Ślad Wielkiej Armii Napoleona na Wileńszczyźnie

Franciszek Warkowski z Niemenczynka ukazuje miejsce pogrzebania francuskich generałów z wojny 1812 r. Fot. Marian Paluszkiewicz
Franciszek Warkowski z Niemenczynka ukazuje miejsce pogrzebania francuskich generałów z wojny 1812 r. Fot. Marian Paluszkiewicz

Jak się okazało, na mapie Wileńszczyzny w gminie rzeszańskiej leży wioseczka Niemenczynek (Nemenčinėlė), licząca około 60 mieszkańców. To tutaj właśnie miejsce swego ostatniego spoczynku znaleźli 3 generałowie francuscy i ich żołnierze w liczbie około 500. Zginęli tu dokładnie 200 lat temu walcząc z nieludzkim wycieńczeniem, głodem i rekordowym mrozem w czasie odwrotu Wielkiej Armii Napoleona spod Moskwy.

Redakcję zaalarmował mieszkaniec Niemenczynka Valdas Sidavas:
— Może da się coś zrobić, przecież ci ludzie ginęli tutaj także za naszą wolność, za nasze wyzwolenie spod władzy caratu, a tymczasem za jedyny pomnik służą dla nich brzozy! Jeszcze trochę i sprawa ulegnie zapomnieniu, kurhan zostanie zaorany i ślad po armii francuskiej zaginie.

W głosie pana Valdasa słychać prawdziwe przejęcie. Mieszka w Niemenczynku od 20 lat, o żołnierzach francuskich słyszał od mieszkających tutaj starszych mieszkańców.
Jedziemy do Niemenczynka z Wilna po „betonce” w kierunku na Malaty, za Wielką Rzeszą skręcamy w lewo. Za jedyny drogowskaz, niestety, służy metalowy kontener na śmieci. Przedzieramy się przez głęboki, jak to za miastem, śnieg, mącąc jego spokojną biel. Jest. Dość pokaźny rozległy kopiec, przykryty śniegiem, ze sterczącymi badylami suchej trawy. Na kopcu brzoza, obok postrzępione resztki pnia innego drzewa. Ciut niżej — wkopane betonowe słupy, jak się później okazało, szkielet niedoszłego tartaku.

 W 2002 r. prochy żołnierzy francuskich zostały z honorami pochowane na Cmentarzu Antokolskim Fot. Marian Paluszkiewicz

W 2002 r. prochy żołnierzy francuskich zostały z honorami pochowane na Cmentarzu Antokolskim Fot. Marian Paluszkiewicz

Naszym przewodnikiem jest mieszkaniec Niemenczynka Franciszek Warkowski. Mieszka tu z dziada pradziada, słyszał krążące po okolicy wieści o pochowanych tu francuskich żołnierzach. Wskazuje laseczką na pagórek, przestrzega przed dalszym zapuszczaniem się w śnieg, „bo jamy i nogi można sobie połamać”. Ryzykujemy, po drugiej stronie kopca podobno są resztki granitowych nagrobków, niestety, śnieg pilnie strzeże tajemnicy. W tym to kurhanie spoczęli według opowieści starszych, trzej generałowie francuscy. Jak mówi pan Franciszek, nieopodal w lasku znajduje się masowy grób żołnierzy armii francuskiej. Ilu ich jest? Któż to wie teraz, niektórzy podają nawet liczbę 4 tysięcy, choć bliżej prawdy byłoby, że ze 400 osób.

— Te trzy brzozy zostały posadzone na cześć trzech generałów francuskich — mówi Antoni Rudak, który od 1978 r. był agronomem w kołchozie w Pikieliszkach — po wojnie przyjeżdżali z Francji jacyś cywile, zasadzili trzy drzewka. Jedna brzoza stoi do dziś, druga uschła, kiedy zaczęto budować tartak, widocznie naruszono korzenie, od trzeciej został kikut. Generalski kurhan zachował się, młodzi jak to młodzi, szukali broni, ale natrafili tylko na kości.

Starsi ludzie opowiadali z opowieści jeszcze starszych, że na kościach żołnierzy francuskich rośnie teraz las. Za lasem znajdują się pola uprawne, całe w jamach, możliwe, że były to jakieś okopy — ciągnie dalej swą opowieść Antoni Rudak.
Krążą też po ludziach opowieści, że wielu żołnierzy francuskich zginęło w jeziorze Gulbiny w gminie rzeszańskiej. Francuzi w czasie odwrotu pokonywali strome brzegi jeziora, a że wozy były ładowane po brzegi sprzętem wojennym, zdobyczami, lód na jeziorze zaczął trzaskać i ani konie, ani ludzie nie mieli już siły wydostać się z lodowatej zapaści.
Inna historia dotyczy wsi Dowciany koło Pikieliszek, gdzie podobno miało miejsce starcie 2 francuskich oddziałów zwiadowczych z rosyjską jazdą konną. Francuzów wycięto co do jednego.

Rzecz się działa 200 lat temu, kiedy po niefortunnym wejściu na niezmierzone przestworza Rosji i fatalnych wydarzeniach pod Moskwą, „bóg wojny” został zmuszony do odwrotu. W początkach grudnia 1812 r., kiedy oddziały francuskie dotarły z powrotem do Wilna, były to już tylko nędzne żałosne resztki świetnej armii.
Powracający Napoleon spędził w Wilnie jeden dzień, kilkadziesiąt tysięcy jego wiernych żołnierzy zostało tu na zawsze.

10 grudnia do rosyjskiej niewoli dostało się 9 800 żołnierzy, 7 generałów oraz 5 200 rannych i chorych w wileńskich szpitalach. Na ulicach Wilna leżało 40 tys. trupów żołnierzy napoleońskich. Łącznie w tych dniach w rejonie miasta zginęło ich 80 tysięcy. Przyczyną śmierci nie były potyczki bojowe, lecz wynikające z głodu i zmęczenia wycieńczenie fizyczne, mróz i choroby. Wielu nie miało dosyć siły, by dotrzeć do magazynów z żywnością.
Zwłoki leżały na ulicach aż do wiosny i dopiero wtedy władze rosyjskie w obawie przed epidemią zorganizowały pochówek w wałach umocnień miejskich. Część zwłok palono w ogromnych stosach na Zwierzyńcu.

10 grudnia 1812 roku Wilno zajęły ponownie — na ponad stulecie — wojska rosyjskie. Skończył się trwający od czerwca okres panowania francuskiego na Litwie. Można ten okres określić jako czas niespełnionych nadziei na odzyskanie przy pomocy Francji niepodległości dawnej Rzeczypospolitej. Jak pisał Czesław Jankowski „nieodbudowana Polska zamigotała, błysła i zgasła, i rozpadła się”.
***
W 2002 r. w wileńskiej dzielnicy Północne Miasteczko odkryto zbiorową mogiłę blisko 3 tysięcy żołnierzy armii napoleońskiej z 1812 roku. To jeden z największych zbiorowych grobów żołnierzy napoleońskich na terytorium Europy. Zidentyfikowano szczątki około 2 tysięcy osób. W następnym roku uroczyście pochowano je na wileńskim Cmentarzu Antokolskim.