Spokojne życie wśród lawendowych pól

184
Lawenda reaguje na ciepło człowieka i miętoszenie. Poduszki z tym zielem polecane są osobom mającym problemy ze snem

Irena Brazis, prywatnie żona oraz matka czwórki dzieci, wyprowadziła się z Wilna i uprawia lawendę. W rozmowie z „Kurierem Wileńskim” podkreśla, że krew z krwi, kość z kości jest człowiekiem miasta.

Robienie kariery kojarzy nam się zazwyczaj z dużą metropolią. Sukces – z apartamentowcem w centrum miasta i najnowszym autem elektrycznym. Bizneswoman zaś to taka kobieta, która codziennie pędzi do biura w szpilkach od Christiana Louboutina, a w windzie na 20. piętro kończy sączyć sojowe latte…
Żyjemy w świecie, który jest nastawiony na osiąganie sukcesów. Za wszelką cenę dążymy do pokonywania kolejnych ścieżek kariery, zarabiania coraz większych pieniędzy. Codziennie towarzyszą nam pośpiech i rutyna. W pewnym momencie budzimy się i myślimy: a może by tak wszystko rzucić i przeprowadzić się na wieś?
Eksperci wskazują, że coraz więcej ludzi przed czterdziestką i zaraz po porzuca miejski pęd i decyduje się na spokój. Wykształceni, dobrze usytuowani wyprowadzają się na wieś, gdzie zaczynają realizować swoje małe i duże marzenia. Tak jak Irena Brazis.

Pomysł z Warmii na Wileńszczyznę

– Większość swojego życia spędziłam w bloku na dziewiątym piętrze. Ale to właśnie na wsi znalazłam prawdziwe szczęście, odkryłam uroki bycia sam na sam z przyrodą – tłumaczy Irena.

Brazisowie od sześciu lat mieszkają we wsi Podwarańce w rejonie wileńskim. Żeby tam dojechać, należy minąć Rostyniany i skręcić w prawo na polną dróżkę. Irena od kilku lat jest plantatorką lawendy, założycielką sklepu internetowego Le-Vanda.
– Dawno nosiłam się z myślą o uprawianiu lawendy. Kiedyś kupiłam książkę „Lawendowe pole” autorstwa Joanny Posoch, która jako pierwsza w Polsce zaczęła uprawiać tę roślinę. Wydanie bardzo mnie urzekło. Kiedy w lawendowym druku czytałam opowieść o tym, jak ta kobieta przeniosła się z miasta na wieś, co przeżywała, odkrywając nowe miejsce, przed jakimi wyzwaniami stała, zakochałam się i pomyślałam sobie, że skoro mam tyle gruntów rolnych dokoła, muszę je wykorzystać na lawendowe pole – wspomina i uśmiecha się.

Dzieciństwo bez maski

Większość swojego życia spędziłam w bloku w mieście. Ale to właśnie na wsi znalazłam prawdziwe szczęście – mówi Irena

Irena pojechała na Warmię do Joanny Posoch, od której uzyskała wiele cennych porad i wskazówek, a także doświadczyła magii lawendy.
– Zachwyciłam się. Po powrocie wysadziłam lawendę. Już pierwszego roku odkryłam wiele walorów tej rośliny. Po pierwsze, dobrze zimuje, bo dziś nie mamy takich zim jak kiedyś. Lawendy nie trzeba dużo podlewać ani specjalnie nawozić sztucznymi nawozami. Stoisz sobie, patrzysz i ją po prostu kochasz – zapewnia.
Kiedy wjeżdża się na podwórko Brazisów, gości wita ogromny pies, który wabi się Lewandowski. W powietrzu unosi się błogi zapach lawendy.

– Po przeprowadzeniu się na wieś całkowicie zmieniłam swój pogląd na życie. Zrozumiałam, że wcześniej żyłam w jakimś dzikim pędzie. Oddawałam na to zbyt dużo swojej energii. Przejmowałam się, denerwowałam. I nie wiem, za czym goniłam – zastanawia się plantatorka.

Mama czwórki maluchów cieszy się, że dzieciaki mogą poznawać naturę. – Dążę do tego, żeby dzieci odkrywały ją na własną rękę. Biegają więc boso po trawie, włażą na drzewa, budują bunkry. Nie ograniczam ich, bo to jest właśnie dzieciństwo. Ponadto uczę ich, żeby były sobą. Ciągle nam się coś narzuca, robią to nasi rodzice, przedszkole, szkoła. Wkładamy jakieś maski. A ja swoje dzieci po prostu uczę, że te maski nie są potrzebne. Należy być sobą. I to jest najważniejsze. Każdy rodzi się ze swoimi potrzebami, każdy jest inny i nie może być taki sam – podkreśla Irena.

Plan dnia to świętość

Brazisowie nie mają niani. Dziećmi opiekują się na zmianę. Irena mówi, że w życiu codziennym pomaga jej planowanie.

– Gdybym tego nie robiła, byłoby ciężko. Mam masę obowiązków: odwożenie dzieci do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne, poza tym pracuję. Cały dzień sobie skrzętnie planuję, notuję, ustanawiam priorytety. Jeżeli czegoś nie wykonam, przenoszę na inny dzień. I tylko dzięki planowaniu mogę coś zrobić. Wiadomo, że wszystkiego nie da się zaplanować, ale ten plan dnia jest bardzo ważny – podkreśla.

Kiedy pytam, jak zaczyna się jej dzień, Irena się uśmiecha. – Tak samo jak w przypadku wielu matek, czyli od wstania i karmienia dzieci. Latem mam tryb letni, bo dzieci są w domu, zimą – inny – opowiada.
Mimo wielu obowiązków nie zapomina o sobie. – Spotykam się z koleżankami. Czasem wyjeżdżam z nimi do spa na dzień albo dwa. Daję radę, bo mam bardzo dobrego męża, który wspiera mnie w moich pasjach. Bardzo lubię czytać, więc mam czas na książki, z których czerpię wiedzę. Znajduję też czas, żeby obejrzeć jakiś film. Zaakceptowałam też to, że nie mogę być doskonała we wszystkim. Nie wypielę dobrze ogrodu, gdy mam na to zaledwie pół godziny – tłumaczy.

Lawenda lubi miętoszenie

Irena pojechała na Warmię, tam uzyskała wiele cennych porad i wskazówek, a także doświadczyła magii lawendy

Irena ma dyplom filologii polskiej, ekonomii i choreografii. Przez wiele lat była choreografką w Zespole Pieśni i Tańca „Wilenka”. Dzisiaj jej czas wypełnia praca przy projekcie „Metamorfozės” – prowadzi warsztaty z renowacji mebli – oraz na lawendowym polu.

– Wydawało mi się, że ciągle muszę się uczyć, stąd te trzy dyplomy z różnych branż. Nie poprzestałam. Każdego lata mam tydzień wolnego i jadę na warsztaty. Lubię odpoczywać i przy okazji czegoś się nauczyć – tłumaczy.

Jesienią chce podjąć studia na kierunku fitoterapia, czyli ziołolecznictwo. – Świat roślin jest dla mnie czystą magią. Kiedy kupiłam destylator, włączyłam go i całe podwórko zaczęło pachnieć olejkami z lawendy i innych roślin, to było coś wspaniałego. Zapomnieliśmy trochę o tej alchemii. Destylowałam też inne rośliny, np. róże, liście lubczyku, szyszki – tłumaczy właścicielka platformy Le-Vanda.lt, która lawendę wykorzystuje do produkcji mydła, olejków, woskowych tabliczek i woreczków zapachowych do szaf, bukietów, hydrolatów, wianków, poduszek lawendowo-gryczanych. Te ostatnie, jak mówi, działają kojąco na osoby znerwicowane, mające problem z zaśnięciem.
– Lawenda reaguje na ciepło człowieka i miętoszenie, więc jak ktoś kładzie głowę na taką poduszkę, zaczyna wydzielać się zapach. Poza tym lawendę można wykorzystywać praktycznie do wszystkiego. Jemy ją – robię lawendowe torty, ciasteczka. Pijemy – robię herbatę. Myjemy się nią – czyli mydła, olejki. Lawenda też pachnie i odstrasza komary – mówi o zaletach rośliny.
Jako wyznawczyni filozofii zero waste, czyli niemarnowania niczego i niewyrzucania jedzenia, Irena dodaje, że szypułki od lawendy wykorzystuje jako patyczki do grillowania.

Wszechświat u twoich stóp

Cała rodzina jest zakochana w lawendzie, którą uprawia kobieta. – Mąż widzi, ile ta roślina sprawia mi radości, więc się cieszy. Dzieci też, bo mają ładne pole. Mam trzech synów i jedną córkę – widzę, że właśnie ona odkrywa ze mną rośliny, zapachy – dodaje.
Kiedy wchodzimy do ich drewnianego domu (w kolorze lawendy, a jakże), przeprasza mnie za bałagan. Mówi raz jeszcze, że człowiek nie jest w stanie być dobry we wszystkim, z czym się, oczywiście, zgadzam (mam nieskrępowane wrażenie, że ta kobieta funkcjonuje według innego zegara, że jej doba trwa 48 godzin, a nie 24). Pokazuje mi własnoręcznie wyprodukowane mydełka, olejki.
– W tych pudłach jest materiał na zapachowe woreczki, w tamtych na poduszki. To góra ubrań do wyprasowania – mówi.
W całym domu unosi się zapach lawendy, na ścianach wiszą wianki z tej rośliny, a Irena właśnie zabiera się do renowacji komody dla najmłodszego synka. Będzie w czarnym kolorze, okraszona drobnym kwieciem. – Jestem przekonana, że jeżeli bardzo czegoś pragniesz, wszechświat stanie na głowie, żeby ci w tym pomóc – zapewnia na koniec rozmowy.


Fot. archiwum


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 27(77) 04-10/07/2020