Jest mi miło, gdy moi uczniowie pamiętają o mnie

Fot. Marian Paluszkiewicz

Na całym świecie, w ponad 100 krajach, 5 października obchodzony jest Światowy Dzień Nauczyciela. To dobra okazja, aby świętować, ale też poświęcić chwilę na wspomnienia. Z „Kurierem Wileńskim” podzieliła się nimi emerytowana nauczycielka klas początkowych, a także katechetka Krystyna Subotkiewicz, urodzona w 1941 r.

Krystyna Subotkiewicz przez 30 lat pracowała w polskiej szkole w Czarnym Borze jako nauczycielka klas początkowych, a przez kolejne 10 lat – jako katechetka. Rozmowę z „Kurierem Wileńskim” zaczyna tak: – Każdy człowiek żyjący na świecie od Boga obdarzony jest jedynymi, niepowtarzalnymi świętymi wartościami: ojciec i matka, ojcowizna i ojczyzna. Zobowiązany jest te wartości kochać, szanować i bronić ich. Ojczyzna moja to Litwa, ojcowizna – kochane Wilno od dziada pradziada. Rodzice – Stefania z Wasilewskich i Paweł Warłamow.

Bardzo dużo czytała

Los rodziców pani Krystyny był ciężki. Ojciec jako niemowlę został porzucony na jednej z ulic Wilna, nieznana była jego narodowość. Miał przy sobie kartkę z napisem „Paweł Warłamow, ochrzczony”. Mama była szlachcianką, rodowitą wilnianką. Jej szczęśliwe dzieciństwo trwało do I wojny światowej, w czasie wojny została bowiem sierotą.
– Moja mama zawsze garnęła się do nauki. Przed I wojną światową chodziła do szkoły Prichadzkaja. Często opowiadała nam, jak się uczyła, to były ciężkie czasy. W tamtym okresie wykładano wszystko w języku rosyjskim, ale mama mówiła, że w jej szkole zakonnice uczyły po polsku. Na ramieniu noszono lnianą torbę z rosyjskim podręcznikiem, a polski podręcznik dziewczynki nosiły pod fartuchem, a chłopcy – w zanadrzu – opowiada Krystyna Subotkiewicz.
Podczas każdej lekcji któryś z uczniów dyżurował i gdy tylko przychodzili rosyjscy żandarmi sprawdzać, z jakich książek się uczą, to dyżurny stukał w drzwi i wtenczas chowano polski podręcznik, a zostawał tylko rosyjski.
Mama skończyła trzy klasy. W czasie wojny zajmowała się samokształceniem. Czytała, bardzo dużo czytała.

Nauka pomimo trudności

Pierwszą nauczycielką pani Krystyny, jej starszej siostry Stefanii i młodszego brata Mieczysława była ich mama. Nie opowiadała im bajek. Czytała historię Polski, opowiadania „W Jezusowej szkole”, życie marszałka Józefa Piłsudskiego, uczyła ballad Adama Mickiewicza i wierszy Marii Konopnickiej. To były pierwsze elementarze pani Krystyny i jej rodzeństwa.
– Moja mama dar pedagogiczny miała w sobie. W domu zawsze bawiliśmy się w szkołę. Już wtedy bardzo chciałam być nauczycielką i podczas zabawy to ja uczyłam rodzeństwo – wspomina.
W 1948 r. pani Krystyna poszła do szkoły w Solenikach – od razu do drugiej klasy, ponieważ już umiała czytać i pisać. Bardzo ciepło wspomina swojego pierwszego nauczyciela Aleksandra Szydłowskiego.
– To był wspaniały człowiek. Pamiętam, że w klasie było ponad 40 uczniów w wieku od 7 do 20 lat. Uczyć się było trudno. Pamiętam, że starsi chłopcy do szkoły przychodzili z finkami i często dochodziło do bójek. Ale mimo wszystkich trudności nauczyciel nas uczył przez rok po polsku. Pan Szydłowski miał wiele kłopotów z władzami, w 1949 r. władze sowieckie skierowały go do szkoły w Czarnym Borze i tam uczył niemieckiego – opowiada.

Pani Krystyna Subotkiewicz z uczniami. | Fot. archiwum

Wzór do naśladowania

Polską szkołę w Solenikach przekształcono w rosyjską. Przysłano nauczyciela Litwina, który nie umiał ani po polsku, ani po rosyjsku. Liczba uczniów w klasie zmniejszyła się, ale ci, którzy zostali, nie słuchali nauczyciela.
– Nauczyciel nas karał. Stawiał na kolana i kazał powtarzać za nim wiersze po litewsku. To trwało miesiąc. Następnie szkołę z litewskiej przekształcono w rosyjską. Przysłano dwie nauczycielki, Litwinkę Aldonę i Rosjankę, nie pamiętam, jak miała na imię. Nie było żadnych lekcji, nauczycielek prawie nigdy nie było w szkole. Przychodziliśmy do szkoły, paliliśmy w piecu, sprzątaliśmy i potem biegaliśmy po krzakach. To był zmarnowany rok szkolny – ubolewa Krystyna Subotkiewicz.
W 1950 r. do szkoły w Solenikach na ratunek przysłano nauczycielskie małżeństwo Martusewiczów. Jak wspomina pani Krystyna, byli to nauczyciele z prawdziwego zdarzenia.
Po czterech latach nauki w Solenikach Pani Krystyna przeszła do szkoły na Krupniczej. To była prawdziwa kuźnia wiedzy. Do 1950 r. to była litewska szkoła, a później polska. W pierwszej promocji w 1957 r. ukończyła ją siostra Krystyny, Stefcia, a w drugiej promocji w 1958 r. – pani Krystyna.
– Kadra pedagogiczna w tej szkole była wyjątkowa, sędziwi staruszkowie, przedwojenni nauczyciele, ofiarni, oddani swojej misji pedagogicznej do końca. Jak mogli, kształtowali naszą osobowość. Byli dla nas, uczniów, wzorem do naśladowania. Poświęcali dla nas bardzo dużo czasu, nie ograniczali się do zajęć lekcyjnych, prawie nigdy nie wychodziliśmy ze szkoły po ostatniej lekcji. Byliśmy wszyscy biedni, i nauczyciele, i uczniowie. Pamiętam, że brakowało drzewa na opał, więc nosiliśmy do szkoły po kilka polan, kto tylko mógł – wspomina.

Uczniowie jak rodzone dzieci

Po ukończeniu szkoły nasza rozmówczyni nie chciała być nauczycielką. Chciała latać.
– Wyrosłam obok lotniska, lubię przestrzeń. Nawet dzisiaj, gdy słyszę, że leci samolot, serce zaczyna bić mocniej. Po maturze złożyłam dokumenty i przyjęto mnie na stewardesę. Przyszłam do mamy i powiedziałam, że będę stewardesą, będę latać. Ale mama odpowiedziała: „Nie pozwalam, to nie jest zawód dla kobiety!”. Kazała mi iść do pedagogicznego. Wahałam się do końca, ale w sierpniu pojechałam do Nowej Wilejki do pana Czeczota. Ale nabór na nauczyciela był już zakończony. Można było iść tylko na nauczyciela przedszkolaków. Zgodziłam się, ale po rozmowie ze mną pan Czeczot powiedział: „Dziewczyno, ja ciebie nie puszczam do małych. Musisz być w szkole, będziesz dobrą nauczycielką”. Powiedział żebym dwa lata popracowała, a potem bez egzaminu mnie przyjmie – tłumaczy pani Subotkiewicz.
Po maturze pani Krystyna poszła pracować do szwalni „Lelija”. Po dwóch latach pracy wstąpiła na polonistykę. – Po ukończeniu studiów rozpoczęłam pracę w szkole w Czarnym Borze. Pracowałam jako nauczycielka młodszych klas. Wszystkich uczniów traktowałam jak rodzone dzieci. Mnie było bardzo ciężko, kiedy klasa czwarta wychodziła ode mnie. Do dzisiaj jest mi miło, kiedy moi uczniowie pamiętają o mnie – zaznacza Krystyna Subotkiewicz.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 40(115) 02-08/10/2020