupić.

Zwycięzcy umieli sprzedać propagandowo swój sukces czy też pokonani lepiej minimalizowali skutki porażki? Innymi słowy, kto miał lepsze public relations?

Krzyżacy propagandowo nie wyszli najgorzej z tego starcia, ale powinni wyjść znacznie lepiej. Zakon miał bardzo dobry, powiedziałbym, nie PR, ale brand. Liczne rodziny niemieckie miały w nim swoich synów czy braci. Zakon był świetnie rozpoznawalny i hojnie sponsorowany jako ten, który gdzieś daleko wśród dzikich Prusów i Jaćwingów szerzył Ewangelię. Polska, cokolwiek teraz mówić, nie była w tym czasie krajem zbytnio cenionym w Europie Zachodniej czy Italii. Ale to nam dobrze udała się kontrpropaganda, a wszystko dzięki umiejętnie wykorzystanemu epizodowi dwóch mieczy. Przynosząc je, by bitwa się w końcu zaczęła, Krzyżacy sami się wskazali jako ci, którzy chcą wojny. Graliśmy tym bardzo skutecznie. Długosz głosił, że mąż pokoju to mąż Boży. Przez to Polacy przez wieki uważali się za moralnie lepszych od swoich przeciwników.

Jak postrzega Pan odgrywaną corocznie pod Grunwaldem rekonstrukcję bitwy?
Z punktu widzenia historyka obarczona jest ogromnym błędem, bo wszyscy tam są na piechotę, a przecież walczono na koniach. Piechota nie odegrała istotnej roli. Toteż rekonstrukcja wygląda tak, jakby dwóch szermierzy spotkało się przy stoliku szachowym. Jestem jednak sympatykiem każdej zbiorowej zabawy, która przebiega w dobrej atmosferze, a taka jest właśnie na polach grunwaldzkich.


Jan Wróbel
(ur.1964) dziennikarz, publicysta, felietonista, nauczyciel, historyk. Jest autorem podręczników historii „Odnaleźć przeszłość” oraz książek: „Jak przetrwać w szkole i nie zwariować” (2010), „Zbrodnia doskonała” (2011) i „Historia Polski 2.0: Polak, Rusek i Niemiec… czyli jak psuliśmy plany naszym sąsiadom” (2015). 15 lipca ukaże się jego najnowsza publikacja – książka historyczna „Grunwald 1410”.


Rozmawiał Jarosław Tomczyk
FOT. JANA WRÓBLA – AGNIESZKA RODOWICZ. POZOSTAŁE – ARCHIWUM


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 28(79) 11-17/07/2020