Dmitrij Karankewicz: Byłem ofiarą przemocy fizycznej i psychicznej

Tekst przygotowano dzięki wsparciu Centrum Pulitzera do spraw Dziennikarstwa Kryzysowego

Dziewięć godzin ciągłych przesłuchań, osiem dni w izolatce, ciągłe groźby przemocy fizycznej, groźby wobec rodziny i presja psychiczna ze strony policji i służb specjalnych – z tym wszystkim musiał się zmierzyć Dmitrij Karankewicz za to, że wspierał protesty przeciwko reżimowi Łukaszenki.
Dziś Dmitrij i jego żona są bezpieczni na Litwie, próbują odnaleźć się w litewskim społeczeństwie i zbudować nowe życie. Mają nadzieję, że ich ojczyzna pewnego dnia znów stanie się wolna, ludzie będą mieli prawo wyboru prezydenta, prawo wyboru tego, czego słuchać, co robić, prawo do szczęścia. Oto historia Dmitrija Karankewicza.


Dmitrij Karankewicz
| Fot. Witold Janczys



Kiedy stał się Pan częścią protestu przeciwko reżimowi Aleksandra Łukaszenki?

W maju zeszłego roku dołączyłem do zespołu kandydata na prezydenta Republiki Białorusi Wiktora Babariko i zacząłem zbierać podpisy do poparcia jego kandydatury. Wpisałem się również na listę niezależnych obserwatorów wyborów i… Chyba był to właśnie ten przełomowy moment w moim życiu, bo nie mogłem i nie chciałem się zatrzymać, więc kontynuowałem swoją drogę w ruchu protestacyjnym. Stworzyłem kanał w Telegramie, w którym opowiadałem o tym, co dzieje się w naszym mieście, wzywałem ludzi do stawiania dalszego oporu reżimowi, opowiadałem o tym, że walka trwa, opowiadałem o zbrodniach sił bezpieczeństwa.

Czy Pan i inni Białorusini marzyliście, że Łukaszenka odejdzie?

My nie marzyliśmy, my mieliśmy nadzieję. Na co? Na to, że rząd się zmieni, że zmieni się prezydent, a my, Białorusini, wybierzemy sobie na prezydenta osobę, której chcemy.

Jak wyglądały wybory?

Niezależnych obserwatorów nie wpuszczano do lokali wyborczych, nie dano im możliwości obserwacji nawet z zewnątrz tego, jak wyglądało głosowanie. Maksymalnie, co udało mi się zrobić, to zaledwie przez trzy godziny obserwować, jak odbywały się wybory i mogę powiedzieć, że władze zorganizowały je tak, że o żadnej tajemnicy głosowania nie mogło być nawet mowy.

Kiedy po Pana przyszła policja?

10 listopada funkcjonariusze policji drogowej zapukali do bramy mojego domu i oświadczyli, że otrzymali skargę na to, że samochody osobowe, zaparkowane przy ogrodzeniu działki, stwarzają zagrożenie dla ruchu drogowego. Gdy tylko dałem się zwabić do drzwi, znienacka zostałem zaatakowany przez dwóch mężczyzn w cywilnym ubraniu: rzucili się na mnie, skuli mnie kajdanami. Zaraz po aresztowaniu zabrali mnie do domu i rozpoczęli przeszukanie. W pewnym momencie, w obecności mojej ciężarnej żony, zaczęli mnie terroryzować, grozić, że zabiorą mnie na „rozmowę” do lasu. Gdy słowa o rozmowie w lesie padają z ust funkcjonariusza milicji, u nas na Białorusi to znaczy, że mogą ciebie zabrać tam, gdzie chcą, zrobić to, co chcą i że szanse na przeżycie zmniejszają się do zera.

Jak na to wszystko zareagowała Pana żona?

Była przestraszona i zszokowana.

Czytaj więcej: Na Białorusi kolejne aresztowania członków ZPB. Dziennikarz Andrej Frołow aresztowany

Co się stało po aresztowaniu i przeszukaniu?

Wsadzili mnie do samochodu i zabrali na komisariat policji w Soligorsku. Na komisariacie przesłuchiwano mnie bez przerwy przez osiem lub dziewięć godzin. Nie dano mi możliwości ani odpoczynku, ani napicia się wody, ani skorzystania z ubikacji, pytania były nieustannie zastępowane groźbami i tak to się działo godzina po godzinie. Podczas przesłuchania chcieli zmusić mnie do opowiedzenia wszystkiego, co wiem i żebym zaczął z nimi aktywnie współpracować i zdradzać ludzi. Znowu padały groźby pod adresem żony i córki. Przesłuchanie zakończyło się tym, że zostałem wrzucony do izolatki o wymiarach metr dwadzieścia na metr pięćdziesiąt na dwie godziny. Betonowa cela, betonowa ławeczka, na której z powodu zimna nie dało się usiąść.

| Fot. EPA-ELTA

Czytaj więcej: Życie codzienne na Białorusi: wstrząsająca relacja ofiary

Co było dalej?

Zostałem przeniesiony do kolej celi, w której było strasznie zimno. Pozostawiono w niej otwarte okno, którego z celi nie można było zamknąć ze względu na kratę. Co prawda być może właśnie to, że było otwarte, sprawiło, że przetrwałem tamtą noc: celę zdezynfekowano jakimś środkiem chemicznym, zawierającym chlor. Chlor gryzł oczy i płuca, z trudem dało się oddychać. Przesiedziałem na metalowej pryczy pod oknem przez prawie całą noc. O 6.00 rano, na terenie więzienia, zagrzmiał hymn Białorusi, a potem przez cały dzień radio nadawało patriotyczne piosenki.

Drugiego dnia ponownie zabrano mnie na przesłuchanie, które trwało dwie godziny. Podczas przesłuchania ponownie próbowano mnie zmusić do współpracy. Postanowiłem wówczas spróbować podstępu – udać, że się zgadzam zostać konfidentem, jeżeli mnie uwolnią. Na moje szczęście sztuczka się udała, przekonałem służby specjalne, że będę kapował. Zmusili mnie jednak do nagrania wideo, w którym oświadczyłem, że prowadzę kanał w Telegramie i musiałem zwrócić się do ludzi z apelem, aby nie angażowali się w takie działania. Jestem jednak pewien, że większość Białorusinów rozumie, że zrobiłem to pod przymusem z powodu pewnych okoliczności.

Po przesłuchaniu znowu mnie przeniesiono do innej celi, w której znowu byłem sam. Natychmiast do celi wrzucono rzeczy, które aż się roiły od pasożytów, wszędzie były wszy. Gdy zwróciłem się do klawisza z pytaniem, po co wrzucili mi do celi zawszone rzeczy, usłyszałem „tak trzeba, niech tam leżą”. Wrzuciłem więc wszystkie te szmaty do zlewu i stopniowo wypłukałem pasożyty. Przez dwanaście dni, od 6 rano do 22.00, nie wolno mi było siedzieć lub leżeć na łóżku. Miałem prawo albo do siedzenia na krześle lub do spacerowania po celi.

Czytaj więcej: Ilona Rudenia: „Wyrwałam się z białoruskiego piekła”

Na jak długo Pana uwięziono?

W izolatce spędziłem łącznie osiem dni, co prawda nie z rzędu, ponieważ od czasu do czasu pojawiali się w celi inni więźniowie. Ogółem w więzieniu przetrzymywano mnie przez osiemnaście dni.

 Jaka kara czekała tych, którzy nie przestrzegali zakazu leżenia na pryczy w dzień?

Ludzi w lekkich ubraniach wypędzano na kilka godzin na spacer na podwórko więzienne, a ponieważ, przypominam, rzecz działa się w listopadzie, temperatura była zerowa. Po takim spacerze delikwent zazwyczaj nabawiał się poważnych kłopotów zdrowotnych.

Jak rodzina zareagowała na Pana powrót?

Cieszyli się, ponieważ stracili nadzieję, że uda mi się wyjść z więzienia.

Dlaczego zdecydował Pan opuścić Białoruś?

Gdy opuściłem więzienie, byłem wolny – to prawda, ale tylko chwilowo. Prędzej czy później znowu by po mnie przyszli, nie chciałem też pracować na reżim, kapować dla bezpieki, więc logiczne, że musiałem uciekać. Kolejnym argumentem, który przekonał mnie, że trzeba wyjechać, było to, że władze zaczęły szykanować żonę i córkę. Grożono żonie, że pozbawią ją praw rodzicielskich, a jak tylko urodzi, to zabiorą jej dziecko i oddadzą do sierocińca. Wspólnie z żoną podjęliśmy decyzję, że będziemy uciekać. Tak trafiliśmy na Litwę.

Co Pan czuje, gdy myśli o Białorusi, swojej Ojczyźnie?

Poczucie żalu, zagrożenia, niepokój o te bliskie osoby, które z powodu pewnych okoliczności zostały zmuszone, aby pozostać. Czy chciałbym wrócić? Tak, ale dopóty, dopóki Łukaszenka pozostaje u władzy, powrót do domu na Białoruś, skończyłby się w moim przypadku na natychmiastowym areszcie po przekroczeniu granicy. Potem wyrok i więzienie.

Co chciałby Pan powiedzieć Łukaszence?

Twój czas minął, musisz odejść.