Bezdomni: ich dom to całe Wilno…

203
Wśród osób przychodzących do stołówek charytatywnych, sporo jest ludzi bezdomnych Fot. Marian Paluszkiewicz
Wśród osób przychodzących do stołówek charytatywnych, sporo jest ludzi bezdomnych Fot. Marian Paluszkiewicz

„Gdzie mieszkam? Całe Wilno to mój dom” ― mówi mężczyzna, spotkany przy charytatywnej stołówce na wileńskiej Lipówce.

Swego imienia nie chce mówić, a jego wiek określić też trudno: dawno niegolona broda, mocno opalona skóra (mimo że jest dopiero kwiecień), głowę ma przykrytą czapką z daszkiem, jednak widać, że skronie jeszcze nie są siwe. Wiadome jest jedno, że mężczyzna wraz z kilkudziesięciu innymi ludźmi czeka na bezpłatny obiad.
― Przychodzę tutaj nie z dobrego życia. Nie tak je sobie planowałem. Zresztą, kogo to teraz obchodzi? Takich, jak ja, nikt nie widzi albo widzieć nie chce. Ale nie należy patrzeć na nas z wysoka — jutro w tej kolejce może stanąć każdy — mówi mężczyzna. Więcej nie chce rozmawiać, bo już zaczęto rozdawać posiłki.

Dzisiaj, 14 kwietnia, w Polsce obchodzony jest Dzień Ludzi Bezdomnych.
Od roku 1996 to nieformalne święto jest obchodzone poprzez organizowanie rozmaitych akcji pomocy ludziom bezdomnym oraz akcje informacyjne mające zwrócić uwagę całego społeczeństwa na problemy ludzi bezdomnych.
Na Litwie takiego święta nie ma. Od czasu do czasu, co prawda, są organizowane akcje społeczne na rzecz bezdomnych, w kilku stołówkach charytatywnych są rozdawane bezpłatne posiłki, a w trzech domach noclegowych są udostępniane łóżka do spania.

― Mamy około 300 miejsc, które praktycznie zawsze są zajęte. Podczas mrozów miejsc w ogóle brakuje, a ludzi, niemających dokąd się udać, jest coraz więcej — powiedział w rozmowie z „Kurierem” Edvardas Jablonskis, dyrektor domu noclegowego miasta Wilna.

Tu bezdomni mogą otrzymać skromny posiłek, miejsce do spania oraz możliwość umyć się. Większość odwiedzających to osoby nadużywające alkohol lub  uzależnione od narkotyków. Mieszkańcom noclegowni pomocy udzielają pracownicy socjalni i wolontariusze, jednak niewielu bezdomnym udaje się wydostać z dna społecznego.

― Większość ludzi, którzy do nas przychodzą, to mężczyźni, którzy zniszczyli swoje życie z powodu jakiegoś uzależnienia. Są też kobiety, ale o wiele mniej. Ktoś przegrał swój majątek w gry hazardowe, ktoś swój dobrobyt przepił, ktoś „związał się ze złą kompanią”, ktoś nie umiał zaczepić się za życie po wyjściu z więzienia, ktoś stracił pracę z powodu choroby i załamał się, ktoś przeżył ciężki rozwód i stracił motywację iść do przodu, więc ruszył w dół… ― tłumaczy Edvardas Jablonskis.

Ludzi bezdomnych jednoczy głęboka samotność i marginalizacja ze strony społeczeństwa ― właśnie to ich najbardziej przygniata Fot. Marian Paluszkiewicz
Ludzi bezdomnych jednoczy głęboka samotność i marginalizacja ze strony społeczeństwa ― właśnie to ich najbardziej przygniata Fot. Marian Paluszkiewicz

Ostatnio coraz więcej osób trafia do noclegowni po nieudanej próbie emigracji na Zachód. Sporo „mieszkańców” to osoby deportowane z Wielkiej Brytanii lub Irlandii, które wstydzą się wracać do swoich domów lub po prostu już nie mają dokąd wrócić.

Jablonskis mówi, że każdy przychodzący do noclegowni ma swoją historię. Wszystkich tych ludzi jednak jednoczy głęboka samotność i marginalizacja ze strony społeczeństwa ― właśnie to ich najbardziej przygniata oraz brak motywacji do życia.

Nasz rozmówca zaznacza, że w ciągu 20 lat swojej praktyki pracy z bezdomnymi, stawał się świadkiem przykładów, gdy wydawałoby się, że beznadziejni ludzie znajdowali w sobie siły powrócić do normalnego życia. Pierwszym krokiem do tego bywało pozbawienie się nałogu. Komuś udawało się to zrobić dzięki wierze w Boga, kogoś ratowała rodzina.

― Takie przypadki, niestety, to rzadkość. Jednak udowadniają, że nadzieja na ratunek zawsze powinna być. Człowiek może zarówno upaść, jak też podnieść się. Aby tego dokonać, należy umieć przyjmować pomoc. Problem polega na tym, że ludzie, którzy mocno zostali pokrzywdzeni przez los, z ogromną trudnością już mogą komuś zaufać — mówi Edvardas Jablonskis.

Od listopada 2011 roku pracownicy socjalni organizują akcje pomocy dla ludzi bezdomnych i żebraków wprost na ulicy.

― Nawiązać kontakt z takimi ludźmi i zachować jest bardzo trudne. Pracownicy socjalni ciągle odwiedzają te same miejsca, zapraszają bezdomnych na konsultacje, proponują pomoc. W ubiegłym roku udało się jednak nawiązać jedynie około 60 stałych kontaktów z kilkuset — powiedziała „Kurierowi” Rasa Laiconienė, wicedyrektor Departamentu ds. Spraw Socjalnych i Zdrowia administracji samorządu miasta Wilna. ― Ciekawe jest to, że ci ludzie często dobrze wiedzą o instytucjach, które mogą udzielić im pomoc. Jednak sami wybierają życie na ulicy, są apatyczni i nic nie chcą zmieniać. Po prostu nie chcą przestrzegać jakichś reguł socjalnych. Nie umieją już tego…