Joasia. Zawsze obecna (5)

Postawą swoją budziła zachwyt wśród lekarzy i chorych z otoczenia Fot. archiwum

Można sobie wyobrazić, co przeżywała szesnastoletnia Joasia, rwąca się do życia, w tych dniach ciężkiej próby. Oczywiście, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ciężko jej było pogodzić się z tym stanem rzeczy i trzeba było naprawdę wielkiego wysiłku i hartu ducha, aby się nie załamać.

Staraliśmy się wszyscy przynosić jej ulgę w tym przeogromnym cierpieniu. Wydawało się czasami, że jest ono ponad siły ludzkie. Cierpieliśmy razem z nią, patrząc bezradnie i nie mogąc naprawdę, mimo wielkich wysiłków, w niczym jej pomóc.

Pielęgnowaliśmy ją sami w szpitalu. Osobiście spędzałam przy niej nieraz cały dzień, w zależności od stanu jej zdrowia. Mąż przychodził po pracy, przychodziły także na zmianę trzy siostry Joasi (dwie młodsze — uczennice, starsza — studentka medycyny).

Podnosiliśmy ją na duchu przez budujące rozmowy, czytaliśmy piękne, odpowiednio dobrane książki, między innymi Dzieje duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

Najczęstszą jednak i najulubieńszą jej lekturą była Ewangelia święta. Zachwycała się też Listami Nikodema.

Zachęcaliśmy ją, aby swoje cierpienia łączyła z cierpieniami Chrystusa Pana, który tak bardzo cierpiał za grzechy ludzkie. Serce Joasi otwierało się na wszystko, cośmy jej mówili i czytali. Chłonęła każde słowo. Była zawsze pogodna i uśmiechnięta, a na pytania lekarzy, podczas obchodu:

— Joasiu, jak się czujesz? Odpowiadała z reguły:

— Dobrze, pani doktór.

Płakać mi się chciało, gdy na nią patrzyłam, ale czyż mogłam sobie pozwolić na takie nieopanowanie? Z podziwu godną cierpliwością znosiła wszystko, a cierpienia swoje postanowiła ofiarować za innych, zwłaszcza za grzeszników.

Postawą swoją budziła zachwyt wśród lekarzy i chorych z otoczenia. Nieraz, przychodząc do niej, spotykałam chore wychodzące z jej pokoju bardzo wzruszone, zapłakane.

— Co się stało? — pytałam zaniepokojona. Odpowiadały, zbudowane postawą Joasi, że czują się zawstydzone własnymi cierpieniami, tak małymi w porównaniu z jej cierpieniami. Nazywały ją „bohaterką”. Joasia była ulubienicą wszystkich w szpitalu. Interesowała się każdą nowo przybyłą chorą, przejmowała się każdym nowym przypadkiem ciężkiej choroby.

Pewnego dnia przywieziono dziewczynkę w jej wieku również z zapaleniem rdzenia. Prócz paraliżu miała okropne, cuchnące rany odleżynowe, a najsmutniejsze było to, że nie chciała słyszeć o Bogu.

Raz ksiądz, idąc do Joasi, pomylił drzwi i zajrzał do jej pokoju; odwróciła wówczas głowę do ściany. Chore opowiedziały to Joasi.

Kiedy przyszłam do niej tego dnia, z przerażeniem opowiedziała mi o tym. Postanowiła odtąd wszystkie swoje cierpienia ofiarować za Alę, bo tak się nazywała owa dziewczynka. Zdarzyła się sposobność, że mogły porozmawiać ze sobą, gdy przebywały w ogródku na świeżym powietrzu.

Ala z podziwem patrzyła na Joasię i z wielkim zainteresowaniem słuchała tego, co ona mówiła. Przyznała mi się potem, że podczas tej rozmowy nie odniosła wrażenia, że Joasia jest aż tak ciężko chora. Nie mogła zrozumieć, skąd tyle pogody na jej twarzy. Od czasu do czasu przysyłała Joasi kwiaty, dzieląc się tym, co dostawała od bliskich. Prosiła, aby przekazać je Joasi ze słowami podziwu od niej. Gdy zbliżał się kres życia Ali, z powodu zakażenia odleżynowego, stała się rzecz niezwykła. W przeddzień śmierci poprosiła księdza i pojednana z Bogiem, po spowiedzi i Komunii świętej — zakończyła życie.

Joasia ze łzami w oczach dziękowała Panu Jezusowi za tę wielką łaskę. Za cenę jej cierpień, modlitw i troski serdecznej udało się pozyskać duszę Ali dla Chrystusa. Przekonani jesteśmy, że to zasługa Joasi.

Działo się to podczas Soboru Watykańskiego II. Zbieraliśmy wówczas w jego intencji „soborowe czyny dobroci”. Pewnego dnia Joasia powiedziała mi, że pragnie, abym napisała kartkę z jej „czynem dobroci” i zaniosła do skrzynki w kościele. Oto treść, jaką mi podyktowała:

„Mam lat 18, od trzech lat leżę w szpitalu, jestem sparaliżowana. Mam bezwładne nogi i częściowo ręce. Oddycham sztucznym płucem, bo przeponę mam również porażoną, ale nie narzekam i staram się być pogodna. W miarę możności pocieszam i podnoszę na duchu inne chore z otoczenia, nieraz zrozpaczone i przygnębione. Dzięki temu pewna młoda, w moim wieku, dziewczyna, pozostająca z dala od Boga, zmarła pojednana z Nim. Składam to Panu Jezusowi w darze, jako dobry uczynek za Sobór i zjednoczenie Kościołów”.

Jak się później dowiedziałam od księdza prefekta Stefana Księżopolskiego, kartkę tę przetłumaczono na język łaciński i przesłano razem ze sprawozdaniem z „Wieczerzy Soborowej” do Ojca Świętego, Pawła VI. Ks. prefekt potwierdził wiarogodność tego wydarzenia, bo odwiedzając Joasię w szpitalu, widział tę nieszczęśliwą młodą osobę i znał sprawę. Sam również byt bardzo przejęty stanem duszy Ali i Bogu ją polecał w swoich modlitwach kapłańskich. Zdarzyło się, że odwiedził Joasię pewien ksiądz misjonarz, prosząc o modlitwy i ofiarowanie cierpień za misje, które prowadził z innymi kapłanami na Ziemiach Odzyskanych. Joasia przychyliła się do prośby ks. misjonarza i rzeczywiście, po kilka godzin dziennie modliła się w tej intencji. Gdy ksiądz misjonarz, o. Czesław Białek, wrócił po zakończeniu Misji świętych, przychodził do Joasi i opowiadał, jak owocna była jego praca i jak niezwykłe i liczne były nawrócenia.

 

Cdn.
Pocz. w nr. 87

„Wspomnienia o Joasi Krypajtis”
Wydawnictwo Sióstr Loretanek