Listonosz Wiesław Maciulewicz: Koronawirus ciągle wywołuje napięcie

Koronawirus zmienił wszystko, a każdemu wyjściu na miasto czy spotkaniu z inną osobą towarzyszy dreszcz emocji: ma koronawirusa czy nie ma? Dziś opowiadamy o ludziach, którzy na co dzień są narażeni na ryzyko zakażenia chorobą, ale cicho i z godnością wykonują swoją skromną pracę. Dziś mowa o listonoszach. Rozmawiamy z Wiesławem Maciulewiczem, listonoszem z podwileńskiego Niemenczyna.

Na początek pytanie, dlaczego został Pan listonoszem?

Zwykła historia. Potrzebna była mi praca, spróbowałem więc swoich sił na poczcie. Okazało się, że dobrze sobie radzę, że jest wszystko dobrze i mi się tu podoba, no i zostałem (uśmiech).

Co panu podoba się w pracy listonosza, czym ten zawód przekonał pana do siebie?

Rozmowa z ludźmi… Tak, tak – właśnie to… W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach bywa przyjemnym dla mnie zajęciem. Nie bez znaczenia jest też możliwość wcześniejszego zakończenia dnia pracy – gdy wykonam wszystkie zaplanowane czynności, jestem wolny. To wielki plus tej pracy.

Jak długo jest pan listonoszem?

O… to już chyba trzynasty rok.

Co składa się na pracę listonosza?

Przede wszystkim prenumerata, dostarczanie listów, paczek, które docierają na Litwę z całego świata. Woziłem te, które przywędrowały do nas na Litwę, na Wileńszczyznę z Chin, Australii, Ameryki. Ba! Nawet z Japonii – ta akurat najbardziej wryła mi się w pamięć. Rozwozimy i wypłacamy też emerytury. Musimy to zrobić na czas, szczególnie jeżeli chodzi o listy i prenumeraty.

Trochę więcej kłopotu jest z listami poleconymi, bo trzeba znaleźć konkretnego adresata i doręczyć mu list. Jednak jak by na to nie patrzeć, jest to zwykła praca, zwykły kontakt z człowiekiem. Dla mnie to raczej przyjemność.

Czyli praca listonosza jest łatwa?

Fizycznie ciężką może nie jest, ale wymaga skupienia, pilności, przecież zawsze mamy do czynienie z pieniędzmi.

Spotkał się pan z agresywnym zachowaniem odbiorców listów?

Tak. Dość mocno pijana osoba obraziła się na mnie, że dostarczyłem jej list, który ją wzywał do opłacenia usług za wywiezienie śmieci.

Ile kilometrów pokonuje pan w ciągu dnia?

Około siedemdziesięciu kilometrów.

Pan jest listonoszem, od trzynastu lat wozi pan listy, paczki i obserwuje wileńską wieś. Jak się ona zmienia?

Ostatnio zmienia się w lepszą stronę. Zmniejsza się liczba opuszczonych domów. Ludzie z miasta kupują domy na wsi, spędzają weekend na wsi. Tymczasem jeszcze z dziesięć lat temu była moc opuszczonych domów. Na szczęście powoli, powoli to się zmienia na lepsze. Z czego też jestem zadowolony, bo i ja jako listonosz mam też więcej pracy (uśmiech).

Ile może zarobić listonosz?

Zarabiam znacznie więcej niż minimum.

Czy Pana praca zmieniła się z powodu koronawirusa?

Koronawirus dla mnie osobiście ciągle jest zagrożeniem, ciągle wywołuje napięcie, ciągle trzeba pamiętać o tym, że trzeba założyć maskę. Mniej też jest rozmów z ludźmi, czyli właśnie tego, co mi się najbardziej podoba w pracy listonosza. Widać, że ludzie już mniej chcą rozmawiać, tradycja rozmowy z listonoszem, czyli to, co przedtem było codziennością, z powodu koronawirusa zanika.

Na przykład ostatnio nie wchodziliśmy już do domów, zostawialiśmy listy polecone i przesyłki przy skrzynkach pocztowych. Nie jest to przyjemne, gdy ktoś patrzy na ciebie jak na źródło potencjalnej zarazy.

Czy w czasie pandemii czuje się pan bezpieczny?

Dobrze pan wie, że z czasem tak jest, że człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja, do rzeczy złych i dobrych i wszystko staje się normą. Przyzwyczaiłem się. Czuję się spokojnie, zwłaszcza że w Niemenczynie ostatnio takich wypadków się nie notuje.

Niedawno w Niemenczynie było ognisko koronawirusa i miasteczko było zamknięte na kwarantannę, na drogach dyżurowali policjanci. Co się tu działo?

Miasteczko było zamknięte. Za każdym razem, kiedy wjeżdżałem i wyjeżdżałem, musiałem się legitymować cztery razy dziennie: gdy jechałem do miasteczka do pracy, gdy wyjeżdżałem i potem znowu, gdy wracałem.


Rozmawiał Witold Janczys
Fot. autor