Jak mała Litwa walczyła z sowieckim niedźwiedziem

266
Ofiary śmiertelne zostały rozjechane czołgowymi gąsienicami

Środek zimy, noc z 12 na 13 stycznia 1991 roku, mieszkańcy Wilna i innych miejscowości, także Polacy, którzy byli w tym czasie w mieście Miłosierdzia, spontanicznie zebrali się w trzech bardzo strategicznych miejscach stolicy Litwy.

Pod gmachem sejmu, przy wieży telewizyjnej i w wieżowcu Domu Prasy zebrały się tłumy. To one jako pierwsze w dawnym imperium sowieckim wypowiedziały posłuszeństwo Związkowi Radzieckiemu, tworowi dziwnej konstrukcji państwowości, składającej się z ponad setki narodów i sześciuset języków. Mała Litwa powiedziała „NIET” doborowym jednostkom dawnego OMONU i Armii Czerwonej.

Ten spontaniczny protest został okupiony 14 ofiarami śmiertelnymi bezbronnych obywateli, ludzi pragnących pokoju, spokoju, zburzenia moskiewskiej dyktatury, woli życia, ale nie w iluzorycznym państwie.
Setki osób doznało mniejszych i większych obrażeń ciała. Ofiary śmiertelne zostały rozjechane czołgowymi gąsienicami. Snajperzy strzelali do ludzi jak do kaczek. To wymierna wartość litewskiej niepodległości, to także wymierna wartość przyśpieszenia rozwalenia glinianego kolosa – Związku Radzieckiego. Wspomniane miejsca, w których doszło do zbrojnej konfrontacji z ludźmi, to do dziś i na wieki święte miejsca Wilna, Litwy, wolnego świata.
W ślad za Litwą poszły inne radzieckie republiki. Litwa podrzuciła Moskwie żagiew. Litwa podpaliła Związek Radziecki.
Świat nie dowierzał w to, co miało miejsce w tę mroźną noc w stolicy jeszcze okupowanej przez Związek Sowiecki Litwy. Jak te wydarzenia wspominają Polacy w Macierzy i obywatele niektórych państw europejskich – o to zapytałem moich znajomych w telefonicznych rozmowach.

– Z pochodzenia jestem Polką. Mieszkam w Berlinie ponad pięćdziesiąt lat. Doskonale pamiętam, jak Berlin przyjął informacje płynące z Litwy. Były one mocno ocenzurowane, ale niemieccy korespondenci emocjonalnie i rzetelnie przekazywali na falach eteru, w telewizji i w gazetach to, co miało tam miejsce. Przez moje miasto przeleciała fala entuzjazmu i moralnego wsparcia dla mieszkańców Wilna. U nas mówiono, że to najwyższa pora obalić ruskiego niedźwiedzia. Wiedzieliśmy, że ludziom w ZSRR żyło się coraz gorzej, że brakowało prawie wszystkiego. Czuliśmy ten ciężar, i w dawnym NRD, i tu w samym Berlinie Wschodnim, gdzie stacjonowały rosyjskie jednostki Zachodniej Grupy Wojsk. Mój Boże, ci prości żołnierze, a nawet oficerowie czuli, że to koniec ich państwa. W sklepach pojawiło się wyjątkowo dużo sprzętu elektronicznego. W ten sposób chciano dać możliwość Rosjanom zakupu nowych telewizorów, magnetowidów i innych dóbr, oby tylko wyjechali z terytorium Niemiec, jak najprędzej – wspomina pani Alina Koeppe (Berlin).
– Modliliśmy się za powodzenie wileńskiego protestu. Zbieraliśmy datki, by przesłać na Litwę potrzebne medykamenty, środki opatrunkowe. Mój brat mieszkający w Luksemburgu zorganizował transport dwóch ciężarówek z żywnością i one pojechały na Litwę. Czuliśmy, że Europa się budzi do życia, że odżywają inne narody, że nasza zachodnia wrażliwość to wdzięczność narodowi litewskiemu za obalenie europejskiego i światowego straszaka, związku sowieckiego. Dobry Boże, jak lekko było nam już w wiosenne i letnie miesiące, kiedy Litwa ogłaszała swoją niepodległość – wspomina Emma Sonnenfeld (Zurich).
– Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, ale moi rodzice bardzo się radowali, gdy w telewizji pokazano leżące flagi sowieckie, zrzucane symbole – sierp i młot – z budynków państwowych. Pamiętam, jak Rosjanie masowo przyjeżdżali do Hiszpanii, by tu się osiedlić na stałe. Prawda, narzekali na Litwę, że to przez ten kraj muszą szukać sobie nowego miejsca na ziemi – dzieli się wspomnieniami Mercedes Gomez-Chylinski (Madryt).

Miejsca, w których doszło do zbrojnej konfrontacji z ludźmi, to do dziś i na wieki święte miejsca Wilna, Litwy, wolnego świata

– Teraz rozumiem, jacy byli to „dobrzy” emigranci. Z czasem okazało się, że to w zdecydowanej większości urzędnicy partyjni, którzy uciekali przed represjami nowych władz, tak na Litwie, jak i w innych wolnych z czasem republik. Osobiście mam żal do Ukrainy. Oni nie poszli śladem Litwy, nie otrzepali się z uzależnień od ZSRR. Ten układ tam trwa do dziś. Może to zbyt duży kraj, by tak postąpić, jak malutka Litwa?
– Świetnie pamiętam tę noc, bo byłam u moich przyjaciół w Wilnie. Nie, nie poszłam ani pod wieżę, ani pod Dom Prasy. My opijaliśmy przyjście na świat Gintarasa, mojego siostrzeńca. Chłopczyk urodził się na tydzień przed Dniem Obrońców Wolności. My daliśmy mu pseudonim SVOBODA. I tak też zostało do dziś. Nasz Svoboda z czasem przyniósł i dla Czechosłowacji podział na dwa państwa, na Czechy i Słowację.
Każde z naszych państw ma swoje radości i swoje smutki. Łączy nas trochę język. Małe, doprawdy, jest piękne. Brawo Litwa. Nie załamujcie się i trzymajcie tak dalej, oby tylko waszym obywatelom nie znudziła się taka wolność, w takim wydaniu.

Ja wiem, że ciężko ekonomicznie na Litwie, ale to są koszty wolności ekonomicznej, gospodarczej i społecznej. Kocham Cię Wilno! – mówi Eva Molihova (Brno).
– Urodziłem się w Wilnie, ale musieliśmy opuścić to miasto. To był ostatni eszelon repatriantów do Polski, w 1958 roku. Służyłem w radzieckim wojsku i znam te wszystkie sowieckie obiecanki, podważania dobrobytu w Stanach Zjednoczonych.

To takie propagandowe gadanie, a żołnierz miał porwane onuce. Ogromna radość zapanowała w mojej rodzinie, gdy w Kronice Pomorza pokazano zdjęcia z wydarzeń w Wilnie. Miałem ogromną satysfakcję, że ktoś wreszcie rzucił się do tego niedźwiedziego gardła. A potem? Potem to jak śnieżna kula, kolejne sowieckie republiki doprowadziły do całkowitego rozwalenia Związku Radzieckiego. Pamiętam do dziś, co wtedy wydarzyło się w Puszczy Białowieskiej na Białorusi. Tam podpisano akt rozwiązania ZSRR. A wydawało się, że ZSRR to twór na wieki. Okazuje się, że nic nie trwa wiecznie, dlatego i o tę wolność należy też walczyć każdego dnia, czego życzę i Litwinom, i nam Polakom – komentuje Władysław Hołubowski (Szczecin).
– Ja mam już te swoje lata. Każdego dnia wędruję ulicami Wilna, każda noc to też Wilno. Pamiętam, jak w czasie okupacji sowieckiej dostawałem kopniaki na placu Katedralnym od sowieckiego żołdaka. Za co? A za to, że z katedry wyszedłem w komży. Teraz, po tylu latach, chociaż już siły nie te, z przyjemnością oddałbym te kopniaki, ale nie ma już sowietów, nie ma Związku Radzieckiego. Z okazji święta, braciom Litwinom i moim rodakom z Wileńszczyzny, życzę zdrowia i nisko się kłaniam za ten heroiczny czyn sprzed 27 lat. To aż dziwne, wychowywałem się z Litwinami, znam ich mentalność i stosunek do innych nacji, a tu proszę.

Świat nie dowierzał w to, co miało miejsce w tę mroźną noc w stolicy jeszcze okupowanej przez Związek Sowiecki Litwy

Podjęli się rozwalenia światowego mocarstwa. Dzięki Ci Litwo – wypowiada się Mieczysław Zmitrowicz (Koszalin).
– Moi dziadkowie spoczywają na wileńskiej Rossie. Nie doczekali się prawdziwej wolności. Kiedy jestem w naszym rodzinnym Wilnie, odwiedzam ich groby i cmentarz Antokolski, gdzie spoczywają ofiary, bohaterowie tamtej nocy z 1991r. Oni warci są naszej wspólnej pamięci i wspólnej modlitwy. Razem jesteśmy jedno. Taka jest kultura i Wilna, i naszych państw, kiedyś prawdziwej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ja też pochylam czoło przed tą historyczną datą i życzę dobrej pamięci o tym, co miało miejsce w tę styczniową noc. Pamiętajmy, bo to trwa tak długo, jak o tym pamiętamy. Nie dajmy się uśpić, zasnąć przed innymi zagrożeniami – przypomina Apolonia Możejko (Poznań).
***
Wybaczą Szanowni Czytelnicy, nie będę komentować tych wypowiedzi, chociaż wiele słów ciśnie się na usta. Żyj, moja Litwo i śpij spokojnie, a gdy nastąpi czas – zakasz porządnie rękawy i z zapałem pracuj, by kraj bardziej dynamicznie się rozwijał gospodarczo, by na ludzkich twarzach było więcej uśmiechu, by radość była doprawdy radością!

Fot. ELTA