Joasia. Zawsze obecna (3)

Joasia (pierwsza od prawej) miała trzy siostrzyczki: Marysię, Elżunię i Jadwinię oraz braciszka Andrzejka, który zmarł, mając niecałe dwa latka Fot. archiwum

Gdy zacny ksiądz Ellert dowiedział się, czym była okazana pomoc, ucieszył się ogromnie i nadal pomagał w ten sposób. Dzięki temu przetrwałam z dziećmi trudny okres poprzedzający nasz wyjazd do Polski.

Sprawdziły się więc słowa modlitwy świętego Bernarda, w której powiedziano:

„Pomnij, o najdobrotliwsza Panno Maryjo, iż nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek uciekający się do Ciebie miał być przez Ciebie opuszczony”.

W tak cudowny sposób Pani Ostrobramska, nasza Matka Miłosierdzia spieszyła nam z pomocą i nie pozwoliła zginąć z nędzy i głodu. Nie mogę o tym myśleć bez głębokiego wzruszenia.

Dziewczynki, aby uprosić łaskę powrotu tatusia, złożyły przyrzeczenie, że będą sypały kwiatki podczas procesji. Wydawało się, że ta forma prośby na pewno wzruszy Boże Serce.

Odtąd przez pięć lat nieprzerwanie, aż do wyjazdu naszego do Polski, latem i zimą sypały kwiatki w kościele podominikańskim Świętego Ducha w Wilnie. Marysia jako najstarsza prowadziła młodsze siostrzyczki.

Mimo znacznej odległości od kościoła, mieszkałyśmy bowiem na przedmieściu Wilna, przy ulicy Bobrujskiej 18, nie opuściły żadnej procesji. Ani deszcz ulewny, ani wielki mróz nie były przeszkodą.

W ciągu lata musiały nazbierać i nasuszyć tyle kwiatów, aby wystarczyło na zimę. Praca więc, jak na dzieci, była niemała, wymagała zarówno wysiłku, jak i wytrwałości. Joasia miała wówczas sześć lat, a młodsze jej siostrzyczki były zupełnie małe, czyniły to jednak chętnie i z poświęceniem.

Pewnego dnia, gdy wracałyśmy z kościoła w ulewny deszcz, Joasia zwróciła się do mnie:

—    Mamusiu, przecież Pan Jezus widzi, że my w taką ulewę poszłyśmy do kościoła, więc na pewno sprawi, że nasz tatuś wróci. Proszę się już nie martwić, mamusiu, wszystko będzie dobrze.

Innym razem znów powiedziała:

— Chociaż dziś taki mróz, ale czy możemy nie pójść na procesję? Smutno byłoby Panu Jezusowi, gdyby wyszedł w procesji, a nas by nie było. Chodźmy więc prędziutko. Pobiegniemy szybko i nie będzie nam zimno.
Takimi słowami zachęcała siostrzyczki, które z zapałem szykowały się do wyjścia.

Tę niezwykłą gorliwość dzieci w służbie Bożej Pan Jezus hojnie wynagrodził. Tatuś wrócił jako jeden z nielicznych, którzy pozostali przy życiu. Po ośmiu latach ciężkiej pracy w kopalni Bóg go zachował, choć nieraz życie jego wisiało na włosku wskutek głodu i bardzo ciężkich warunków obozowych, jakie tam znosił.

Ogromną wdzięczność za tę łaskę zachowały dzieci w swych sercach na całe życie.

Nadszarpnięte zdrowie ojca ulegało stopniowo poprawie, tak że po pewnym czasie mógł podjąć pracę zabezpieczającą byt wielodzietnej rodzinie.

Kiedy po latach oszczędnego gospodarowania pieniędzmi i wielu wyrzeczeń zdobyliśmy się na pianino, pierwszą pieśnią, jaką wyśpiewaliśmy całą gromadką przy akompaniamencie ojca rodziny, był hymn — „Ciebie Boga wysławiamy” — na podziękowanie za otrzymane łaski, a następnie „Uwielbiaj duszo moja Pana” — na cześć naszej Pani Ostrobramskiej, za cudowną opiekę nad nami.

W tej właśnie atmosferze rozwijała się osobowość Joasi, kształtował się jej charakter.

Joasia od zarania życia była przemiłą dziewczynką. Zawsze subtelna i wrażliwa na wszystko, co się wokół niej działo. Jakaś anielskość ujmująca od pierwszego wejrzenia jaśniała na jej twarzy. Gdy któreś z dzieci nabroiło i miało być ukarane, Joasia przyjmowała winę na siebie i natychmiast przybiegała, by mnie przeprosić.

Kiedy miała osiem lat, przygotowałam ją do Pierwszej Komunii Świętej. Ogólna sytuacja w owym czasie nie pozwalała na inne przygotowanie. Rodzice sami musieli się troszczyć o to, a gdy dzieci były odpowiednio przygotowane, przystępowały do Sakramentu Ołtarza indywidualnie.

Ks. prał. Jan Ellert sprawdził stan przygotowania Joasi i zdecydował, że w najbliższą niedzielę może przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej. Tym wielkim dniem był dla Joasi dzień 13 czerwca 1953 roku.

W kościele Świętego Ducha znajduje się obecnie cudowny obraz świętego Antoniego, przeniesiony w swoim czasie z pobernardyńskiego kościoła, który w roku 1948 został zamknięty.

Właśnie wypadała wielka uroczystość odpustowa, podczas której dziewczynki sypały kwiatki, a Joasia po raz pierwszy przyjęła do swego serca Pana Jezusa w Komunii świętej.

Ogromne wzruszenie malowało się na twarzyczce dziewczynki, gdy sama jedna ze świecą w ręku klęczała na stopniach przed ołtarzem.

Kiedy po Komunii świętej i krótkiej modlitwie przyszła do mnie po koszyczek z kwiatami, bo zbliżała się chwila procesji, szepnęła mi, iż cieszy się bardzo z tego, że dziś jest procesja i że sypaniem kwiatków może podziękować Panu Jezusowi za otrzymaną łaskę, rzucając róże pod Boskie stopy. Krzew różany w naszym ogródku przekwitał i rano tego dnia dzieci znalazły takie mnóstwo płatków na ziemi, że każda mogła nimi napełnić swój koszyczek.

Cdn.
Pocz. w nr. 87

„Wspomnienia o Joasi Krypajtis”
Wydawnictwo Sióstr Loretanek