Prezydent Komorowski w Puńsku

Puńsk, przygraniczne miasteczko na ziemi suwalskiej, takie senne, z dala od ruchliwych szlaków, ale wielokulturowe. Tu krzyżuje się kultura Litwy, Polski, Białorusi. W miejscowym kościele nabożeństwa odprawiane są w różnych językach. Dzieci i młodzież też się uczą w swoich językach, tych, które im towarzyszą z dziada pradziada. Pytam o sąsiedztwo, jak się żyje Polakom i Litwinom.

— Dobrze, nawet bardzo dobrze — odpowiadają miejscowi. — My tu, panie, nie mamy żadnych zatargów, przeciwnie, rozumiemy się i szanujemy. Nikomu nie przeszkadzają dwujęzyczne nazwy usług, sklepów, ulic czy miejscowości. My nawet możemy tanio rozmawiać przez telefony komórkowe, bo tu jest zasięg litewskich operatorów.
No proszę, jak się chce…

Niedaleko od Puńska swój maleńki skrawek ojczyzny znalazł prezydent Bronisław Komorowski. To właśnie stąd ma blisko do rodowych zakątków w obecnej Litwie.

Miejscowi dobrze znają polskiego prezydenta. Często zaglądał do sklepików, tu się zaopatrywał — jak mówią — od zawsze. Z wieloma jest po imieniu. Ot, taka to już tradycja, czuć się swojakiem. Tak też czują się ludzie tu mieszkający. Nie czują się podzieleni na polską i litewską mniejszość.

— Jako współmieszkaniec, chociaż od czasu do czasu, mam i ja jakieś zobowiązania wobec tych ludzi, wobec wspólnej historii, szacunku dla człowieka — miał powiedzieć prezydent Komorowski w jednym z wywiadów dla lokalnych mediów. Widać tę sympatię, bo w piątek, jako prezydent w Puńsku złożył kwiaty przed pomnikiem partyzantów litewskich, oddając im cześć za walkę o niepodległą Litwę. Zginęli oni z rąk oprawców NKWD w latach terroru 1944-1945, kiedy tworzono podział nowej Europy. Bronisław Komorowski nieraz stawał w tym miejscu, w piątek zatrzymał się tu jakby dłużej, w zadumie. Mam wrażenie, że myślał o tej przelanej krwi w obronie państwa litewskiego, własnej tożsamości. Zapewne pytał Pana Boga, dlaczego nadal dzielona jest krew żołnierzy na tę lepszego i gorszego Boga? Komu dziś zależy na skłóceniu obu narodów? Miałem takie odczucia.

Kilkanaście minut później w pobliskim kościele parafialnym została odprawiona liturgia Mszy świętej, w języku litewskim. Ani przyjezdni, ani miejscowi nie oglądali się na siebie, nie podglądali, w którym miejscu i czasie należy uklęknąć, schylić głowę, kiedy przekazać sobie znak pokoju. W jednej wierze, w jednej liturgii wszystko jest jasne.

— Bardzo liczę na to, że pan prezydent pomoże nam wywalczyć zwiększenie subwencji na oświatę litewską, mamy taką potrzebę. Pan prezydent często przyjeżdża do nas, ale dziś to wizyta szczególna, oficjalna, odświętna, widzi pan, jak dzieciaki witają prezydenta, w strojach ludowych, regionalnych, litewskich, ale mają polskie i litewskie chorągiewki — mówi wójt Puńska Vytautas Liškauskas.

Przed puńskim kościołem spotykam i starszych mieszkańców, kobiety wyciągnęły gdzieś ze swoich kuferków odświętne chusty, zapaski. Wystrojone jak nigdy.

— A co pan się nam dziwi, to co innego zobaczyć prezydenta na żywo niż w telewizji. Jaki on ciepły, dobry, sympatyczny. Nasze chłopy też wolą na żywo oglądać mecze piłki nożnej, zawsze na żywo lepiej to wygląda.

— A jak się wam tu żyje? — zagaduję.

— Panie, jak się chce, to można z każdym się dogadać. Nas, Polaków litewskiego pochodzenia, mieszka tu prawie osiemdziesiąt procent. Czujemy tu Litwę i czujemy tu Polskę. Na szczęście nie zawsze docierają do nas te spory, czy to z Wilna, czy z Warszawy, my mamy swoją stolicę i swoją ojczyznę tu, w Puńsku — mówi pani Danutė.

Za chwilę rozpocznie się spotkanie z młodzieżą z polskim i litewskim językiem nauczania, nieco później z działaczami organizacji społecznych. Do programu dopisano także spotkanie w Krasnogrudzie, miejscu tak bliskim wielkiemu poecie Czesławowi Miłoszowi. Mam wrażenie, że już jesteśmy dawno „po czasie”, ale pan prezydent zdaje się nie patrzeć na zegarek. Ważni są ludzie, ważne są ich problemy, te w wymiarze lokalnym i międzynarodowym, dla lepszego poznania się, dla lepszego jutra, szczerego, pełnego wzajemnego zrozumienia i szacunku.