Stanisława Kociełowicz: O walkach o Wilno nie mogę zapomnieć

Co roku początek lipca wiąże się na Wileńszczyźnie z powrotem do wydarzeń z 1944 r., gdy Polacy podjęli próbę wyzwolenia Wilna od Niemców, zanim dotarli tu sowieci. Choć w tym roku rocznica odbyła się ponownie w cieniu pandemii i obchody były znacznie skromniejsze niż w zwykłych warunkach, na Rossie również w tym roku nie zabrakło Stanisławy Kociełowicz.

Stanisława Kociełowicz podczas obchodów operacji „Ostra Brama” w 2019 r.
| Fot. Marian Paluszkiewicz

– Nie wiem, czy będą uroczystości. Tak czy inaczej ja zjawię się 7 lipca na Rossie, oczywiście w mundurze. Po prostu inaczej nie wyobrażam sobie tego dnia – zapowiadała na kilka dni przed rocznicą Stanisława Kociełowicz. Choć od wielu lat mieszka w Szczecinie, nigdy nie zapomniała o latach spędzonych w Kolonii Wileńskiej, swojej szkole (oczywiście „Piątce” na Antokolu), harcerstwie i działalności patriotycznej, za którą zapłaciła łagrami.

 – W ubiegłym roku nie mogłam odwiedzić Wilna, ale w tym roku jestem. Nie mam się czego obawiać, już w styczniu się zaszczepiłam, więc nie miałam żadnych wątpliwości, że przyjadę – mówi „Kurierowi Wileńskiemu”.

Echa z dzieciństwa

Stanisławę Kociełowicz zawsze sprowadzają dwa ważne wydarzenia – coroczny zjazd absolwentów „Piątki” i obchody rocznicy operacji „Ostra Brama”.

– Nie tylko ja tęsknię za tymi spotkaniami, w tym roku było nas naprawdę bardzo wielu na naszym spotkaniu – zauważa. Czas w Wilnie wykorzystuje na spotkania ze szkolnymi przyjaciółkami, wśród których szczególne miejsce zajmuje Hanna Strużanowska-Balsienė, oraz odwiedziny znajomych miejsc. Oczywiście jednym z najważniejszych jest cmentarz na Rossie. O groby polskich żołnierzy dbała zawsze, także w czasach, gdy było to bardzo niebezpieczne.

– Nie mogę nie obchodzić rocznicy operacji „Ostra Brama”. To dla mnie zbyt ważne, osobiste wydarzenie. Pochodzę z Kolonii Wileńskiej, a przecież to jest właśnie miejsce, gdzie rozpoczęły się walki. Nie mogę nie pamiętać o tych, którzy tam walczyli, bo tak jak ja, również moi bliscy, sąsiedzi byliśmy zaangażowani w te wydarzenia. Miałam kilkanaście lat, ale wszyscy byliśmy zaangażowani w ratowanie rannych, w przygotowywanie schronów, wszyscy przeżywaliśmy śmierć tych młodych chłopców, którzy walczyli do ostatniej kropli krwi – mówi „Kurierowi Wileńskiemu”.

Czytaj więcej: Legendarna serpentyna Tupaciszki, łącząca Dolną i Górną Kolonię Wileńską, odrestaurowana

Najbardziej krwawe walki

Kolonia Wileńska i okolice Nowej Wilejki to obszar najbardziej krwawych walk z lipca 1944 r. Oddziały Armii Krajowej ruszyły do ataku w nocy z 6 na 7 lipca 1944 r. Zgodnie z planem natarcia miało to nastąpić od cmentarza na Rossie do Belmontu. Kierunki uderzenia wyznaczały miejscowości Lipówka, Hrybiszki, Góry i Kolonia Wileńska. Po przełamaniu obrony oddziały partyzanckie miały skoncentrować się na placu Katedralnym.

Groby żołnierzy AK w Kolonii Wileńskiej
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Niemcy nie zamierzali jednak oddać miasta bez walki, mieli nad żołnierzami AK zdecydowaną przewagę liczebną, jednak najbardziej odczuwalna była przewaga w uzbrojeniu. W nocy z 6 na 7 lipca – 8 brygada (wchodząca w skład Zgrupowania Bojowego nr 1 „Wschód” mjr. A. Olechnowicza „Pohoreckiego”) z marszu zdobyła miejscowość Kolonia Wileńska. Niespodziewanie jednym z najbardziej krwawych miejsc podczas natarcia na Wilno okazało się przejście przez tory kolejowe. Naprzeciw partyzantom nadjechał pociąg pancerny wypełniony niemieckim wojskiem, doskonale wyposażony w broń maszynową. Ta ruchoma twierdza skutecznie zatrzymała natarcie. Pociąg stanął na stacji Kolonia Wileńska i ostrzeliwał wszystkich, którzy próbowali przejść przez tory.

Walki od Wilno trwały od 7 do 14 lipca 1944 r. Łącznie zginęło w nich prawie 500 żołnierzy wileńskiej i nowogródzkiej AK, około 1 000 zostało rannych. 17 lipca sowieci podstępnie aresztowali dowódców polskich oddziałów, po czym przystąpili do rozbrajania i wyłapywania wszystkich żołnierzy AK. Część z nich została aresztowana i wywieziona do Kaługi lub innych miejsc zesłań, część przedarła się do centralnej Polski i tam podjęła dalszą walkę, a część pozostała na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie, walcząc do końca z kolejną, po niemieckiej, okupacją – sowiecką.

Czytaj więcej: Operacja „Ostra Brama”. Sukces „połowiczny”

Do łagrów za patriotyzm

Po wejściu sowietów czekały nas kolejne trudne czasy. Byłam w bardzo patriotycznym środowisku, należałam do harcerstwa, pomimo trudnej sytuacji upamiętnialiśmy polskie święta narodowe i rocznice, składaliśmy kwiaty na cmentarzach, recytowaliśmy fragmenty „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza. To wszystko widziało NKWD, które aresztowało wielu uczniów i harcerzy – wspomina Kociełowicz.

W 1950 r. skończyła szkołę i zdała maturę i za radą Stanisławy Pietraszkiewiczówny zdecydowała się na studia polonistyczne na uniwersytecie w Moskwie. Radość ze studenckiego życia nie trwała długo. Została aresztowana za działalność antysowiecką i zamiast na uniwersytet trafiła do więzienia na Łubiance, potem w Butyrkach. Do więzienia jedna po drugiej trafiały również jej koleżanki z harcerstwa.

– Dostałam osiem lat łagrów. Często chorowałam. W więzieniu przeszłam operację wyrostka i przez długi czas miałam komplikacje. Uratowała mnie śmierć Stalina. Potem powoli zaczęło się zwalnianie więźniów i ja również wyszłam – opowiada rozmówczyni „Kuriera Wileńskiego”.

Nowe życie w Szczecinie

Na progu wolności Stanisława poznała swojego przyszłego męża, Wiktora Kociełowicza. Zdecydowała się wyjść za niego za mąż, choć miał przed sobą jeszcze długie lata łagrów. Na szczęście również on doczekał się zwolnienia. Wkrótce mogli razem cieszyć się wolnością. Zdecydowali się na wyjazd do Polski. W grudniu 1955 r. dotarli do punktu repatriacyjnego w Nowym Sączu, a stamtąd wyruszyli do Szczecina.

– Szczecin jest na krańcu Polski i nikomu nie jest po drodze. Wszyscy jadą do Gdańska czy Krakowa, a do Szczecina nikt nie zajeżdża. Ale ja za to co roku jeżdżę do Wilna. I naprawdę jestem w stanie pokonać bardzo wiele przeszkód, by spotkać się z przyjaciółkami i oddać hołd poległym. W tym roku na kilka dni przed wyjazdem miałam drobny wypadek, ale nie poddałam się. Musiałam lecieć sama przez Berlin, a to nie jest dla kogoś takiego jak ja łatwe lotnisko do przesiadki, ale poradziłam sobie. Czasem mówię, że jestem tylko zameldowana w Szczecinie, ale serce mam w Wilnie. I to chyba rzeczywiście jest prawda – podsumowuje Stanisława Kociełowicz.

Czytaj więcej: Każdy kamień jest modlitwą, hymnem każda ściana…