Kajakowy spływ na 56–lecie — na przekór falom kryzysu

426
Po ostrym treningu na wartkich wodach Żejmiany płynięcie Wilią było po prostu spacerkiem po autostradzie	 Fot. Aleksander Borowik
Po ostrym treningu na wartkich wodach Żejmiany płynięcie Wilią było po prostu spacerkiem po autostradzie Fot. Aleksander Borowik

1 lipca „Kurier Wileński” — razem ze swoimi najwierniejszymi Czytelnikami i Przyjaciółmi — obchodzi 56. rocznicę wydawniczą.  Zespół redakcyjny postanowił tę datę „opłynąć” w przeddzień święta wyruszając na kajakowy spływ. Postanowił udowodnić sobie i innym, że poradzi z falami kryzysu. Zresztą niepierwszy już raz!

„Kryzys kryzysem, ale urodziny muszą być!” — tupnęła pantofelkiem nasza Ewa Gedris, ucinając toczącą się w ubiegłym tygodniu dyskusję.

56. rocznica „Kuriera Wileńskiego”. Urodziny, jakoś niby nie wypada przemilczeć. No, ale jak tu bale urządzać, skoro takie ciężkie czasy nastały. Kryzys gospodarczy, jakiego świat nie widział od 60 lat, boleśnie dotknął już każdą rodzinę na Litwie. Odczuł go też i zespół redakcyjny polskiego dziennika.
Ale z drugiej strony — nie będziemy przecież szykować się do stypy…

Bujnie zarośnięte brzegi Żejmiany zazdrośnie ukrywały zakręty rzeki  Fot. Aleksander Borowik
Bujnie zarośnięte brzegi Żejmiany zazdrośnie ukrywały zakręty rzeki Fot. Aleksander Borowik

„Musimy uczcić. Choć i nie okrągłą datę, ale kolejną rocznicę wydawniczą!”— postanowiliśmy w końcu zgodzić się na awanturę wymyśloną przez energiczną Ewkę.

Popłyniemy kajakami! To będzie bardzo symboliczny spływ. Udowodnimy sobie i innym, że nawet w najgorszych czasach nie wolno się poddawać, załamywać rąk. Trzeba jakoś wiosłować przez życie. Omijając podwodne rafy utrzymać się na powierzchni wzburzonych fal i pokonać kolejne zawirowania historii.
A tego nie da się zrobić bez przyjaciół, do których „Kurier” zawsze ma szczęście!

Pomocną dłoń wyciągnęli do nas Mirosław Barsul i Robert Sadowski, którzy organizują spływy kajakowe po najpiękniejszych zakątkach Litwy. Nie tylko wypożyczyli nam nieodpłatnie 9 dwumiejscowych kajaków, lecz także byli naszymi opiekunami na całej długości trasy z Podbrodzia do Niemenczyna.

20 kilometrów. Najpierw Żejmianą, a potem Wilią. To było niesamowite!

Kiedy minął pierwszy strach przed wywróceniem się (prawie nikt z nas nigdy nie płynął kajakiem) i kiedy nauczyliśmy się zgranie(!) wiosłować (ile to kosztowało nerwów…), mogliśmy podziwiać wspaniałą przyrodę Wileńszczyzny, widzianej nieoczekiwanie ze środka rzeki.

„Bulba”, czyli walenie piłką po siedzących „ziemniakach”, które próbują przechwycić narzędzie tortur Fot. Aleksander Borowik
„Bulba”, czyli walenie piłką po siedzących „ziemniakach”, które próbują przechwycić narzędzie tortur Fot. Aleksander Borowik

Roztańczona Żejmiana — raz kapryśnie podstępna, raz zalotnie uwodzicielska, zauroczyła nas swoim tajemniczym światem wody, lasów i ich mieszkańców.

A szeroka w biodrach Wilia, do której wpadliśmy jak rozbrykane przedszkolaki, dostojnie przypomniała, że jest „strumieni naszych rodzica”…
„Jak pięknie!” – wzdychaliśmy wtedy.

„Jak boli…” — stękamy teraz, pocierając nieprzyzwyczajone do wiosłowania ciało. „A nie trzeba było tak lecieć!” — śmiał się Mirek podziwiając nas, że trasę pokonaliśmy o godzinę szybciej, niż jego dotychczasowi klienci.

A „lecieć” nam się chciało, bo musiało. W Niemenczynie, pod leśniczówką nad stawami, czekał na nas Waldemar (brat naszej Ewy), ze wspaniałymi szaszłykami.

Szaszłyki szybko i grzecznie rumieniły się pod czujnym okiem Waldemara Fot. Aleksander Borowik
Szaszłyki szybko i grzecznie rumieniły się pod czujnym okiem Waldemara Fot. Aleksander Borowik

Czekały orzeźwiające napoje od spółki „Nartida ir Co” z Kabiszek, czekało schłodzone polskie piwo. Na swoją kolej czekał też tort urodzinowy.
Potem była „bulba” (białoruska odmiana siatkówki), elegancki badminton (panie bardzo zgrabnie się popisały)  i latające talerze. Co do ostatniego — tylko spokojnie, obyło się bez baletów. Talerz latał, ale nie ten ze stołu, a plastikowy — do gry.
Ech, fajnie było…

I już słyszę jak, drodzy Czytelnicy, pytacie. I ile to kosztowały tak rozwiązłe jak na teraźniejsze, ciężkie czasy, obchody 56. rocznicy?
Z całą odpowiedzialnością odpowiadamy, że podatnika (tak litewskiego jak i polskiego) nie kosztowało to nic.

A nas? 35 litów od osoby. (Do)słownie trzydzieści pięć litów za obowiązek uczczenia rocznicy dziennika polskiego na Litwie.
Aha, i jeszcze zapomnieliśmy podziękować pewnemu bardzo wielkiemu sponsorowi.

Nazywa się Czytelnik „Kuriera Wileńskiego”. To ten, który wspiera — kupując gazetę, pomaga — podpowiadając tematy, broni — gasząc ognie złych języków i buduje — śląc na urodziny i w dni powszednie dobre słowa.

Tak więc za ten kajakowy spływ na falach kryzysu — wszystkim Wam — dziękujemy. Nie wywróciła nas jego fala, o nie!