Jest za co dziękować nauczycielom polskich szkół

222
Bez polskiej szkoły na Wileńszczyźnie trudno byłoby pozostać Polakiem – mówi Irena Filipowicz, rodowita wilnianka

Tak bardzo chcę podziękować nauczycielom, że aż serce boli. Takich ludzi, takich nauczycieli jeszcze nigdzie nie spotkałam, a widziałam w życiu wiele, bo mam już swoje lata. Póki moje wnuczki uczyły się w szkole, byłam o nie spokojna, że są w dobrych rękach – z wielkim przekonaniem mówi 82-letnia Irena Filipowicz, rodowita wilnianka.

Pani Irena wspomina uroczystość sprzed kilku miesięcy, kiedy maturzystom Gimnazjum im. Władysława Syrokomli w Wilnie, w tym też jej wnuczce Dorocie, wręczano w szkole świadectwa dojrzałości i nagrody. Dorota imponująco złożyła maturę – zdobyła trzy setki na egzaminach i 98 pkt na egzaminie z języka litewskiego.
– Wyszłam przed salę podziękować nauczycielom, ale nie powiedziałam nawet setnej części tego, co mi na sercu leżało. Przelękłam się, że się ośmieszę. Odebrało mi zwyczajnie mowę, podziękowałam jak umiałam i wróciłam na miejsce. Potem we dnie i w nocy martwiłam się, dlaczego nie powiedziałam tego, co chciałam. Może więc z okazji Dnia Nauczyciela przynajmniej przekażę słowa wdzięczności – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” z przejęciem.

Była szansa, by wyjechać do Polski

Życie tak się potoczyło, że sama pani Irena skończyła szkołę z litewskim językiem nauczania. To był trudny czas powojenny, z młodszą o rok siostrą musiała dzielić się jednym tornistrem i jedną książką. Poszła do litewskiej szkoły trochę z przekory, na własne życzenie.
Po kilkudziesięciu latach jej własne dzieci uczyły się w szkole rosyjskiej – los chciał, że szkoła rosyjska była po drugiej stronie drogi. Wozić dzieci do szkoły polskiej nie było możliwości – za daleko, na drugim końcu miasta, a tymczasem na siódmą trzeba było już być w pracy. Szczęśliwym trafem kolejne pokolenie – wnuczki, starsza Krystyna i młodsza Dorota – skończyło polskojęzyczne Gimnazjum im. Władysława Syrokomli w Wilnie. W tej samej szkole uczy się jeszcze wnuk Jarek.
Pani Irena urodziła się w Wilnie na ul. Linkmenu. Dom ten stoi do dzisiaj, ale rodzina przeniosła się na Zwierzyniec. Ojciec pani Ireny również urodził się w Wilnie, w 1905 r. ukończył tu polskie gimnazjum. Mama pochodziła z Podbrzezia, przed wojną przez 20 lat pracowała w Warszawie, potem wróciła do Wilna.
– Z dzieciństwa pamiętam początek wojny, jak mama, trzymając mnie na rękach, niosła ze Zwierzyńca na Łosiówkę. Tam stały szeregi poborowych, a wśród nich mój tata. Zapamiętałam ciemne ubrania żołnierzy i wysokie drzewa. Tata wrócił z wojny w 1946 r. Przedtem pisał listy do mamy, żeby przyjeżdżała ze mną i moją siostrą do Polski, bo miał mieszkanie w Szczecinie. Mama już była spakowana, już wyprzedała, co mogła sprzedać. W niedzielę był transport. Traf chciał, że nawaliło jej serce – chyba nie miała serca do tego wyjazdu. I nie zostawiła Wilna – opowiada pani Irena.
Ojciec wrócił do rodziny do Wilna. Odwiedził swoich rodziców mieszkających na Witoldowej. Jego mama oślepła, może z nerwów – jej najmłodszego syna w czasie wojny podczas łapanki zabrali Niemcy. Rodzice, którzy już byli w starszym wieku, nie chcieli nigdzie ruszać się z Wilna.
– Ojciec znalazł pracę na budowie, utrzymywał rodzinę, urodziło się jeszcze dwoje dzieci – ciągnie opowieść o rodzinnych dziejach pani Irena. – W 1957 r. rodzice znowu przymierzali się do wyjazdu do Polski, ale ostatecznie zrezygnowali. Do Polski tata pojechał dopiero w 1974 r., do rodzeństwa. Dostał zaproszenie, odwiedził brata, siostry. Był tam przez miesiąc. Wrócił zdruzgotany, robił sobie wyrzuty, że też w swoim czasie nie wyjechał do Polski. „Zmarnowałem dzieci, zmarnowałem wnuków” – powtarzał. Dzisiaj, z perspektywy lat, tak sobie myślę, że ojciec częściowo miał rację. Dzieci w Polsce od kołyski słyszą w domu polską, poprawną mowę, na ulicy również mówi się po polsku, nikt na to krzywo nie spojrzy. Myślę, że te nasze kresowe dzieci są trochę inne, rosną w trochę innych warunkach. Ktoś słyszy rosyjską mowę, ktoś litewską, ktoś mieszankę. Po wojnie przez 40 lat dookoła słyszeliśmy prawie sam język rosyjski. Gdyby nie polska szkoła, trudno byłoby pozostać Polakiem – konstatuje pani Irena.

CZYTAJ WIĘCEJ: Regina Markiewicz: „Nic nie zastąpi dobrego nauczyciela”

Szkoła jak rodzina

Sama pani Irena skończyła po wojnie średnią szkołę z litewskim językiem nauczania. – Szkoły wtedy i dziś nie wolno porównywać. W latach 1947–1948, kiedy zaczęłam naukę, panowała straszna bieda, wszystkie panie nauczycielki przyjeżdżały ze wsi, wynajmowały pokoiki w mieszkaniach na Zwierzyńcu. Wilno było dla nich wielkim światem. Nauczycielki były bardzo ludzkie, bardzo dobre dla dzieci – wspomina pani Irena.
Bliska znajomość pani Ireny z Gimnazjum im. Władysława Syrokomli zaczęła się od „Kogucika”, szkółki niedzielnej dla dzieci w wieku przedszkolnym działającej przy „Syrokomlówce”. – Piękna rzecz. Przez dwa lata prowadzałam wnuczkę do tej szkółki. Razem z innymi babciami czekałyśmy w foyer na dzieci, aż skończą zajęcia. Trzeba było widzieć te maluchy: szczęśliwe, umorusane farbkami, ale zadowolone. Rozkładały na parapetach swoje prace i aż oczy im się świeciły. Żadne dziecko nigdy nie powiedziało, że nie chce iść do „Kogucika”. Czasami mówiłam wnuczce, że deszcz pada, może zrezygnujemy dziś z tej szkółki, ale Dorotka nigdy nie opuściła ulubionego zajęcia – opowiada pani Irena.
Podkreśla, że dzięki „Kogucikowi” nabrała zaufania do tej szkoły i pracujących w niej nauczycieli. Dzieci z zapałem zanurzały się w szkolne życie, babcie czekały na wnuki, w międzyczasie prowadząc rozmowy, snując wspomnienia. – Nie tylko wnukowie lubili „Kogucika”, my też lubiłyśmy te nasze wspólne spotkania. Spotkałyśmy się po latach, kiedy nasze dorosłe już dzieci odbierały swoje cenzurki za 12 klasę. Przy spotkaniu z tymi babciami wyściskałyśmy się tak, jakby rodzone siostry z Ameryki przyjechały. Nie wiem, jak mogę wyrazić podziękowania dla tych nauczycielek. Za ich poświęcenie, za ich dobroć, za to, że zawsze miały czas, żeby porozmawiać, za to, że szkoła jest taka rodzinna – nie kryje wzruszenia wilnianka.

CZYTAJ WIĘCEJ: Jasne sny o szkole Zdzisławy Buszo

Dzieci wyszły ze szkoły ukształtowane

Po skończeniu szkółki niedzielnej wybór był oczywisty – tylko do „Syrokomlówki”! Wnuczka trafiła do klasy prowadzonej przez panią Walerię Skirtun. – Naprawdę brak mi słów, żeby wyrazić to, co czuję. Czasami myślę, że ta pani trafiła na ziemię z nieba – bo jest cudowna, bez cienia przesady. Ma w sobie tyle ciepła, tyle spokoju, tak potrafiła ładnie te dzieci ułożyć, wychować, nauczyć, zaszczepić miłość do czytania. Pani Waleria robiła wspaniałe przedstawienia, prawdziwe teatrzyki z aktorami, dekoracjami, rekwizytami. Życie w tej klasie tętniło. Do piątej klasy dzieciaki wyszły już ukształtowane, a to prawdziwa sztuka! – mówi rozemocjonowana babcia Irena.
W starszych klasach wnuczka święciła sukcesy na kolejnych konkursach i olimpiadach, zarówno krajowych, jak i poza granicami Litwy. – Wszyscy ci nauczyciele, którzy kształtowali małą dziewczynkę i dzięki którym wyrosła ona na samodzielnego człowieka, zasługują na osobne słowa gorącej podzięki. Tak myślę, że poza rodziną to właśnie szkole dzieci zawdzięczają swoje osiągnięcia. Chciałabym, żeby nauczyciele z „Syrokomlówki” pamiętali, że nie są zapomniani – że są kochani, docenieni, szanowani, że są podziwiani. Dziękuję serdecznie za ich codzienny trud, za ich wiedzę, za wszystkie starania, żeby nasze dzieci wyrosły na dobrych, mądrych, wartościowych ludzi – z wielkim wzruszeniem mówi 82-letnia Irena Filipowicz.

Fot. Marian Paluszkiewicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 40(194); 12-18/10/2019