Przedświąteczny rekonesans zakupowy przed opadnięciem niedzielnej kurtyny

51
Na osoby bez masek reakcja „uzbrojonego” otoczenia jest albo zgorszonymi spojrzeniami, albo nawet groźbami – „Z czym do ludzi?!” Fot. Marian Paluszkiewicz

Na kilka dni przed Świętami Wielkanocnymi wybrałem się na mały rekonesans w jednej z podwileńskich miejscowości – do Maximy, IKI i miejscowych sklepików, zobaczyć, jak tam ludzie szykują się do okrasy swoich stołów wielkanocnych.

Jadą wózki kolorowe

Klienci z obładowanymi po brzegi wózkami pogardliwym wzrokiem omiatali „kolegów” z koszyczkami, w których było trochę mięska, rybka, serki i jakaś jedna flaszka „antywirusowa”. Albo wariaci, albo odkładają zakupy na ostatni dzień.
A przecież sam prezydent Łukaszenka mówił o koronawirusie, że wszystko to panika i że trzeba po prostu zdrowo się odżywiać, biegać na świeżym powietrzu i… zażywać dla profilaktyki po 50 gram wódki dziennie. Czyli zdrowie od zewnątrz i wewnątrz.

Maski i… podpaski

Na osoby bez masek reakcja „uzbrojonego” otoczenia jest albo zgorszonymi spojrzeniami, albo nawet groźbami – „Z czym do ludzi?!”. A ci, ze spuszczonymi uszami, tylko mamrocą ze złością, że w aptekach tych medycznych kagańców nie ma.
A w sklepach – nie uwierzycie, już od niedawna są! Ten nowy, „żelazny” atrybut tegorocznych świąt jest do kupienia np. w Maximie. Masek, co prawda tych najbardziej dziadowskich (kawałek waty bawełnianej na gumce) jest od groma – bierz choć worami po 3,49 euro. Jednorazowe? – pytam. „Ależ nie! Przecież można je wyprać, potem do wrzątku i pod żelazko” – zapewnia mnie sprzedawczyni.
To znaczy muszę kupić co najmniej trzy – jedna będzie się prać, druga suszyć, a trzecia będzie pod nosem. Podobno do tego warto dokupić kobiece podpaski (przepraszam, ale cen nie znam). Jak w telewizji mówiła pani lekarz (chyba z uśmiechem na twarzy, bo miała na twarzy maskę), do wewnętrznej strony tej ochrony warto przykleić podpaskę, bo ona doskonale wchłania wszelkie opary. Co prawda, widziałem to w reklamach, ale jakoś mi nieswojo byłoby chodzić z taką wkładką.
O dziwo, ale płynów antyseptycznych są całe palety, ale tylko po dwa półlitrowe na osobę (jeden kosztuje 3,99 euro) albo też dwa, ale 5-litrowe kanisterki po 23,99.

Jajek XXL nie było

Ludzie na Wielkanoc lubią czymś zadziwić domowników. Najlepiej byłoby jajem strusia, ale zapytana pracowniczka sklepu, spocona upychaniem towaru na półki, gdzie te olbrzymie święconki są, ze złością odpowiedziała, że „najwięcej to chyba w Australii”.
Tak więc zostały jajka białe i rude, tańsze i droższe w zależności od tego, czy kury produkowały je w zatłoczonych boksach (10 po 0,9–1,5 euro), czy w większych wolierach z tzw. wolnego chowu (po ok. 2 euro). Przepiórcze – (ale co tam jeść) po ok.1,50 euro. Najważniejsze to patrzeć nie tylko na ceny, ale i rozmiary S-ka, M-ka, L-ka.
A jak sprawdzić, czy są naprawdę świeże? No, owszem są na skorupach pieczątki z datą, ale… Kto nie wierzy w te stemple, to radzi się włożyć jajko do naczynia z osoloną wodą – jeżeli wypłynie, a nie opadnie na dno, to znaczy, że nie do połknięcia. No, ale przecież do supermarketu z kubkiem z wodą nie polezę – ochrona zaraz by mnie jako wariata wywlekła (w najlepszym wypadku, bo może uznano by mnie terrorystą).

CZYTAJ WIĘCEJ: Prof. Kasiulevičius: dwa scenariusze pandemii koronawirusa

Wpadka z karpiami

Szukałem króla mego wielkanocnego stołu – karpia. Błądziłem jak głupi, szukając akwariów z żywym towarem. Z tego szoku ocuciła mnie pracowniczka IKI, mówiąc, że przecież od lat unia zabroniła pływającą „zwierzynę” sprzedawać.
Za to były mrożone ryby, jak np. mrożony szczupak argentyński po 5 euro za kilo. „Swoich” nie ma, bo teraz jest zakaz połowów – mają tarłowisko.

Ludzie na Wielkanoc lubią czymś zadziwić domowników

Kulinarne barbaryzmy

No i jeszcze wypad po mięso na szaszłyczki do takiego, przez miejscowych chwalonego, spożywczego „mini Gariunai” – mają tam kebaby, mięso i owoce. Omijam te kebaby – ten barbaryzm kulinarny niby rodem ze Wschodu.
Dalej mięso, wędliny i inne maliny. Napisano – w maskach i tylko po trzech. Patrzę przez szkło – parę osób się ociera o siebie, no to myślę, że będę na tego trzeciego. Ja za klamkę, a tu z tyłu wrzask. Zwarta grupka kobietek macha do mnie rękami: „Panie, tu żywa kolejka!”. Ano widzę, widzę, że żywa, bo obok jest sklep z nagrobkami (tak na marginesie – beznadziejny, bo bez wywieszki okolicznościowej „Zniżki kryzysowe”).

Na miniparkingu znudzeni kierowcy

Pomyślałem, że dam już spokój tym uwędzonym kurczakom i innym ofiarnym stworzeniom bożym. Wracam na miniparking zatłoczony jedenastoma samochodami, w których z beznadziejnymi minami małżonkowie tych agresywnych klientek, grzebią coś w swoich smartfonach. Dobre i to, bo kiedy jeszcze komórek nie było, to by chyba w nosach grzebali.

Antywirusowe cukierki

Zniesmaczony takim zakończeniem przedświątecznego wypadu, pomyślałem, że wpadnę do tego owocowego – kokosów chyba nie mają, ale podobno oferują tam też jakieś antywirusowe cukierki!
Są? „Są, o tam, w tych słoikach, po 8,99” – mówi zmęczona gospodyni sklepu 3×4 m kw.
Cholera, ale drogie i jakieś takie jak dziecięcymi rączkami ulepione brązowe kalekie kuleczki. Wygrzebuję ostatnie dwie garście miejscowego specjału, płacę i od razu pakuję do ust to antidotum wirusowe. Na języku najpierw smak dobrej czekolady, a potem wykrzywia mi twarz ostre nadzienie. Co to jest?!
„To imbir, zabija wszelkie zarazy!” – uśmiecha się z piorunującego efektu już rozweselona gospodyni. No, mnie zabić nie zabiło, ale poczułem taką słodko-gorzką rześkość, że już nawet nie psioczyłem na jakiegoś chama, który zatarasował mój samochód. Zdrowych, smacznych świąt!

I jeszcze ważna wiadomość!
Nie ociągajcie się z zakupami do „następnego dnia”, bo w sobotę w sklepach będzie prawdziwy Armagedon. Kłódki będą wisiały przez cały dzień i noc. No i dobrze – bo dzień święty trzeba święcić, a nie biegać wieczorem po „dokładkę”!