73 lata temu Polacy rozpoczęli nierówną walkę o Wilno

304
Żołnierze AK na Wileńszczyźnie przez prawie pół wieku musieli milczeć o swojej przeszłości Fot. Marian Paluszkiewicz

Oddziały Armii Krajowej podjęły próbę przejęcia miasta, zanim jednego okupanta zamieni kolejny. Nie chcieli biernie czekać na rozwijający się bieg wydarzeń ani też godzić się z ustaleniami wielkich mocarstw.

Decyzja podjęcia walki o Wilno została podjęta w Warszawie już 12 czerwca 1944 roku, na odprawie dowódców okręgów Armii Krajowej Wilno i Nowogródek. Akcja ta otrzymała kryptonim „Ostra Brama”. Cel operacji został sprecyzowany rozkazem nr 1, dnia 26 czerwca 1944 roku, przez komendanta Okręgu Wileńskiego AK ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”. Operacja miała doprowadzić do opanowania istotnego węzła komunikacyjnego i jednego z większych ośrodków administracyjnych. Miała także wywołać określone skutki polityczne poprzez zdobycie miasta własnymi siłami przed Sowietami i uznania przez nich administracji polskiej.

Jak podkreślił prof. Tomasz Gąsowski, historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, walki AK o Wilno były kolejną fazą realizacji planu „Burza”. Miał on na celu wyzwolenie Polski własnymi siłami, tj. zmobilizowanymi oddziałami Armii Krajowej przy taktycznym współdziałaniu z Armią Czerwoną oraz zainstalowanie tam legalnych polskich władz.

„Metodą faktów dokonanych próbowano odwrócić ustalenia konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie (listopad 1943) o przekazaniu ziem wschodnich II Rzeczpospolitej Związkowi Sowieckiemu. Chodziło także o zaprzeczenie sowieckiej propagandzie głoszącej, iż Polacy nie walczą z Niemcami. Z kolei dla ZSSR było to wypełnianie ustaleń teherańskich, sankcjonujących agresję z 17 września 1939 roku” – wyjaśnił w rozmowie z PAP.

Ppłk Krzyżanowski „Wilk” wydał rozkaz uderzenia na miasto nieco wcześniej niż planowano, w nocy z 6 na 7 lipca 1944 r. Oddziały AK uderzyły na odcinku od dzielnicy Belmont do cmentarza Na Rossie, natrafiając na twardy opór wojsk niemieckich, które liczyły ok. 18 tys. żołnierzy. Niemcy nie zamierzali oddać miasta bez walki. Wilno przemieniło się w twierdzę. 7 lipca pod miasto podeszły sowieckie oddziały z 3 Frontu Białoruskiego, które wieczorem rozpoczęły natarcie w celu opanowania Wilna. One także natrafiły na silny opór niemiecki, co w efekcie spowodowało kilkudniowe walki o miasto, w których walczyły zarówno wojska sowieckie jak i Armia Krajowa. Miasto zdobyto 13 lipca 1944 r.

Gdy 13 lipca walka o Wilno dobiegła końca, Polacy w mieście przeżyli krótką, ale radosną chwilę wolności. Nad miastem przez moment znów powiewały biało czerwone flagi. Sowieci nie mieli jednak zamiaru pozostawiać ich na dłużej. Dzień po wyzwoleniu miasta zgodzili się na utworzenie samodzielnej jednostki z oddziałów AK Okręgów Wileńskiego i Nowogródzkiego. Były to jednak czcze obietnice. Szef Sztabu 3. Frontu Białoruskiego zaprosił dowódców AK na odprawę w Boguszach. Tam też strony miały uzgodnić szczegóły utworzenia z oddziałów AK nowej jednostki. Bogusze stały się symbolem końca polskich złudzeń. Po przybyciu na miejsce „Wilk” został aresztowany i uwięziony.

Również innych dowódców i żołnierzy AK czekały dotkliwe represje. Ci, którym udało się ich uniknąć lub przeżyć łagry, o swojej przeszłości i biało-czerwonej fladze na Wieży Giedymina na długie lata musieli zamilknąć. Jeśli w Polsce AK tematem całkowicie zakazanym przestała być już pod koniec lat pięćdziesiątych, to na Litwie nakaz milczenia trwał aż trzydzieści lat dłużej.

– Na Wileńszczyźnie dopiero w 1989 r. można było zacząć mówić na ten temat. Do tego czasu panowała zupełna cisza, a wszelkie ślady pamięci starano się wymazać. W przywracaniu tej pamięci wiele było takich szczęśliwych zbiegów okoliczności. Założyliśmy koło ZPL we wsi Gudele, niedaleko Krawczun. Starsi ludzie opowiadali o wielkiej bitwie z Niemcami, jaką na tym terenie stoczyła Armia Krajowa. Zdecydowaliśmy, że postawimy krzyż na tym terenie. Dopiero wtedy zaczęliśmy stopniowo odkrywać historię. Odezwali się świadkowie tych wydarzeń, wśród nich wielu żołnierzy AK, którzy pozostali na Wileńszczyźnie, ale także ci, którzy mieszkali w Polsce – opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” prof. Jarosław Wołkonowski.
Upadek Związku Sowieckiego otworzył drogę do mówienia o zbrojnym podziemiu, co jednak nie oznaczało, że AK przestaje być na Wileńszczyźnie tematem trudnym. Przywracanie pamięci o Polakach walczących z okupantami w ciągu całej wojny, nie było łatwe także w niepodległej Litwie.
– Początek był bardzo trudny. Tuż po odzyskaniu niepodległości najbardziej słyszalne były wyraźnie antypolskie głosy, co wpłynęło na ukształtowanie się w litewskim środowisku bardzo negatywnej opinii o AK i polskim podziemiu niepodległościowym. Dziś, także dzięki wysiłkowi znanych postaci litewskiego świata nauki, ten stosunek powoli się zmienia. W latach 90. napotykaliśmy wiele problemów. Bardzo trudne było samo zarejestrowanie w litewskim państwie organizacji skupiającej kombatantów AK. Udało się chyba dopiero za trzynastym podejściem. Z dzisiejszej perspektywy jestem przekonany, że ten wysiłek miał sens, przede wszystkim ze względu na samych żołnierzy AK, którzy po latach ukrywania swojej przeszłości mogli wreszcie mówić o niej z dumą. Wielu z tych ludzi przeszło przez łagry i przez pół wieku sowieckiej władzy byli postrzegani jako przestępcy. Istnienie organizacji skupiającej kombatantów AK w litewskim państwie ma też znaczenie ze względu na postrzeganie historii AK przez Litwinów – zauważa Wołkonowski.