Czarnobyl: przemilczana katastrofa, której skutki trwają dekady

26 kwietnia 1986 r. doszło do awarii w Czarnobylu, katastrofy, której skutki nie skończyły się wraz z ugaszeniem reaktora. Niestety, nawet po kilku dekadach od tego dnia lekarze odnotowują wzrost zachorowań na nowotwory.

Czytaj również...

Globalny wstrząs i łańcuch nieformalnej informacji

— To nie była lokalna tragedia. To był globalny wstrząs. Do atmosfery uwolniono ogromne ilości substancji radioaktywnych, które zaczęły przemieszczać się nad Europą. W tamtym czasie pracowałem w Szwajcarii. Podczas gdy Zachód szybko zaczął dostrzegać niepokojące sygnały, władze Związku Sowieckiego milczały. Informacja była kontrolowana, a prawda ukrywana. Społeczeństwo przez długi czas pozostawało w nieświadomości — wspomina w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” prof. Julius Kalibatas, lekarz rodzinny, prezes Litewskiego Stowarzyszenia Lekarzy Rodzinnych.

Jak mówi, wkrótce po katastrofie w środowisku medycznym „coś zaczęło się zmieniać” w niepokojącym tempie. Lekarze, mimo barier politycznych, przekazywali sobie informacje. Z Ukrainy docierały sygnały, że wydarzyło się coś bardzo strasznego.

— Pamiętam to wyraźnie. Lekarze z przychodni w Antokolu dzwonili do rodziców, prosząc, by ostrzegali innych. To był łańcuch nieformalnej informacji. „Nie wypuszczajcie dzieci na zewnątrz” — powtarzano. „Niech zostaną w domach”. Pojawiały się też zalecenia przyjmowania jodu, by chronić tarczycę przed radioaktywnym izotopem. To były działania podejmowane oddolnie bez oficjalnych komunikatów, bez wsparcia systemu — opowiada prof. Kalibatas.

Zachód reaguje, tymczasem Wschód milczy

Tymczasem na Zachodzie reakcja była natychmiastowa. W Szwajcarii szybko wykryto podwyższony poziom promieniowania. Władze nie zwlekały, ostrzeżono obywateli, wydano konkretne zalecenia, w tym zakaz połowu ryb w jeziorach. Tam informacja była narzędziem ochrony. W Związku Sowieckim — przez długi czas jej nie było.

Ludzie żyli tak, jakby nic się nie wydarzyło. Prof. Kalibatas przypomina, że akurat była wiosna, świeciło słońce, rodziny wychodziły na spacery, dzieci bawiły się na dworze. Nikt nie widział zagrożenia, które już było nad nimi. Radioaktywna chmura przesuwała się przez Białoruś, Litwę, dalej nad Europę Zachodnią.

Bolesne konsekwencje

— Dopiero późniejsze badania ujawniły pełnię konsekwencji. Radioaktywne cząstki okazały się jedną z głównych przyczyn ostrej choroby popromiennej. Po dostaniu się do organizmu człowieka, nie można było ich usunąć. Zostają one i zaczynają niszczyć od środka. Osoby znajdujące się najbliżej epicentrum katastrofy zapłaciły najwyższą cenę. Wielu z nich zachorowało na ostrą chorobę popromienną, wielu nie przeżyło. Ci, którzy otrzymali mniejsze dawki, nie byli bezpieczni. Ich dramat rozciągnął się w czasie. Przewlekłe choroby, powikłania, stopniowe wyniszczanie organizmu to była cicha konsekwencja katastrofy, która nie skończyła się wraz z ugaszeniem pożaru reaktora — mówi profesor.

Radioaktywne cząstki, raz uwolnione, nie znikają. Mogą pozostawać w środowisku i w ludzkim organizmie przez lata, a nawet dekady. Gromadzą się w tkankach, w tym w szpiku kostnym, i powoli, systematycznie niszczą zdrowie. Specjaliści już wtedy ostrzegali: skutki będą odłożone w czasie. Nowotwory mogą pojawić się po latach — nawet po 20 czy 30 latach od ekspozycji.

— Promieniowanie jonizujące oraz skażenie środowiska powietrza, wody i żywności należą do najbardziej niebezpiecznych czynników, które w sposób bezpośredni i długofalowy zwiększają ryzyko rozwoju chorób nowotworowych. Ich działanie jest szczególnie podstępne, ponieważ często nie daje natychmiastowych objawów, a skutki ujawniają się dopiero po latach, a nawet dekadach — podkreśla prof. Kalibatas.

Afisze

Więcej od autora