Duża część ruchu na internetowym wysypisku odbywa się pod kontrolą sieci społecznościowych. Nie należy ich nazywać „mediami”, gdyż same żadnych treści nie tworzą, a jedynie wykorzystują te tworzone przez innych. Sieci kierują ruchem przy użyciu algorytmów. Celem tych algorytmów nie jest dostarczanie użytkownikom sieci tego, czego szukają czy potrzebują – tylko tego, co ich najdłużej przykuje do ekranów. Są zatem algorytmy uzależniające i algorytmy dawkujące hormony, są algorytmy wzbudzające głód (i kierujące jego zaspokojenie np. na robienie zakupów) i powodujące agresję. Im silniejsze emocje (najlepiej negatywne, bo „trzymają” dłużej) targają użytkownikiem, tym algorytm sieci społecznościowej jest bardziej zadowolony, bo generuje większy zysk dla właścicieli. A że użytkownik się „spala”? To nie problem; to nawet lepiej, bo im bardziej będzie rozedrgany, tym bardziej podatny na działanie algorytmów.
Wejście AI nie tylko tego problemu nie rozwiązuje, ale pogłębia. Obecne AI nie jest żadną „inteligencją”, tylko programem składającym teksty na podstawie innych tekstów. To znaczy, że udziela odpowiedzi na podstawie tego, czego go „nauczyć” postanowili właściciele. Ma też cechę przytakiwania – co do zasady zgadza się ze swoim ludzkim rozmówcą, utrzymując go w przekonaniu, że ma rację i jest taki mądry, skoro „inteligencja” przyznaje mu rację.
Technologie komputerowe są wspaniałymi narzędziami, które mogą czynić świat lepszym i ratować ludzkie życie. Ale to zależy od sposobu ich użycia. Głupio używane mądre narzędzia nie zaprowadzą nas do skarbów – a tylko do płaczu i zgrzytania zębów.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 43 (125) 31/10-06/11/2026

