„Babcia umarła”. O prowokacji, którą posłużył się Hitler

Wieża nadawcza radiostacji w Gliwicach, widok obecny

Upozorowany atak rzekomych polskich powstańców na radiostację w Gliwicach miał dać Hitlerowi pretekst do rozpoczęcia ataku na Polskę w 1939 r. i przekonać jej sojuszników, że nie warto spieszyć jej z pomocą, bo to ona jest agresorem.

Alfred Naujocks, jeden z najlepszych hitlerowskich speców od sabotażu i dywersji, czekał na ten telefon wraz z grupą mężczyzn w hotelu Haus Oberschleisen w Gliwicach od dwóch tygodni. W końcu zadzwonił – późnym popołudniem w czwartek, ostatniego dnia sierpnia 1939 r. „Babcia umarła” – padło do słuchawki. Mężczyźni stanęli na równe nogi, poprawili ekwipunek, po czym pospiesznie wyszli z hotelu. Polska w tym czasie po raz ostatni na długie lata zaczynała spokojnie układać się do snu…

Girl in a jacket

Bez jednego gwoździa

Wieża nadawcza przy ul. Tarnogórskiej w Gliwicach robi imponujące wrażenie. Smukła, strzelista, jeśli podejść bardzo blisko, zdaje się wierzchołkiem muskać płynące nad nią sierpniowe obłoki, jednocześnie lekko pochylając się ku obserwatorowi, jakby chciała mu się pokłonić.
– Wieża ma 111 metrów wysokości, rozmiar u podstawy 20 na 20 metrów, a jej stopy zakotwiczone są do prawie stutonowych fundamentów. Wybudowana jest z niezwykle odpornego na szkodniki drewna modrzewiowego, bale połączone są przy pomocy ponad 16 tys. potężnych mosiężnych śrub. W konstrukcji nie ma ani jednego stalowego gwoździa. Na szczyt wiedzie drabina, która ma tyle szczebli, ile dni liczy rok, o ile nie jest przestępny, czyli 365. Obecnie maszt jest prawdopodobnie najwyższą istniejącą, zbudowaną w całości z drewna konstrukcją w Europie oraz najwyższą drewnianą wieżą nadawczą na świecie. Trzyhektarowa posesja wokół niej została przekształcona w ogólnodostępny park – informuje nas Anna Piontek, historyk, asystentka dyrektora Muzeum w Gliwicach, którego oddział od 15 lat mieści się w kompleksie radiostacji.
Maszt budowała firma Christoph & Unmack z Niesky od maja do października 1935 r. Radiostację nadawczą uruchomiono jeszcze w tym samym roku, 22 grudnia. Gliwice należały wówczas do Niemiec, od polskiej granicy położoną na peryferiach wieżę dzieliło ok. 10 km. Miasto miało już wówczas radiostację mieszczącą się w centrum, przy obecnej ul. Radiowej. Były tam sala koncertowa, studia mikrofonowe, redakcja i obsługa. Sporą część programu dziennego wypełniała produkcja własna, ale tańsze było sprowadzanie audycji z Wrocławia, które w latach 30. dominowały. Nową radiostację nadawczą przy Tarnogórskiej wzniesiono, by zwiększyć moc nadawania zwłaszcza na zachodnie ziemie polskie, co miało służyć celom propagandowym. Przy wieży zbudowano budynek radiostacji oraz dwa boczne budynki mieszkalne dla załogi, tworzące wraz z nią kompleks w kształcie litery U. W radiostacji pracował 8-kilowatowy nadajnik firmy Lorenz.

AWARYJNY MIKROFON TZW. BURZOWY

Mikrofon? Tylko burzowy

Wśród agentów wybranych do akcji przez Naujocksa był człowiek mówiący po polsku, który w trakcie prowokacji miał wygłosić radiową odezwę. Po telefonicznym sygnale z Berlina, który nadał szef SS Reinhard Heydrich, ubrani w stroje śląskich powstańców prowokatorzy ruszyli do radiostacji. Tej przy dzisiejszej Tarnogórskiej.
Zgodnie z tajnymi rozkazami załoga i ochrona obiektu były tego wieczoru ograniczone do minimum. Grupa Naujocksa bez problemu weszła do budynku technicznego przez pomieszczenie maszynowni. W niej zawsze było głośno, toteż pracujący na nocnym dyżurze w sali nadajnika początkowo pewnie nie usłyszeli napastników. Ci, wrzeszcząc i krzycząc po polsku, sterroryzowali czteroosobową załogę, żądając możliwości nadania komunikatu. Ku swojej zupełnej konsternacji dowiedzieli się, że to niemożliwe, bo studia nadawcze znajdują się przy obecnej ul. Radiowej.
Odkryli jedynie tzw. mikrofon burzowy, awaryjny, z którego korzystano wyłącznie, by podać informację, że program nie będzie przez jakiś czas nadawany, np. ze względu na warunki atmosferyczne. Taki komunikat mogli usłyszeć tylko okoliczni mieszkańcy, a nie spora część Europy, jak tego zapewne chcieli napastnicy. Mimo to prawdopodobnie uruchomili mikrofon i zdołali odczytać kilka pierwszych słów odezwy: „Uwaga! Tu Gliwice! Radiostacja znajduje się w rękach polskich…”. Reszty nikt nie usłyszał, bo albo doszło do problemów technicznych, albo któryś z pracowników skutecznie odłączył mikrofon.
– Stawiamy sobie pytanie, jak to możliwe, że napastnicy, zdaje się, spartaczyli tak prostą robotę. Działali przecież w swoim kraju i wykonywali akcję pod egidą SS, która mogła w zasadzie wszystko. Czy faktycznie prowokację należy uznać za niepowodzenie? – snuje rozważania Anna Piontek. – Hipotezy są różne, akcja przygotowywana była ściśle tajnie. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że nie zdecydowano się na atak na rozgłośnię przy Radiowej ze względu na jej położenie w centrum oraz liczną załogę. Prowokacyjna odezwa nadana stamtąd mogłaby zostać przerwana przez załogę z Tarnogórskiej, która słuchała programu. Czy nie sprawdzono, że stąd nie da się nadać komunikatu w eter? Być może sądzono, że mikrofon awaryjny jest łatwo dostępny. Może zawiódł sprzęt albo czynnik ludzki. Jak widać, SS nie była doskonała – komentuje historyk.

Kłamstwo powtórzone tysiąckrotnie

OŚMIOKILOWATOWY NADAJNIK LORENZ

Akcja skończyła się klapą. Heydrich nasłuchujący radia w Berlinie szalał z wściekłości. Nie przeszkodziło to jednak ruszyć niemieckiej machinie propagandowej, której mottem były słowa Josepha Goebbelsa, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Już dwie godziny po sfingowanej napaści niemieckie rozgłośnie informowały o ataku polskich powstańców na niemiecką radiostację. Nazajutrz, gdy od kilku godzin niemieckie wojska wdzierały się w głąb Polski, Hitler, przemawiając w Reichstagu, mówił, że na atak Polaków w Gliwicach Niemcy nie mogli odpowiedzieć inaczej niż wojną.
– Prowokacja, czyli ów przedwojenny fake news, była Hitlerowi niezbędna. Miała przekonać opinię publiczną, że wojna jest konieczna, bo de facto jest wojną obronną. No i miała pokazać polskim sojusznikom, Anglii i Francji, że Polski nie warto wspierać, bo to ona wojnę sprowokowała. Zresztą, co tu dużo mówić, propaganda ta w jakiejś mierze wywołała zamierzony oddźwięk – kontynuuje Anna Piontek.
W budynku rozgłośni przy Tarnogórskiej wszystko wygląda dzisiaj w zasadzie tak jak 81 lat temu. Do środka wchodzimy przez główne drzwi, nad którymi można zobaczyć stylową płaskorzeźbę Hannsa Breitenbacha z lat 30., przedstawiającą personifikację radiofonii. Ale moglibyśmy wejść także, jak napastnicy, tylnymi drzwiami od strony maszynowni, skąd schodki prowadzą nas do głównej sali nadajnika. Nie potrzeba wyobraźni, by poczuć autentyczność tego miejsca.
– To ten sam nadajnik co w 1939 r. – wskazuje nasza przewodniczka. – Firmy Lorenz o mocy 8 kW. Po wojnie trafił do dawnego Muzeum Techniki w Warszawie, skąd sprowadziliśmy go kilka lat temu. Jest tu także stół kontrolny, służący do sterowania całą stacją, oraz siedem z dziewięciu elementów zespołu sterowania i kontroli. Jest i głośnik kontrolny do odtwarzania aktualnie nadawanej audycji, a w piwnicy kompletna instalacja do chłodzenia wodą nadajnika. Od biedy dałoby się to wszystko uruchomić. Jedynie trochę stolarki okiennej i drzwiowej jest wymienione, ale większość pozostaje taka, jaka była tu w latach 30. Niemiecka radiostacja działała do stycznia 1945 r., potem wkroczyła Armia Czerwona. Już jesienią nadawano audycje katowickiego, polskiego radia – opowiada asystentka dyrektora Muzeum w Gliwicach.
– W 1950 r. Gliwice rozpoczęły zagłuszanie rozgłośni zagranicznych, głównie Radia Wolna Europa, co kontynuowano do roku 1956. Po przeniesieniu zagłuszarek do Czechosłowacji w budynku głównym produkowano nadajniki i sprzęt specjalistyczny dla radia, a w latach późniejszych także telewizji. Obecnie na wieży zainstalowanych jest ok. 50 różnych anten, w tym telefonii komórkowej, pogotowia, dzięki czemu zdobywane są środki na jej utrzymanie i konserwację – podsumowuje.

Pierwsza ofiara II wojny

Gdy prowokatorzy opuszczali teren rozgłośni, prawdopodobnie sam Alfred Naujocks strzelił w głowę nieprzytomnemu Franciszkowi Honiokowi. Ten 40-letni mężczyzna został zatrzymany przez gestapo dzień wcześniej we wsi Łubie, nieopodal Gliwic, w tamtejszej gospodzie, po powrocie z pracy. Został tzw. konserwą, czyli ofiarą, która miała uwiarygodnić wydarzenia prowokacji. Polakiem zabitym przez broniących się Niemców. W dniu akcji, obezwładniony wstrzykniętym w więzieniu narkotykiem, został dowieziony na Tarnogórską, wniesiony do budynku nadajnika i tam zabity.
– Franciszek Honiok był pierwszą ofiarą II wojny światowej – mówi Anna Piontek. – Symbolem tej wojny, w której ludzie ginęli za to, kim byli, kim się czuli. Honiok był śląskim powstańcem. Po podziale Górnego Śląska przeniósł się na jego polską część, jednak sytuacja ekonomiczna zmusiła go do powrotu w rodzinne strony. To wówczas zapewne zwrócił na siebie uwagę władz, gdy starał się o przywrócenie obywatelstwa niemieckiego. Nie zmienia to faktu, że czuł się Polakiem i kontynuował działalność patriotyczną. W sali maszynowni jest dzisiaj niewielka wystawa upamiętniająca tę bardzo ciekawą postać. Ostatnio gliwickie muzeum przejęło także dwa sąsiednie budynki kompleksu radiostacji, dawniej mieszkalne. W zamierzeniach dyrekcji jest wykorzystanie ich m.in. na przestrzenie edukacyjno-muzealne, a także na upamiętnienie Franciszka Honioka jako bohatera tego miejsca – informuje rozmówczyni „Kuriera Wileńskiego”.

Urząd miejski w historycznym hotelu

URZĄD MIEJSKI W GLIWICACH, DAWNY HOTEL HAUS OBERSCHLESIEN

Wracamy do centrum Gliwic. Tu, w dawnej willi żydowskiego przemysłowca Oscara Caro, swoją główną siedzibę ma Muzeum w Gliwicach, w której na co dzień urzęduje nasza niezwykle pogodna i sympatyczna przewodniczka. To miejsce bez wątpienia też warto odwiedzić, a jak dowiadujemy się od Anny Piontek, ewidencja muzealna wskazuje, że docierają tu także goście z Litwy.
Nas interesuje jednak położony nieopodal gmach urzędu miejskiego. To dawny Haus Oberschleisen, który był jednym z najbardziej znanych hoteli na niemieckim Górnym Śląsku. Kwitło w nim życie towarzyskie i kulturalne, organizowano imprezy taneczne, a także występy muzyczne i kabaretowe. Na parterze były hol, restauracje oraz biura szefów. Na piętrze znajdowały się m.in. kawiarnia i salon lustrzany, zdobiony freskami. Kolejne kondygnacje zajmowały pokoje. Do dyspozycji gości było ich 110. Po dojściu do władzy Hitlera budynek stał się miejscem zebrań NSDAP.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Gliwic hotel został podpalony przez sowieckich żołnierzy i zniszczony w blisko 80 proc. Spłonęło całe wyposażenie, wszystkie dzieła sztuki, a także dach, okna i podłogi.
Kilka lat po wojnie został odbudowany, a już w wolnej Polsce przebudowany i zmodernizowany. Zmienił się kolor elewacji, usunięte zostały balkony nad wejściem głównym i szklana dobudówka, w miejscu której pojawił się betonowy pawilon. Już tylko bardzo wprawne oko może dostrzec elementy przypominające budynek, w którym 81 lat temu Alfred Naujocks usłyszał w telefonie, że „babcia umarła”, a potem wszystko, co najgorsze, się zaczęło…


Tekst i zdjęcia Jarosław Tomczyk


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 35(100) 29/08-04/09/2020