„Tajemnica Westerplatte”: polskie serce i rozum

532
Robert Żołędziewski, odtwórca głównej roli i współproducent filmu Fot. Marian Paluszkiewicz
Robert Żołędziewski, odtwórca głównej roli i współproducent filmu Fot. Marian Paluszkiewicz

„Dziesięć metrów w prawo! Dziesięć metrów w lewo!”. Ostatnie rozporządzenia. Na planie filmowym już są główni bohaterzy oraz litewscy statyści w polskich mundurach.

Jest spore opóźnienie. Zdjęcia miały się rozpocząć kilka godzin temu. Wszyscy podenerwowani. Reżyser przeklina. Klnie i operator. Przeklinają wszyscy pozostali.

Kręcona jest właśnie scena, w której Mieczysław Słaby (Piotr Adamczyk) odbiera pistolet kapitanowi Franciszkowi Dąbrowskiemu (Robert Żołędziewski). Zajmie to około minuty filmowego czasu. Ale na jej realizację zejdzie nawet pół dnia filmowego.

Dla człowieka nieobeznanego z realiami filmowymi plan zdjęciowy może wydać się kompletnym chaosem. Duża grupa osób — wałęsająca się z miejsca na miejsce, non stop pijąca kawę oraz paląca papierosy; dyskutująca na odległe od kina tematy: od globalnego ocieplenia po zajścia w dyskotece ostatniej nocy — przywoływana co jakiś czas do porządku przez reżysera oraz jego licznych asystentów.

Paweł Chochlewa wydaje ostatnie komendy  Fot. Marian Paluszkiewicz
Paweł Chochlew wydaje ostatnie komendy Fot. Marian Paluszkiewicz

„Tajemnica Westerplatte”, debiut filmowy Pawła Chochlewy, która już na stadium scenariusza wywołał liczne kontrowersje w Polsce, obecnie jest kręcony na Litwie, na byłym poligonie w Wismalukach. Dyskusja nad filmem była prowadzona na najwyższym szczeblu państwowym. Swoje opinie o projekcie wyrazili najwyższej rangi osobistości. Film został oskarżony o antypatriotyzm, szkalowanie obrazu polskiego żołnierza, zakłamywanie historii Polski.

Sławomir Nowak, szef gabinetu premiera RP, oświadczył:

— Scenariusz nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną. To fikcja literacka, która w dodatku uderza w godność i honor polskich żołnierzy.

W obronie młodego reżysera stanęli jednak tacy filmowcy jak Andrzej Wajda, Agnieszka Holland, Feliks Falk czy Krzysztof Krauze, którzy we wtrącaniu się polityków do kultury dopatrzyli się pewnych cech cenzury politycznej.

Plan filmowy Fot. Marian Paluszkiewicz
Plan filmowy Fot. Marian Paluszkiewicz

„Piszemy ten list w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych. Jednym z najważniejszych ówczesnych postulatów było zniesienie cenzury prewencyjnej” — napisali twórcy w swym oświadczeniu. Dzięki interwencji uznanych reżyserów filmowi nie cofnięto państwowego finansowania. Budżet wynosi 14 milionów złotych.

— Awantura była wywołana przez polityków, którzy chcą odwrócić uwagę od swojej nieudolności — wytłumaczył „Kurierowi” Paweł Chochlew.

Reżyser jest przekonany, że tworzy dzieło patriotyczne i oparte na faktach.  Podobnego zdania jest odtwórca roli Franciszka Dąbrowskiego oraz współproducent filmu Robert Żołędziewski.

Paweł Chochlewa i Piotr Adamczyk na planie Fot. Marian Paluszkiewicz
Paweł Chochlew i Piotr Adamczyk na planie Fot. Marian Paluszkiewicz

— Media przedstawiły jako zło to, że żołnierz robi siku w spodnie. A to jest normalne w czasie wojny. Oni byli ludźmi. Żołnierz, który zrobił siku, bierze karabin, idzie do ataku i jest gotów zginąć za ojczyznę. I to jest właśnie bohaterstwo — opowiedział „Kurierowi” o przesłaniu filmowym Robert Żołędziewski. Żołędziewski ma nadzieję, że uda się zrobić dobry film wojenny na skalę światową, coś w rodzaju „Szeregowca Ryana” czy „Helikoptera w ogniu”. Zarzutów nie rozumieją również inni odtwórcy głównych ról. Wszyscy podkreślają, że opowiadana historia jest bardzo ciekawa i przejmująca.

Pomimo faktu, że jest to praktycznie debiut reżyserski Pawła Chochlewa, który a propos ma aktorskie, a nie reżyserskie wykształcenie i dotychczas pracował jako drugi reżyser, a na swoim koncie ma tylko jedno dzieło offowe „Takie życie” z 2004 roku, producentom filmu udało się przyciągnąć do współpracy całą rzeszę uznanych polskich twórców filmowych. Majora Henryka Sucharskiego gra Bogusław Linda, największa gwiazda polskiego kina ubiegłej dekady. W rolę lekarza Mieczysława Słabego wcielił się Piotr Adamczyk, który przed kilkoma laty zagrał samego papieża Jana Pawła II. Scenografię zaprojektował zdobywca Oscara w filmie Stevena Spielberga „Lista Schindlera” Allan Starski, natomiast muzykę skomponował kolejny polski laureat Oscara Jan A. P. Kaczmarek.

— Scenariusz, który napisałem, przemówił do tych wszystkich ludzi. Temat spowodował, że oni wyrazili chęć i ochotę. Mój osobisty urok, w który czasami wierzę, nie miał tutaj nic do rzeczy — wytłumaczył „Kurierowi” Paweł Chochlewa.

Dla osób spoza świata filmu plan filmowy może wydać się kompletnym chaosem Fot. Marian Paluszkiewicz
Dla osób spoza świata filmu plan filmowy może wydać się kompletnym chaosem Fot. Marian Paluszkiewicz

We wrześniu 1939 roku obrona Westerplatte stała się symbolem walki Polaków z hitlerowską agresją. Właśnie na kanwie pierwszych 7 dni drugiej wojny światowej oparty jest film Pawła Chochlewa. Jednym z podstawowych motywów filmu jest konflikt dwóch postaw wobec zagrożenia: majora Henryka Sucharskiego, który reprezentuje trzeźwe, pozytywistyczne podejście do obrony, oraz kapitana Franciszka Dąbrowskiego, który reprezentuje romantyczną odsłonę polskiego żołnierza, gotowego walczyć do ostatku nie zważając nawet na to, że  dalsza obrona nie ma większego sensu. Twórcy filmu nie dają odpowiedzi, która postawa jest lepsza. Podkreślają, że zarówno Sucharski jak i Dąbrowski są patriotami i wielkimi Polakami. Robertowi Żołędziewskiemu obie postacie są bardzo bliskie, uważa, że w ich postawach trzeba znaleźć „złoty środek”.

— Wczoraj kręciliśmy taką bardzo znamienną scenę, tu przed koszarami. „Pożegnanie majora Sucharskiego z żołnierzami”, gdzie on na końcu mówi, że „jeszcze Polsce się przydacie”. I to jest klucz do zrozumienia tej postaci, która chciała chronić ludzkie życia — powiedział „Kurierowi” Paweł Chochlew. Dodając, że „polskie serce, to jest Dąbrowski, a rozum — to Sucharski”.

Początkowo większość zdjęć miała być kręcona w Polsce, a tylko nieliczna ich część na Litwie. Jednak gdy na Litwę przybył scenograf filmu Allan Starski, plany się zmieniły.

— Postanowiliśmy, że w Polsce będziemy mieli tylko trzy dni zdjęciowe, pozostałą część kręcimy na Litwie — powiedział „Kurierowi” Robertas Urbonas, dyrektor „Baltijos Filmų Grupė”, która jest koproducentem filmu. Na litewskiej ekipie leży cała odpowiedzialność za ustawienie dekoracji i efekty specjalne. Z ponad 100 osób na planie 60 to Litwini, przede wszystkim obsługa techniczna, asystenci oraz statyści. Epizodyczne role zagrali również znani litewscy aktorzy Andrius Bružas, Liubomiras Laucevičius. Do wzajemnych relacji na planie jest używana przedziwna mieszanka polsko–rosyjsko–angielsko–litewskojęzyczna.

— Polski? Rosyjski? — pyta asystent reżysera litewskiego statystę.

— Da. Po ruski ponimaju — odpowiada tamten.

— To idź do garderoby przeubrać się — rzuca szybko po polsku z rosyjskim akcentem asystent, pozostawiając zdumionego  statystę w niepewności: co ma robić? Dokąd ma iść? Takie epizody należą jednak do rzadkości, generalnie relacje są jak najbardziej poprawne.

— Mówimy po polsku, rosyjsku, angielsku… Po litewsku mało, ale podstawowe zwroty opanowaliśmy. Bardzo trudny język… — powiedział „Kurierowi” Robert Żołędziewski.

Wszyscy rozmówcy podkreślali duży profesjonalizm litewskich kolegów po fachu.

Najlepiej współpracuje się z miejscowymi Polakami, uważa Andrzej Szejnach Fot. Marian Paluszkiewicz
Najlepiej współpracuje się z miejscowymi Polakami, uważa Andrzej Szejnach Fot. Marian Paluszkiewicz

— Z Litwinami współpracuje się bardzo fajnie, zwłaszcza z miejscowymi Polakami — powiedział „Kurierowi” Andrzej Szejnach, który tworzył kostiumy dla Andrzeja Wajdy, Romana Polańskiego czy Volkera Schloendorffa. Na Litwie Andrzej Szejnach pracował już kilkakrotnie, przed kilkoma laty przy włosko-rosyjskiej koprodukcji „Wojna i Pokój” według Lwa Tołstoja.

— Wilno bardzo mi się podoba. Miałem to szczęście, że przyjechałem tu dwa miesiące temu, kiedy było słońce, kwitły ogródki na mieście. Bardzo ładne miasto, bardzo ładne dziewczyny, bardzo dobre piwo! — opowiadał o swoich wrażeniach Robert Żołędziewski. Dodając, że Wilno zwiedził również od strony zabytkowej, a nie tylko rozrywkowej. Mniej szczęścia miał Piotr Adamczyk, bowiem zmiany w planie zdjęciowym spowodowały, że słynny aktor nie mógł dokładnie zwiedzić Wilna.

—  Mam nadzieję, że mi się jeszcze uda i że to nie ostatni mój przyjazd do Wilna. Zresztą do Wilna nie jest daleko, apetyt na zwiedzanie tego miasta tylko mi się zaostrzył. Na pewno przyjadę tutaj kiedyś turystycznie — zapewnił „Kurier” aktor.

Premiera filmu w Polsce ma się odbyć we wrześniu następnego roku. Planowana jest również premiera na Litwie, chociaż jak dotychczas film nie ma jeszcze litewskiego dystrybutora. Dotychczas do litewskiej oficjalnej dystrybucji udało się przebić tylko „Katyniowi” Andrzeja Wajdy. Robertas Urbonas jest jednak dobrej myśli. Z jego doświadczenia wynika, że wszystkie filmy, które były kręcone na Litwie, później cieszą się dużą popularnością wśród miejscowych widzów.

— Jest to film o ogólnoludzkich stosunkach. O pierwszym dniu wojny. Film ten może zaciekawić nie tylko Litwę i Polskę, ale również inne kraje — uważa Robertas Urbonas.