Nowa Wilejka wyludnia się i starzeje?

380
Na stoiskach dominują warzywa i owoce z miejskich ogrodów Fot. Marian Paluszkiewicz

„Nowa Wilejka powoli się wyludnia, pustoszeje i starzeje. Kiedyś ten miejski bazar, a i całe miasteczko, tętniło życiem. Dziś jest uśpione. Nie ma młodzieży, pozostali sami biedni emeryci” – tak mówią mieszkańcy tej stołecznej dzielnicy, leżącej w odległości 10 km od centrum miasta.

Bazar w Nowej Wilejce od lat 90. praktycznie się nie zmienia. Jedyną różnicą jest to, że kiedyś gwar i ruch był tu dużo większy. Dziś na stoiskach dominują ubrania od producentów polskich, chińskich, białoruskich, damska bielizna, buty, artykuły spożywcze, chemia. Tłumów taki asortyment nie przyciąga, a i warunki są średnie. Krzywe chodniki, stare stragany i alejki prowizorycznie zadaszone nisko zawieszoną folią nie zachęcają do zakupów.

Handlowcy wstają o świcie, pakują towar – konfitury, robione na drutach skarpety czy kapcie – i ruszają na handel na miejski bazar w Wilejce. Niektórzy przyjeżdżają z Mickun, inni aż z Gałgów. Tak dorabiają do nędznej emerytury.
– Moja emerytura jest bardzo mała, przez całe życie pracowałam w przedszkolu, a dzisiaj, żeby przeżyć muszę marznąć tutaj. Środkami czystości na tym rynku handluję już od 20 lat. Gdy pracowałam w przedszkolu, to na rynku sprzedawałam tylko w soboty i niedziele. Na początku, na tym naprawdę bardzo dobrze się zarabiało. Mogłam sobie pozwolić na wiele. Towar sprowadzaliśmy z Polski. Staraliśmy się przywieźć coś nowszego, czego jeszcze u nas nie było. Pamiętam, że wtedy klienci sami prosili, żeby coś im zostawić, jak brakowało towaru, ludzie kłócili się. A i sklepów wokół nie było, zakupy robili tu, na rynku. Jeżeli handlowałeś na rynku, to oznaczało, że jesteś już zamożnym człowiekiem. Dziś zarabiam centy, ale stoję tutaj, bo nie mam innego wyjścia. Naszymi klientami są prawie tylko emeryci. Muszę przyznać, że nie są wybredni, kupują to, co tańsze. Towar dostarczają firmy. Zamawiam tylko te tańsze produkty, bo droższych nie sprzedam. Młodzieży nie ma, to można zauważyć nie tylko na rynku, ale też i w samym miasteczku. Jeszcze jakichś 10 lat temu, gdy szło się wieczorem, to wszędzie było słychać muzykę, rozmowy, śmiech ludzi młodych, a dzisiaj pusto, cisza… – opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” Maria, która handluje środkami czystości.

CZYTAJ WIĘCEJ: Wreszcie Niemiec „ordnung” nam robi

Żelazny kiosk, jeszcze z lat 90., zawieszony bluzkami, sweterkami po 14 euro i ustawiony w rzędzie zimowymi butami po 17 euro. To towar, którym handluje Łucja.

– Nie ma młodzieży, wszyscy wyjeżdżają. Towar tu na ryneczku przeznaczony jest przede wszystkim dla biednych emerytów. Młodzież tutaj nie zagląda. Nie handlujemy droższym towarem, no bo i tak narzekają, że buty za 17 euro to bardzo drogo. Zgadzam się, że to są jednorazowe, niepraktyczne buty. Więc dosyć często wykłócamy się z klientami, gdy przychodzą ze skargami, że towar jest niepraktyczny. Ale czego można chcieć za takie pieniądze, przecież to nie jest skóra. Źle, bardzo źle idzie handel. Jeszcze kilka dni po emeryturze to można coś sprzedać, ale później już nic. Natomiast przed 1 listopada czy Bożym Narodzeniem, to już zupełnie głucho. Ludzie zbierają pieniążki, żeby kupić świece na grób bliskich, czy przed świętami coś na stół – ubolewa pani Łucja.

Drewniana ławka pełniąca rolę stoiska wyłożona jest domowymi przetworami, a za nią stoi 79-letnia Żana, która wychwala swój towar.
– Moja emerytura i męża to zaledwie niecałe 400 euro, a pracowaliśmy przez całe życie i to bardzo ciężko. Ja pracowałam na budowie, a mąż na kolei. Dzisiaj, żeby przeżyć, musimy nadal bardzo ciężko pracować. Młodzieży nie ma – ubolewa kobieta.
Pani Żana ma dzieci, ale wyjechały za granicę a tam też nie jest tak dobrze, jak wszyscy mówią.

Żelazny kiosk, jeszcze z lat 90., zastawiony butami nie zachęca do kupowania
Fot. Marian Paluszkiewicz

– Niestety, nie możemy liczyć na ich pomoc, a raczej to oni chcą, żebyśmy im pomogli. Pracujemy przez cały rok. Wiosną, latem i jesienią w ogrodzie, w lesie i na rynku, a zimą już tylko na rynku. W lesie zbieramy wszystko, co tylko można sprzedać, sadzimy w ogrodzie. W pracy w ogrodzie pomaga mi mąż, przetwory robię sama i sprzedaję. Tak naprawdę, zarabiamy na tym grosze, ale to już jakiś plus do emerytury. Kto pracował w ogrodzie, ten wie, jaka to ciężka praca, a oddać trzeba za bezcen. Teraz, na szczęście, nie kradną z ogrodów. W ciągu ostatnich lat Wilejka bardzo się zmieniła. Jest o wiele spokojniej, mniej przestępstw, ponieważ nie tylko młodzi, wykształceni ludzie wyjeżdżają, ale i przestępcy. Niestety, liczba pijaków się nie zmniejsza – opowiada pracowita 79-latka.

Pół litra adżyki kosztuje 2 euro, litr ogórków 1,5 euro, konfitury z leśnych jagód to 2 euro.
– To, co tutaj mam, najdrożej kosztuje 2 euro. Proszę sobie wyobrazić, jak ciężko te wszystkie słoiki jest dociągnąć na rynek. Całe szczęście, że mieszkam tutaj niedaleko, więc nie muszę płacić za przejazd. Klientów nie ma. Na zakupy w tygodniu przychodzą prawie tylko emeryci, którzy liczą każdy cent. Dla nich 2 euro za konfitury to dużo, więc proszą taniej. Przychodzą tutaj osoby, które mają po prawie 90 lat i z drżącymi rękoma proszą, żeby sprzedać im taniej. Jak można odmówić? – pyta retorycznie Żana.

Przy swoim straganie, zbudowanym z kartonów, sprzedaje dziergane na drutach czapki, szaliki, skarpetki 82-letnia Zofija.

– Przychodzę tutaj codziennie na kilka godzin. Nie mam wykupionego miejsca, dlatego jak zobaczy mnie ktoś z administracji, to od razu mnie przeganiają. Gdybym musiała jeszcze zapłacić za miejsce, to zapłaciłabym z emerytury, ponieważ bywają dni, że nic nie sprzedam. Jeżeli sprzedam skarpety za 3 euro, to mówię, że był udany dzień. Za 3 euro w sklepie można zrobić zakupy. Kupuję wszystko z przeceny – opowiada 82-letnia Zofija.

Pani Wanda ma 81 lat, chorą wątrobę, niedawno wykrytego raka i euro dziennie na życie. Na bazarek musi iść ponad dwa kilometry w jedną stronę. Pani Wanda bierze wózek na kółkach. Znalazła go na śmietniku. Był podziurawiony i bardzo zniszczony, więc zostawiła tylko aluminiowy stelaż i przyczepiła do niego plecak.
– Ja tam na życie nie narzekam, bo cóż to zmieni. W Wilejce dobrze się żyje emerytom. Wszystko mamy na miejscu. Kościół, cmentarz, sklepy, przychodnię. Codziennie zaglądam tu na ryneczek, a po południu idę do Norfy, Maximy i Iki. Szukam tam towaru po przecenie. Mam emerytury niecałe 300 euro, z których muszę zapłacić za mieszkanie, wykupić leki, utrzymać syna alkoholika i nakarmić koty. Średnio na miesiąc pozostaje mi jakieś 30-35 euro. Daję radę z tego przeżyć. Tu na rynku kobiety są bardzo dobre, jeżeli zaczynają się psuć jakieś owoce czy warzywa, oddają dla mnie. Czasami jakieś mięsko przeterminowane. Trzeba jakoś żyć, najważniejsze jest zdrowie – opowiada pani Wanda.