Wyprawa wzdłuż granicy II Rzeczypospolitej

Chciałem znaleźć inny wymiar, poprzez który mogłem pokazać Wileńszczyznę. Wpadłem na pomysł z pielgrzymką
| Fot. FB

Polscy pielgrzymi przyjeżdżają na Litwę, aby zobaczyć takich Polaków z dziada pradziada, mówiących polszczyzną mickiewiczowską, bardziej polskich niż w Polsce.

To podróż w poszukiwaniu utraconej Rzeczypospolitej. Nawet nie tej Drugiej, tylko Pierwszej – mówi Tomasz Grzywaczewski, autor książki reporterskiej „Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej” o byłej granicy II RP.

Skąd pomysł na książkę reporterską o granicy II Rzeczypospolitej?

Reklama

Pomysł zaczął się od mapy. Kiedyś wpadła mi do rąk mapa fizyczna Polski z 1939 r. wydana przez Instytut Kartograficzny Eugeniusza Romera. Po przejrzeniu mapy uderzyło mnie to, że dzisiejsza granica Polski, z wyjątkiem pewnego południowego odcinka, w ogóle nie pokrywa się z granicami II Rzeczypospolitej. Pod kątem terytorialnym II RP była tworem całkowicie innym od współczesnej Polski. To są dwa całkowicie inne państwa. Polska jest chyba jedynym krajem, który w najnowszej historii tak znacznie zmienił granice.

Gdy patrzyłem na tę mapę, dotarło do mnie, jak wiele zróżnicowanych pod kątem etnograficznym, narodowościowym, państwowym regionów przecina ta granica. Jest taką Drogą Mleczną prowadzącą przez całe bogactwo mikrokosmosów i mikrospołeczności. Pomyślałem, że warto to opisać, pokazując przez pryzmat granicy nie tylko historię, lecz także współczesną Europę Środkowo-Wschodnią. Ta granica liczyła ponad 5 tys. km, więc nie było możliwości przejechania przez każdy punkt. Tym bardziej niewykonalne byłoby zmieszczenie tego materiału w książce. Trzeba było dokonać selekcji

Jaki był klucz tej selekcji?

Starałem się pokazać granicę przekrojowo, wybierając miejsca i regiony, moim zdaniem, najbardziej reprezentatywne. Pokazujące, jaką mozaiką pod względem narodowościowym i kulturowym była II Rzeczpospolita. Na dawnej granicy zachodniej wybrałem Kaszuby, Śląsk i Wielkopolskę. Poświęciłem też fragment Zaolziu, czyli części Śląska Cieszyńskiego znajdującej się na terytorium Czech. Region mały, ale bardzo ciekawy ze względu na historię, relacje polsko-czeskie i tożsamość zaolziańską. Czasami niewielkiemu regionowi w książce poświęcam bardzo dużo miejsca, a większym obszarom mniej, bowiem ważna dla mnie była nie tyle rozpiętość geograficzna, ile głębia kulturowa tych terenów.

Odrębnym tematem na południowej granicy były Bieszczady, w książce podejmuję temat wysiedlenia ludności ukraińskiej, Łemków, Bojków z terytoriów Bieszczad oraz Beskidów. Potem szły ukraińskie Karpaty, czyli Czarnohora. Po górach powędrowałem wzdłuż trzech rzek granicznych: Czeremoszy, Dniestru i Zbruczy. Dalej były Wołyń, Polesie na terytorium Ukrainy oraz Białorusi. Stamtąd ku granicy z Łotwą i na zakończenie, siłą rzeczy, Litwa.

Jakie emocje towarzyszyły Ci podczas podróży na Litwę? Czy to, co zobaczyłeś, odzwierciedlało twoją wcześniejszą wiedzę?

Jadąc na Litwę, miałem dosyć uproszczoną jej wizję. Przede wszystkim dotyczyła ona Wileńszczyzny. Patrzyłem na nią przez pryzmat mieszkających tam Polaków. Wiedziałem trochę o różnych polsko-litewskich napięciach politycznych. O problemach wewnętrznych, jeśli chodzi o litewskich Polaków. Nie chciałem jednak, aby bieżące konflikty przykryły szerszą opowieść, dlatego zastanawiałem się, jak tę Wileńszczyznę ugryźć.

Czytaj więcej: Najbardziej tęsknimy za wycieczkami, sportem i wydarzeniami kulturalnymi

Wybrałeś dwie ciekawe perspektywy: Wisaginię oraz pielgrzymkę z Suwałk do Ostrej Bramy.

Tak, bo nie chciałem popaść w stereotyp pisania o Litwie przez pryzmat Wileńszczyzny – na zasadzie „przyjechałem i spotkałem rodaków”. To jest bardzo ważne, ale to już jest opisane oraz opracowane. Chciałem znaleźć inny wymiar, poprzez który mogłem pokazać Wileńszczyznę. Wpadłem na pomysł z pielgrzymką. To było niezwykle ciekawe. Kilkaset pielgrzymów z Polski co roku pokonuje trasę z Suwałk do Wilna. Pielgrzymi przekraczają współczesną granicę polsko-litewską oraz tę historyczną w Oranach, nad Meryczanką. Z jednej strony mogłem zobaczyć Polaków z Wileńszczyzny, z drugiej – było to spotkanie Polaków z Polski z Polakami litewskimi. I chyba ten pomysł zadziałał. Takie odkrywanie Wileńszczyzny było dla mnie czymś wartościowym. Zobaczyłem bardzo szeroki wachlarz postaw: Polaków z Polski do Polaków z Wileńszczyzny, kontaktów z Litwinami, stosunku do historii.

Nie chciałem też zamknąć się tylko na tereny wokół Wilna. Chciałem pójść dalej i głębiej. Patrząc na mapę, zorientowałem się, że niedaleko obecnej granicy litewsko-białorusko-łotewskiej, w miejscowości Wisaginia, do niedawna funkcjonowała elektrownia atomowa. Miejsce chyba nieco zapomniane. Mam wrażenie, że gdy mówi się o Polakach na Wileńszczyźnie, to mówi się generalnie o kilku rejonach pod Wilnem. Mało kto wie, że w okolicach Wisagini były polskie przyczółki. Wisaginia jest tak naprawdę tworem sztucznym, stała się takim tyglem narodów, gdy przybyli tu ludzie z całego ZSRS. Teraz to jest miasto z ogromnymi problemami społecznymi. Miasto traktowane z pewną podejrzliwością przez samych Litwinów.

Z racji bycia rosyjskojęzyczną enklawą?

Tak. Nadal starsi mieszkańcy żyją pewnym sentymentem do Związku Sowieckiego. Język rosyjski jest językiem obowiązującym na ulicy oraz sklepach. Tam powszechna jest nostalgia za lepszą przeszłością. Faktycznie, kiedyś tam żyło się lepiej. Były towary niedostępne na większości terenów ZSRS. Większość usług komunalnych była darmowa. Były wysokie zarobki. Tam żyła elita.

Jeden z moich rozmówców powiedział, że w Związku Sowieckim największym prestiżem było pracowanie w przemyśle kosmicznym, a tuż po nim – w energetyce jądrowej. To było załapanie Pana Boga za nogi.

Nagle okazało się, że miasto jest w ogóle nikomu niepotrzebne. Mieszkańcy czują się niechciani, bo elektrownia została zamknięta. Po prostu ci ludzie nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Powstała jakaś fabryka mebli, która ma dawać pracę. Ale co to za praca, skoro wcześniej rozszczepiałeś atom, a dzisiaj masz zbijać krzesła. Ten upadek jest naprawdę bolesny. Poza tym sami mieszkańcy czują się odrzuceni za sprawą odbierania ich jako rosyjska V kolumna. Spora część starszych mieszkańców nie nauczyła się języka litewskiego, czyli faktycznie nie zaakceptowali powstania wolnej Litwy.

Młodzi ludzie starają się przełamać sytuację. Bardzo ciekawym doświadczeniem było spotkanie ludzi z takiej hipisowskiej komuny pod nazwą „Toczka”. To taka enklawa artystyczna, w której młodzi ludzie próbują szukać swojej ścieżki. Odnaleźć się w nowym świecie, w którym nie ma już elektrowni atomowej, a Związek Sowiecki jest daleką przeszłością i archeologią.

Na użytek książki zwiedziłeś trzy kraje postsowieckie. Porównaj między sobą Litwę, Białoruś i Ukrainę.

Zacznijmy od środka, od Białorusi. Dawna granica II RP pokrywa się z granicą Białorusi Wschodniej i Zachodniej. Białoruś Zachodnia przed wojną należała do Polski. Te tereny są mniej zsowietyzowane, bardziej prozachodnie i otwarte na Europę. Bardziej antyłukaszenkowskie. Z jednej strony cywilizacja zachodnia oparta na wartościach europejskich, z drugiej – zamordystyczny, totalitarny reżim mentalnie głęboko zakorzeniony we wschodniej satrapii. Wydaje mi się, że Białorusini podchodzą w bardzo otwarty sposób do historii polsko-białoruskiej. Mam wrażenie, że mają dużą łatwość przyjmowania pewnych elementów wspólnej historii i przetwarzania ich na białoruskość.

Takim przykładem była dla mnie postać Sergiusza Piaseckiego, którego my generalnie odbieramy jako pisarza polskiego, a oni uważają za białoruskiego. Na zasadzie – trochę polski, trochę białoruski, taki prawdziwy człowiek pogranicza, niemający jednej jasno określonej tożsamości. Człowiek strefy cienia, którą granica zawsze wytwarza.

Białorusini łatwo absorbują różne elementy historii, próbując przekuwać je nie tyle na białoruskie, co na środkowoeuropejskie. Próbują tworzyć własną tożsamość, bo, moim zdaniem, ten naród cały czas się tworzy. Co bardzo ważne, nie ma tam mocnych resentymentów antypolskich. Oczywiście, w rozmowach pojawiają się wątki, że Polacy np. w latach 30. nieszczególnie byli otwarci na białoruski ruch narodowy. Zamykano cerkwie, utrudniano naukę w języku białoruskim, utrudniano tworzenie wszelkiego rodzaju stowarzyszeń białoruskich. Sytuacja nie była idylliczna, niemniej nie ma poczucia, że Polacy byli tutaj jakimiś złym okupantem.

Autor książki z żoną Kają oraz z panią Janiną, jedną z ostatnich Polek na Polesiu Wołyńskim, spotkaną podczas wędrówki reporterskiej po granicach II RP
| Fot. FB

Jak pod tym względem wygląda sytuacja na Ukrainie?

Tutaj podobnie, dawna granica pokrywa się z granicą między Ukrainą Zachodnią a centralną. Rzeka Zbrucz ma bardzo długą tradycję graniczną. Była granicą w czasie zaborów i w okresie II RP. Na Ukrainie sytuacja jest bardziej skomplikowana. Trudny był dla mnie rozdział o Wołyniu.

Czy pamięć o Wołyniu jest nadal żywa po stronie ukraińskiej?

Moim zdaniem na Ukrainie po prostu nie ma wiedzy na temat rzezi wołyńskiej. O tym się nie mówi i nie uczy. Bardzo często Ukraińcy nie rozumieją, dlaczego dla Polaków ten temat jest tak bolesny i ważny. Przykładem takiego miejsca są uroczyska Hurby, gdzie odbyła się jedna z największych bitew UPA z NKWD. Teraz tam znajduje się takie sanktuarium UPA. Są symboliczne groby, jest dom zakonny, odbywają się wszelkiego rodzaju uroczystości rocznicowe. Przyjeżdżają oficjele. Złośliwi mawiają, że piękna droga asfaltowa urywa się tuż za Hurbami.

To jest ważne miejsce dla budowania tożsamości ukraińskiej wokół walki UPA z Sowietami. Są tam tablice informujące o związku walk z lat 40. z dzisiejszą walką w Donbasie.

Problem polega na tym, że w 1943 r. została wycięta w pień polska wioska Hurby. A tam nie ma nawet słowa na ten temat. Rozumiem, że Ukraińcy szukają swojej tożsamości. Szukają swoich bohaterów. Chcą upamiętnić tych, którzy walczyli z sowieckim okupantem, jednocześnie wypierając wszystko to, co było złe.

Czy wypieranie faktów negatywnych nie jest cechą każdego narodu?

To jest naturalne, że staramy się wybielać swój naród. Wydaje mi się jednak, że na Ukrainie ten proces jest nieproporcjonalny. Prawie w ogóle nie mówi się, co złego robiła UPA. Tymczasem przez Polskę przetaczały się dyskusje dotyczące przypadków pogromów na Żydach dokonywanych przez Polaków. Możemy się spierać, czy tych rozmów było za mało, czy za dużo. Są różne stanowiska, czy się rozliczyliśmy, czy nie. Ale na Ukrainie ten proces jest w powijakach. Tamte wydarzenia pokazuje się w sposób jednostronny. Zwykli Ukraińcy po prostu nie mają o tym wiedzy. Nie rozumieją polskich pretensji wobec UPA, bo przecież ta formacja walczyła z Sowietami.

Kiedy nie ma się wiedzy, co wydarzyło się w 1943 r., to oczywiście można tak patrzeć. Chciałbym jednak podkreślić, że nie można doprowadzać do tego, aby historia przesłaniała współczesność, a rzeź wołyńska stała się podstawową kwestią współczesnych relacji polsko-ukraińskich. To byłoby szkodliwe dla obu naszych państw. Historia jest ważna. Trzeba o niej pamiętać i dyskutować. Można też szukać miejsc, które nas łączą. Projekty polsko-ukraińskie nie muszą obowiązkowo obracać się wokół tematu UPA.

Czytaj więcej: Pandemia nie odstraszy ludzi od wojażowania

Mówisz, że wszędzie, gdzie przebiegała granica, są pewne pęknięcia. Czy na Litwie również?

Tak, bo przeważnie po tej dawnej polskiej stronie nadal mieszkają Polacy. Na szeroko pojętej Wileńszczyźnie. To było niesamowicie widać, kiedy szedłem z pielgrzymką. Po przekroczeniu granicy szliśmy po terenach rdzennie litewskich. Generalnie nie zwracano na nas uwagi, najwyżej ktoś machnie ręką w samochodzie. Weterani pielgrzymkowi mówili, że ostatnio sytuacja zmieniła się na lepsze. Kiedyś spotykano się z przykładami otwartej niechęci lub wrogości. Zdarzały się sytuacje podcięcia linki od namiotu. Dzisiaj tego nie ma. Ludzie są życzliwsi.

Kiedy jednak pielgrzymka wchodzi na tereny zamieszkane przez Polaków, to sytuacja zmienia się diametralnie. Pielgrzymi wspominają, że w życiu nie byli tak najedzeni i napojeni jak na Wileńszczyźnie. Dosłownie w każdej wiosce uginały się przed nimi stoły. To pokazuje, jak zwarta i zaangażowana jest polska społeczność na Litwie.

Dostrzegałem też, że silne są wpływy rosyjskie na tych terenach. Rosyjski pop był wszechobecny, w knajpie czy w samochodzie. To są delikatne tematy. Pamiętam jednak przypadek przed jednym z kościołów. Wyszła dziewczyna z mikrofonem i na schodach kościoła zaczęła śpiewać. Pielgrzymi poszli w tany. Zrobił się korowód. Na początek zaśpiewała „Hej, sokoły”. Później jeszcze jedną polską piosenkę, a potem zaczęła śpiewać po rosyjsku. To wywołało konsternację wśród pielgrzymów, bo nie znali tych piosenek. To było dla mnie szokujące, że ta rosyjskość wyłazi nawet w takim miejscu.

Z drugiej strony bardzo często pielgrzymi przyjeżdżają tutaj, aby zobaczyć takich Polaków z dziada pradziada, mówiących polszczyzną mickiewiczowską, bardziej polskich niż w Polsce. To podróż w poszukiwaniu utraconej Rzeczypospolitej. Nawet nie tej Drugiej, tylko Pierwszej.

Świat jednak idzie do przodu. Trzeba jakoś skorygować relacje z Litwinami. Chciałem pokazać w książce, że Polacy tutaj są między młotem a kowadłem. Z jednej strony nie chcą być w skansenie, z drugiej – muszą walczyć o swoje prawa.


Race na cmentarzu

Cmentarz to miejsce zadumy, skupienia, a nie stadion albo plac do demonstracji. Flary wypalają się i w powietrze unosi się już tylko kwaśny dym. Wydaje się, że krótka uroczystość dobiegła już końca, gdy nagle wznoszą się jeszcze pojedyncze okrzyki: – Polskie Wilno, polski Lwów od kołyski aż po grób!

I kolejny raz tak samo, tylko że głośniej. I jeszcze ponownie chcą zagrzać ludzi do skandowania. Ale tym próbom odpowiada narastająca cisza.

– To już jest jakaś przesada. Mamy oddać cześć bohaterom poległym za niepodległą Polskę, a nie wygrażać Litwinom czy Ukraińcom. Zresztą, gdzie Rzym, a gdzie Krym, co ma Lwów do naszej pielgrzymki? – rzuca gniewnym tonem jedna z kobiet, odwraca się gwałtownie i rusza do wyjścia. Inni podążają jej śladem.

Pomysłodawcy rewindykowania Kresów Wschodnich wydają się zbici z pantałyku takim obrotem sprawy. Jeszcze kilka razy wspomną o kołysce i grobie, ale już bez większego entuzjazmu. Raczej z poczucia obowiązku niż faktycznego zapału. Dzień dobiega końca.


Fragment książki „Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej” Tomasza Grzywaczewskiego (wyd. Czarne, 2020). Tytuł od redakcji.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 5(13) 30/01-05/02/2021