Przewodnicy turystyczni: koronawirus wywrócił nasze życie do góry nogami

706
Fot. Witold Janczys

O tym, jak koronawirus wpłynął na życie przewodników turystycznych i sektor turystyczny na Litwie, opowiadają nam przewodnicy, którzy współpracują z turystami mówiącymi po polsku, rosyjsku i litewsku.

Jak kryzys wywołany przez pandemię koronawirusa wpłynął na pracę i życie przewodników turystycznych?

Alina Obolewicz: Sezon turystyczny na Litwie zaczyna się wiosną i kończy późną jesienią. Oznacza to, że przewodnicy zwykle pracują przez sześć miesięcy, resztę czasu zazwyczaj się odpoczywa. Nie jestem wyjątkiem, od końca listopada do początku tej wiosny nie pracowałam. Wiosną trochę zarobiłem na Jarmarku Kaziukowym, ale turystów było już mniej – ludzie bali się pandemii koronawirusa. A po targach kwarantanna! Nie miałem pracy ani pieniędzy.

Mark Psonik: Pandemia koronawirusa, kwarantanna, niepewność – drastycznie nas dotknęły, przewodników turystycznych. Nie ma turystów. Musiałem zmienić orientację na lokalną publiczność, zacząć prowadzić wycieczki tematyczne. Moje dochody znacznie spadły. W zeszłym roku latem zarabiałem 1500–2000 euro miesięcznie, teraz, jak się uda wyciągnąć 600 euro, to już dobrze.

Laima Laukaitene: Wcześniej musiałam pracować w każdy weekend, teraz liczba klientów znacznie się zmniejszyła, jest ostra konkurencja o tych, którzy tam są. Moje zarobki spadły o połowę.

Przeważnie pracujesz z turystami z jakich krajów?

Alina Obolewicz: Moi klienci są z Polski.

Mark Psonik: Większość grup turystycznych, z którymi pracuję, pochodzi z krajów rosyjskojęzycznych – Rosji, Ukrainy, Izraela, ale także z Europy Zachodniej.

Laima Laukaitene: Oprowadzam rosyjsko- i litewskojęzycznych klientów, prowadzę też wycieczki nie tylko dla dorosłych, ale też dla dzieci.

Czy otrzymałaś/eś jakąkolwiek pomoc finansową od rządu?

Alina Obolewicz: Z jednej strony kwota, którą można otrzymać od rządu, jest moim zdaniem dość symboliczna (250–300 euro – przyp. red.). Z drugiej strony, dobrze, że w ogóle pomagają, ale bądźmy szczerzy, jeśli mieszkasz w Wilnie, ceny idą w górę, a z powodu koronawirusa straciłeś główne źródło dochodu, taka pomoc pozwoli ci zaledwie przez krótki czas utrzymać się na powierzchni.

Mark Psonik: Nie, ale szczerze mówiąc, nie ubiegałem się o nią.

Laima Laukaitene: Nie, ponieważ udało mi się zorganizować swoje sprawy finansowe w taki sposób, że do tej pory nie potrzebuję pomocy ze strony rządu.

Co się teraz dzieje w branży turystycznej? Jakie są zagrożenia?

Alina Obolewicz: Sytuacja jest właściwie bardzo, bardzo trudna i nie jest jasne, co będzie dalej.

Mark Psonik: My, indywidualni przewodnicy, jeszcze jakoś, chociaż z trudem, ale możemy przetrwać. Natomiast, co mają robić biura podróży, które muszą płacić pensje wszystkim swoim pracownikom – od przewodników turystycznych po administrację i sprzątaczki? Co mają robić restauracje? Jak mogą znaleźć wyjście z sytuacji, gdy zmniejszyła się liczba klientów? Wszystko wygląda bardzo, bardzo smutno.

Laima Laukaitene: Ponieważ klientów jest znacznie mniej, brakuje ich do tego, aby każdy przewodnik mógł zebrać dla siebie pełną grupę. Wcześniej było trzydzieści osób w grupach, dzisiaj jest ich 10–15 i zamiast kilku wycieczek dziennie, dobrze, jeśli możesz oprowadzić jedną dziennie.

Porozmawiajmy o czymś pozytywnym. Czy możesz opowiedzieć jakąś zabawną historię, która przydarzyła się Tobie i Twoim turystom?

Alina Obolewicz: Turystom ciągle przytrafiają się różne historie. Na przykład, jedna turystka, dama w wieku emerytalnym, patrzy na Ostrobramską ikonę Matki Bożej i pyta mnie ze zdziwieniem: „Czy mogłabyś mi wyjaśnić, o co chodzi z tymi wszystkimi Matkami Bożymi, dlaczego jest ich tak wiele. Ta jest w Ostrej Bramie, inna w Kownie, kolejna w Częstochowie i tak dalej i tak dalej. O co chodzi?”.

Mark Psonik: Na przykład, do nas w Wilnie przyjechali turyści z Łotwy, aby świętować swoje urodziny i poprosili mnie, abym znalazł im magika, który by ich zabawił. I tu miałem przerąbane, gdyż okazało się, że magików w Wilnie brak!

Laima Laukaitene: Praca z dziećmi ma swoją własną, interesującą specyfikę. Gdy wycieczka jest tematyczna, to przedstawiam się dzieciom, nie jako Laima, ale postać z bajki. Gdy idziemy do Pałacu Władców, przebieram się za wróżkę, jeśli idziemy do lochów, to zabieram ze sobą różnego rodzaju fiolki z eliksirami nieśmiertelności, stare kości, którymi bawimy się w średniowieczne zabawy.

Witold Janczys