Ta wojna zaczęła się w Wilnie

951
Opinia publiczna w Polsce i kręgi dowództwa wiosną 1919 r. nie uważały odbicia Wilna z rąk bolszewików za priorytet FOT. WIKIPEDIA

Nie było żadnego cudu, o naszym zwycięstwie zdecydowała świetna praca wywiadu, dobrzy generałowie i mądra decyzja Piłsudskiego, by w kluczowym momencie nie wtrącać się w ich robotę – uważa Kacper Śledziński, historyk, autor książki „Wojna polsko-bolszewicka. Konflikt, który zmienił bieg historii”, która ukazuje się w stulecie Bitwy Warszawskiej 1920 r.

Upalny sierpniowy dzień. Z nieba leje się żar. Gdzieś niedaleko, tak jak przed stu laty, płynie Wisła. Tyle że tuż za nią nie stoją na szczęście sowieckie wojska. Z Kacprem Śledzińskim chowamy się w klimatyzowanym cieniu jednej z kawiarenek. Pracując nad najnowszą książką, mój rozmówca ostatni rok poświęcił badaniu wydarzeń, które 15 sierpnia 1920 r. doprowadziły do polskiego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Chcę od niego wydobyć fakty może powszechnie mniej znane, ale szczególnie ciekawe dla Czytelników na Wileńszczyźnie. Dlatego rzucam tylko przewodnie hasła i nie przerywając narracji, skrzętnie notuję opowieść historyka…

…o początku wojny

Większość historyków i badaczy uważa, że wojna polsko-bolszewicka zaczęła się wiosną 1919 r. Ja należę do tych, którzy są zdania, że rozpoczęła się już zimą, na przełomie lat 1918 i 1919. 11 listopada 1918 r. oficjalnie skończyła się I wojna światowa, tego dnia Polska świętuje odzyskanie niepodległości, ale w rzeczywistości byt państwa polskiego był wówczas jeszcze bardzo wątpliwy, a granice nieukształtowane. Na wielu odcinkach jątrzyły się ogniska zapalne, które z różną siłą wybuchały, jak choćby powstanie wielkopolskie w grudniu 1918 r. Tajny układ Niemiec z Rosją sowiecką przewidywał wycofywanie się przegranych w wojnie wojsk niemieckich do dawnych granic Cesarstwa, a ich pozycje mieli zajmować Sowieci. De facto był to więc układ przeciwko Polsce, której wojska także chciały wkraczać na miejsce wojsk niemieckich.
Tak było w Wilnie. Wiadomo było, że Niemcy je opuszczają, ale Polacy nie chcieli dopuścić, by ich miejsce zajęli zbliżający się Rosjanie. Dlatego w pierwszych dniach stycznia różne polskie oddziały wkroczyły do Wilna, ale nie były w stanie go utrzymać i wkrótce musiały je opuścić, starając się uczynić to z jak najmniejszymi stratami. Wśród tych opuszczających był wówczas bardzo młody żołnierz, a przyszły rotmistrz, Witold Pilecki. To były działania spontaniczne, oddolne, skończyły się, zanim dowództwo naczelne w Warszawie zdążyło się o nich na dobre coś dowiedzieć. Na święto Trzech Króli nad Wilnem łopotały już czerwone sztandary. Dla mnie jednak te pierwsze polsko-bolszewickie starcia, do jakich wówczas doszło. Trudno zaprzeczyć, że były faktycznym początkiem wojny.

PIECHOTA POLSKA w tyralierze podczas Bitwy
Warszawskiej  FOT. WIKIPEDIA

…o zdobyciu Wilna

Wiem, że Czytelnikom „Kuriera Wileńskiego” to zdanie może nie przypaść do gustu, ale zarówno opinia publiczna w Polsce, jak i szerokie kręgi dowództwa wiosną 1919 r. nie uważały odbicia Wilna z rąk bolszewików za priorytet polskiej polityki. Armia polska związana była walkami wokół Lwowa, którego zdobycie dla młodego, tworzącego się państwa wydawało się najważniejsze. Piłsudski był odmiennego zdania, w pewnym momencie był nawet gotów oddać Lwów Ukraińcom. Mimo panującego klinczu na południowym wschodzie był zdecydowany iść po Wilno, chociaż otoczenie to odradzało czy wręcz było przeciw, bojąc się otwarcia kolejnego frontu, gdy jeden nie był jeszcze zamknięty. Wódz Naczelny nawet nie próbował ukrywać, że kieruje nim osobisty sentyment. Postawił na swoim, co więcej, objął osobiste dowództwo nad akcją. Zaplanował ją dobrze i choć różne okoliczności nie sprzyjały, nawet pogoda jak na połowię kwietnia była mało wiosenna, w Wielkim Tygodniu doprowadził z sukcesem do końca.
Sowieci, w których szeregach nie brakowało zresztą polskich i litewskich komunistów, dali się zaskoczyć. Pozorowany atak na Baranowicze i Nowogródek oddziałów gen. Stanisława Szeptyckiego wzięli za główne polskie uderzenie i tam przerzucili większość swoich sił. Tymczasem faktyczne polskie natarcie poszło na Wilno. To był taki klasyczny blitzkrieg, nowoczesna akcja, jaką dobrze poznamy w II wojnie światowej. Kawaleria zajęła miasto, musiała je utrzymać do nadejścia piechoty, której zadaniem było oczyścić je z nieprzyjaciela. To się udało, choć Sowieci mieli przewagę liczebną i gdy otrząsnęli się z zaskoczenia, szala podczas walk w mieście, głównie na pl. Katedralnym, zaczęła się już przechylać na ich stronę. Edward Rydz-Śmigły zdążył jednak dotrzeć na czas i wejście do walki jego żołnierzy piechoty przesądziło o zwycięstwie. Rok później, gdy polskie wojska wycofywały się przed bolszewikami, nic znaczącego w tej wojnie w Wilnie się już nie wydarzyło, po prostu je opuszczono przed nacierającym wrogiem.

…o kierunkach wojny

Piłsudski miał koncepcję budowy państwa federacyjnego złożonego z Polski, Litwy, Ukrainy i Białorusi. Koncepcja, można rzec, genialna, tylko nie wziął pod uwagę, że nie są nią zainteresowani Litwini i Ukraińcy, a Białorusini to w zasadzie sami nie bardzo wiedzieli, czego chcieli. Szukał sprzymierzeńców, ale poza słabym Semenem Petlurą na Ukrainie, który bardziej przeszkadzał, niż pomagał, nikogo nie znalazł. A jednak na przekór temu postanowił tę koncepcję realizować, dążąc do odtworzenia państwa w granicach z 1772 r. Moim zdaniem, z dzisiejszej perspektywy, było to błędem, pójściem za daleko, może należało szukać granic z czasów Kazimierza Jagiellończyka i szybko przejść do odbudowy gospodarczej, ale tak czy inaczej, jeśli ta Polska miała się odrodzić, musiała gdzieś zdobyć przestrzeń, którą ktoś uznawał za swoją. To w oczywisty sposób rodziło konflikt z Rosją, której zapędy terytorialne też były oczywiste.
Jesienią 1919 r. Lenin, pogrążony w walkach wojny domowej z republikańskimi siłami Białych, gotów był w zasadzie na każde ustępstwo terytorialne dla zawarcia pokoju, a jednak Piłsudski zerwał negocjacje i parł do dalszej wojny. Najpierw pozwolił jednak Leninowi uporać się z Białymi. Wydaje się, że kierowała nim świadomość, że pokonać Rosjan ostatecznie można tylko w momencie, gdy są słabi i wyczerpani na froncie wewnętrznym. Wolał też mieć za wroga komunistów, bo wiedział, że jeśli wygrają Biali, Zachód będzie sprzyjał im, a nie Polsce, która może zyska poparcie Paryża i Londynu jedynie dla jakiejś autonomii w ramach Federacji Rosyjskiej. Wiedział też, że gdy zawrze z bolszewikami pokój, nie pokonując ich ostatecznie, oni okrzepną i potem będą już dla Polski nie do pokonania.
Dlatego w 1920 r. zdecydował się na dalszą ofensywę. Oczywiście w wielu aspektach się przeliczył, ofensywa bolszewicka ruszyła i przegoniła nas nad Wisłę. Wojsko cofało się przez miesiąc mniej więcej aż spod Orszy. Zmęczone, trapione problemami z aprowizacją – choć myślę, że można było próbować ustawić linię obrony np. nad Niemnem, broniąc terytorium konkretnego, zakładanego państwa czy nawet jeszcze wcześniej dążyć do zwycięstwa nad Dnieprem lub pod Mińskiem.

GEN. DANIEL KONARZEWSKI i sztab 14. Dywizji Piechoty podczas wojny polsko-bolszewickiej, 1920 r. / FOT. WIKIPEDIA

…o powodach zwycięstwa

Znam chyba wszystkie teorie uzasadniające nadanie Bitwie Warszawskiej miana tzw. Cudu nad Wisłą, które to pojęcie zdążyło mi się już nawet rozmyć w tej mnogości hipotez, ale moim zdaniem cudu w Cudzie nie ma!
Polska dysponowała bardzo dobrym wywiadem radiowym, który wykonał benedyktyńską pracę. A także siatką agentów w rosyjskich szeregach, która tworzyła się już od roku 1914. Teraz nowoczesna na owe czasy technika radiowa odegrała ogromną rolę. Polacy czytali informacje o ruchach rosyjskich wojsk i ich zamierzeniach. Oczywiście musieli je też umieć w sztabie generalnym dobrze wykorzystać, a to już była rola dowódców.
Najważniejsza była trójka generałów, świetnych fachowców. Tadeusz Rozwadowski, francuski generał Maxime Weygand i Józef Haller opracowali bardzo dobry plan obrony na Wiśle i kontrofensywy. Co ważne, Józef Piłsudski, Wódz Naczelny, a także już Marszałek, który przecież nie miał specjalistycznego wojskowego wykształcenia, zrozumiał wówczas, że nie należy im przeszkadzać. Wyjechał w okolice Puław pilnować południowego skrzydła, z czego zresztą, jak wynika z pamiętników Wincentego Witosa, Rozwadowski był bardzo zadowolony.
Ale co najważniejsze, przez cały czas to Piłsudski brał na siebie cały ciężar odpowiedzialności, zdejmując go z generałów. Osobiście zyskał tym mój olbrzymi szacunek i Polacy winni mu za to wdzięczność, choć niekoniecznie zgadzam się ze wszystkimi decyzjami, które w tej wojnie podejmował, i wiele z nich uważam za dyskusyjne.
Oczywiście w zwycięstwie olbrzymią rolę odegrała też psychologia, odezwy, ta gen. Hallera wzywająca do broni i zwłaszcza ta Witosa do ludu wsi. No i armia rosyjska, rozciągnięta, co zawsze rodzi rozmaite problemy, nazbyt też pewna siebie, a przecież już zmęczona. To wszystko złożyło się w szczęśliwą całość.

KAWALERIA POLSKA nad Niemnem, 1920 r. / FOT. WIKIPEDIA

…o tym, co by było gdyby

Gdyby Polacy przegrali pod Warszawą, wolnej Polski by nie było. Stałaby się najpewniej jedną z republik sowieckich. To zupełnie oczywiste. Jasne tym samym jest, że to jedna z najważniejszych bitew w historii Polski. Natomiast z teoriami głoszącymi, że także jedna z najważniejszych w dziejach świata, mógłbym trochę podyskutować.
Wspomniałem na początku o tajnych porozumieniach Niemców z Sowietami. One zakładały, że gdy Sowieci dojdą do granic Rosji sprzed Wielkiej Wojny, to się na nich zatrzymają. Gdyby Lenin rzeczywiście postanowił tych porozumień dotrzymać, to zapewne losy Bitwy Warszawskiej dla świata aż tak ważne by nie były. Za Polskę, nie oszukujmy się, nikt by w tej sytuacji nie umierał.
Natomiast nie wiemy, jak zachowałby się Lenin. Bolszewicy mieli plany rewolucji światowej, jest więc wysoce prawdopodobne, że rozochoceni sukcesami towarzysze porozumienia z Niemcami mieliby gdzieś i parli dalej na zachód. W tym układzie ich klęska pod Warszawą – która te rewolucyjne marzenia bezdyskusyjnie, jeśli nie przekreśliła, to przynajmniej kazała odłożyć na później – miała dla przyszłości Europy znaczenie fundamentalne.


Kacper Śledziński
(ur. 1975 r.) polski historyk i pisarz. Autor popularnonaukowych książek poświęconych m.in. dokonaniom polskich oddziałów i żołnierzy podczas II wojny światowej, m.in. „Czarna Kawaleria. Bojowy szlak pancernych Maczka”, „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”, „Odwaga straceńców. Polscy bohaterowie wojny podwodnej”, „Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych”, „Wyklęta armia. Odyseja żołnierzy Andersa”, „Potop ’39”. W ostatnich dniach ukazała się najnowsza publikacja Śledzińskiego: „Wojna polsko-bolszewicka. Konflikt, który zmienił bieg historii”.


Wysłuchał Jarosław Tomczyk


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 33(94) 15-21/08/2020