Porażki demokracji

Jak uczy historia XX wieku, totalitaryzmy w końcu przegrywają z demokracją. Na dłuższą metę nie mają szans. Gorzej sprawa wygląda właśnie w tym krótszym okresie czasu. Wtedy widać skuteczność dyktatur w konfrontacji z systemami demokratycznymi. Skuteczność ta niestety pociąga czasem za sobą miliony ofiar. Im życia już się nie zwróci, choćby nawet nie jeden dzień, ale cały rok był czasem pamięci ofiar nazizmu czy stalinizmu. Przecież i w obecnych czasach możemy na własne oczy przekonywać się, jak demokracja bywa bezradna wobec tych, którzy jej zasady mają za nic.

Przykład pierwszy — Breivik. Norweski psychopata dokonał swego mordu korzystając w pełni z praw demokratycznego państwa, jakim jest Norwegia. Dzięki wykorzystaniu tych praw podłożył bombę. Nabył odpowiednie środki do jej produkcji. W internecie dowiedział się, jak ją skonstruować. Kupił też broń i odpowiednią ilość amunicji. Co więcej, nie robił w swoich wypowiedziach w internecie żadnej specjalnej tajemnicy z tego, jakie ma poglądy na zasady panujące w jego kraju. Co sądzi o w nim rządzących oraz imigrantach. Wszystko to w imię „wolności słowa i przekonań” nie wzbudzało niczyjego niepokoju. W każdym razie nie tych, którym ludzie swoje bezpieczeństwo powierzają. To wszystko jest możliwe w demokracji i w pełni z tego ten morderca skorzystał. W kraju totalitarnym byłoby to jeśli nie niemożliwe to w każdym razie bardzo trudne. Sądzę, że maksymalnie po tygodniu takich internetowych wypowiedzi pod adresem państwa totalitarnego i jego zasad, taki ktoś byłby przynajmniej pod ścisłą obserwacją. Oczywiście wynika to z tego, że państwa niedemokratyczne nie znoszą konkurencji. Nawet w terroryzowaniu mieszkańców. Fakt jest jednak faktem że Breivik obnażył słabość Norwegii wobec brutalnej, antydemokratycznej, przemocy.

Girl in a jacket

Przykład drugi — Londyn. Tutaj z kolei, imigranci pokazali, że zasady demokratycznego państwa, w którym mieszkają, mają za nic. Wszystko zaczęło się przecież od tego, kiedy to policja próbowała zatrzymać uzbrojonego bandytę. Wywiązała się strzelanina, w której ten człowiek zginął. Niestety tak czasem bywa, kiedy się prowadzi taki proceder. Wywołało to jednak masowe zamieszki. Ludzie byli oburzeni tym, że policja, stojąca na straży demokratycznych zasad, usiłuje robić to, do czego jest powołana. Nie ukrywali tego w wypowiedziach przed kamerami. Jasno twierdzili, że to ich teren. Dumni byli też z tego, ile to przy tej okazji udało im się nakraść, ile spalić samochodów i domów. I wobec takiego oczywistego ataku na zasady demokratycznej społeczności dopiero po jakimś czasie i po tym, jak już były ofiary śmiertelne, wprowadzono armatki wodne. Dopiero po tym wszystkim, pozwolono policji używać plastikowych kul. Sytuację w końcu udało się opanować. Teraz są wyciągane konsekwencje, ale przypuszczam, że często krótki pobyt w wygodnym więzieniu tylko będzie nobilitował w dzielnicy lokalnego bandytę. Jego prestiż wzrośnie, a pogarda dla prawa tylko się zwiększy. Bo on po prostu nie rozumie tych zasad, wręcz uważa je za wrogie. To nie jest „język”, który rozumie, bo sam posługuje się innym i tylko ten akceptuje. Język przemocy i agresji. Zatem kolejne porażki demokracji w starciu z bandą złodziei są kwestią czasu. W końcu to nie pierwszy taki przypadek. Wcześniej to samo było w Paryżu.

Przykład trzeci — Polska i Litwa. Tutaj przypadek bez ofiar śmiertelnych, ale równie jasno pokazujący, jak często żałośnie bezradne są demokracje wobec dyktatury. Niektórzy przedstawiciele władzy wiedzieli, że Białoruś może podpisaną umowę z państwami demokratycznymi wykorzystywać do celów antydemokratycznych. Inni jednak działali rutynowo. Jeśli jest umowa i jest obowiązująca, to należy ją wykonać. Zabrakło refleksji. W efekcie jest kompromitacja. Tutaj obnażona została inna słabość demokracji. Polegająca na traktowaniu dyktatury na takich zasadach jak traktuje się państwo demokratyczne. Tymczasem sytuacja odwrotna jest prawie niemożliwa. Dyktator bowiem podpisuje tylko takie umowy, które dla niego są korzystne. I wykonuje je także tylko wtedy, kiedy jest to dla niego korzystne. A jeśli nie, to nawet i podpisane umowy ma za nic. Wie bowiem, że z tego powodu państwa demokratyczne praktycznie nic nie mogą mu zrobić. Chyba tylko wypowiedzieć wojnę, ale i to w demokracji jest sprawa dużo bardziej skomplikowana niż w dyktaturze. Jakieś inne sankcje może i będą skuteczne za parę lat, a może i nie. W każdym razie dla samej dyktatury są mało szkodliwe, co najwyżej dla „poddanych”. Oni jednak zbuntują się dopiero wtedy, kiedy już sytuacja będzie skrajnie niekorzystna. Ryzykują przecież życiem i dobrze o tym wiedzą, o co dyktator dba bardzo. Nawet jakiś urzędnik niższego szczebla w państwie niedemokratycznym takiego błędu by nie popełnił. Nie ze względu na swoje ogromne kwalifikacje, tylko ze strachu. Każdy kontakt z „wrogiem” może być bowiem dla niego niebezpieczny. Dlatego zrobiłby wszystko, aby sprawę oddać swoim przełożonym możliwie najwyższego szczebla. W efekcie mamy sytuację, że dyktatura lepiej broni swoich interesów niż demokracja.

Czy z tego ma wynikać, że zamiast demokracji lepsza by była dyktatura? Oczywiście, że nie! Warto jednak zacząć wyciągać wnioski i z historii, i z bardziej współczesnych wydarzeń. Hitler zdobył władzę zupełnie demokratycznie. Stalin na miarę realiów Rosji sowieckiej także był wybierany przez elitę komunistyczną, aż do chwili, kiedy władza jego stała się absolutną. Obaj wykorzystali panujące zasady do stworzenia systemów obalających te zasady. Wiele lat temu zadano już pytanie: „Ile demokracji dla wrogów demokracji?”. Jak dotąd bez odpowiedzi w nowożytnym świecie. Może warto już zacząć się zastanawiać nad odpowiedzią? To oczywiście nie będzie łatwe, bo trzeba by wziąć pod uwagę także możliwości nadużyć dla celów politycznych poszczególnych partii lub dla zwykłej korupcji. W przypadku, kiedy odpowiedź na to pytanie brzmiałaby „mało” lub nawet „wcale”. Chyba jednak warto, mimo wszystko, zacząć na to pytanie odpowiadać. Choćby po to, aby znowu dopiero po trupach milionów ofiar ludzie nie doszli do wniosku, że demokracja bardziej się opłaca. Marne to będzie pocieszenie dla tych ofiar. Nawet jeśli i oni kiedyś będą mieli swój „dzień pamięci”, jak te ofiary z XX wieku.