„Żółw ne za Šimašius”

197
Mer Wilna Remigijus Šimašius Fot. ELTA
Mer Wilna Remigijus Šimašius Fot. ELTA

Z wielkim rozczarowaniem przyjąłem głosowanie samorządowców wileńskich w sprawie akredytacji dla szkoły im. Lelewela.

Największym zaskoczeniem dla mnie, i to nieprzyjemnym, było to, że wobec rozkładu sił po równo ostateczny głos należał do mera Remigijusa Šimašiusa. I mer decyzję podjął. Niekorzystną dla polskiej szkoły.
Zrobił to ten sam człowiek, który w kampanii wyborczej jednoznacznie opowiadał się za wielokulturowością litewskiej stolicy. Prawem do pełnej, oryginalnej pisowni polskich nazwisk oraz nazw miejscowości czy ulic. Wykorzystywał w niej mój pomysł z akcją „żółw”. Akcja polegała na propagowaniu wizerunku „żółwia”, zwierzęcia, którego nazwa po polsku składa się z samych „zakazanych” na Litwie liter. Przyjąłem to poparcie akcji i nawet wykorzystanie jej w kampanii wyborczej z zadowoleniem. Z jeszcze większym zadowoleniem przyjąłem jego zwycięstwo w wyborach. Dlatego, że był pierwszym politykiem litewskim, który tak jednoznacznie przychylnie opowiadał się za prawami mniejszości narodowych na Litwie i wybory wygrał. Uznałem to za pierwszy przebłysk poprawy klimatu politycznego wobec tych mniejszości.

Wielokulturowość to nie tylko pisownia nazwisk czy napisy z nazwami ulic. To także, a może nawet przede wszystkim, prawa do szkolnictwa w językach ojczystych. Ograniczanie systemu tego szkolnictwa nie ma nic wspólnego z wielokulturowością. Jest jej zaprzeczeniem. A za takie działanie uznać należy odmowę akredytacji jako gimnazjum dla szkoły im Lelewela. Czyli było gimnazjum, a go nie będzie.
Co więcej, trudno oprzeć się wrażeniu stosowania podwójnych standardów. Niektóre szkoły litewskie w Wilnie znalazły się w podobnej sytuacji jak szkoła im. Lelewela. W ich sprawie samorząd podjął decyzję pozytywną. Czasem nawet jednogłośnie. Tylko w sprawie szkoły polskiej powstał podział głosów. I to Šimašius tego pata rozstrzygnął na niekorzyść polskiej szkoły. Choć mógł przychylić się do prośby Ministerstwa Oświaty i Nauki, aby decyzji na razie nie podejmować. Wiadomo, że w ministerstwie bada się, czy nie byłoby możliwe tymczasowe udzielenie licencji dla szkół, które nie uzyskały akredytacji, na okres trzech lat. Czy tak się stanie, czy nie, to zobaczymy. Czy jednak konieczne było to niekorzystne rozstrzygnięcie? Moim zdaniem — nie.
Mer nic by tracił wstrzymując się od głosu. Byłby konsekwentny, jeśli chodziło o deklaracje przedwyborcze, gdyby był za akredytacją. Zdecydował się jednak być przeciw. Trudno się zatem oprzeć wrażeniu, że to, co było przed wyborami, było tylko zwykłą propagandą celem pozyskania głosów wyborców polskich i innych mniejszości narodowych zamieszkujących Wilno. Stwierdzam to z przykrością. Tuż przed wyborami obecny mer Wilna rozdawał i nosił plakietkę z napisem: „Jestem za żółw”. Dzisiaj w takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak stwierdzić: „Żółw ne za Šimašius!”

Tomasz Samsel

PS. Uznałem, że byłoby nieelegancko opublikować ten tekst, zanim dam panu merowi szansę się do niego odnieść. Zatem wysyłałem go najpierw jemu oczekując na rychłą odpowiedź. Odpowiedź nadeszła prawie natychmiast. Oto ona: „Dziękuję, że przysłał pan. Tylko chcę sprostować, głosowałem nie po wszystkich, tylko jednocześnie z wszystkimi (radnymi). A jeśli chodzi o „żółwia” i wileńskich Polaków — mam nadzieję, że uda się przekonać pana (czyli mnie — dopisek mój) do zmiany zdania. Powodzenia.
PS. A propos i w Polskim Klubie Dyskusyjnym przed wyborami mówiłem o swoim stanowisku.
Jak na razie nie czuję się przekonany.