Na Białorusi ruszył proces, którego nie da się już zatrzymać

768
Fot. Witold Dobrowolski

Mam nadzieję, że wkrótce reżim w sposób pokojowy upadnie, a Białorusini stworzą demokratyczne państwo, nie dojdzie do rosyjskiej inwazji i będę mógł pojechać do wolnego państwa – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Witold Dobrowolski, fotoreporter relacjonujący wydarzenia na Białorusi po sfałszowanych wyborach prezydenckich, porwany, przetrzymywany i torturowany przez białoruskie służby w dniach 10–13 sierpnia.

*Jesteś już na wolności, w Polsce. Jak się czujesz po powrocie?

Czuję się dobrze, psychicznie i fizycznie, bolą trochę potłuczone żebra. Byliśmy [z Kacprem Sienickim, innym porwanym Polakiem – przyp. red.] na badaniach w szpitalu na wniosek Kancelarii Prezydenta RP, więc mamy potwierdzenie, że jesteśmy cali. Psychicznie też jest okay. Trochę jesteśmy przytłoczeni nagłym zainteresowaniem mediów, ale możemy to wykorzystać, by dotrzeć do większej liczby osób z tym, co dzieje się na Białorusi.

*No właśnie, co się dzieje? W poniedziałek 10 sierpnia rozmawialiśmy o publikacji twoich zdjęć w „Kurierze Wileńskim”, potem kontakt się urwał. Co się stało?

Dzień po wyborach razem z Kacprem Sinickim, fotografem, wybraliśmy się na miejsce protestów, by je dokumentować. Dzień wcześniej doszło do wielkich starć w Mińsku, myślę, że Białoruś po raz pierwszy widziała coś takiego, na taką skalę. Niestety, jako fotograf przegapiłem ten ważny moment, gdyż robiłem zdjęcia w sztabie Swiatłany Cichanouskiej – wolałem trzymać się znajomej ekipy telewizyjnej ze względów bezpieczeństwa. W poniedziałek ruszyliśmy w miejsce, gdzie miała być demonstracja na Starym Mieście, ale po drodze OMON porwał nas z ulicy, gdy wychodziliśmy z kawiarni. Wsadzili nas do busa, mnie na starcie pobito prawie do nieprzytomności. Od samego początku wiedzieli, że jesteśmy obywatelami Polski.
Kolejne trzy doby byliśmy więzieni – zwłaszcza przez pierwszą dobę znęcali się nad nami fizycznie i psychicznie. Początkowo byliśmy trzymani w budynku milicji w Mińsku. To była sala do koszykówki, trzymano tam ok. 300 osób, potem zostaliśmy przewiezieni do więzienia pod Mińskiem. Tam cele były przepełnione, ale były o tyle lepsze warunki, że nikt już nas nie bił…

Fot. Witold Dobrowolski

*Mówili, czego od Was chcą?

W ciągu pierwszej doby niczego nie chcieli, chodziło o zastraszenie wszystkich, niezależnie od bycia Polakiem, dziennikarzem – to były tylko kolejne argumenty, żeby nas bić, obrażać, poniżać. To było po prostu systematyczne zastraszanie tysięcy ludzi poprzez takie masowe represje. My tam trafiliśmy przez przypadek, ale nikomu nie robiło to różnicy, że jesteśmy obywatelami Polski.
Chcieli, żebym się przyznał, że brałem udział w nielegalnej demonstracji, ale niczego nie podpisywałem, nie przyznawałem się, żądałem powiadomienia polskiego konsula, ale to nie miało dla nich żadnego znaczenia, wzbudzało śmiech. Dopiero jak milicja odkryła, że byłem jako dziennikarz w Donbasie, to mnie o to wypytywali – o moją pracę dziennikarską na wschodzie Ukrainy. Najbardziej ich interesowały prorosyjskie środowiska w Polsce, które mogłyby destabilizować Białoruś, pytali o Piskorskiego [Mateusz Piskorski, polityk, publicysta, w 2016 r. polska prokuratura postawiła mu zarzuty szpiegostwa na rzecz Rosji i Chin – przyp. red.], Obóz Wielkiej Polski, o otwarcie prorosyjskie środowiska czy przez Rosję opłacane. Pytali też, czy znam kogoś, kto zna tzw. wagnerowców, czemu również zaprzeczyłem. A także o to, czy znam jakichś Białorusinów na miejscu, ale o opozycję, o dziennikarzy – takich pytań nie było.

*Co z innymi zatrzymanymi?

W tej sali do koszykówki jednocześnie mieściło się ok. 300 osób, ale była rotacja, pewnie przewinęło się przy mnie może nawet tysiąc osób. Kazali leżeć twarzą nieruchomo obróconą w lewą stronę, ręce skute z tyłu. Było bicie pałkami milicyjnymi. Spytali, czy jestem Polakiem, kazali wstać, podcięli mi nogi, upadłem na twarz, bili dalej. Takie rzeczy się tam działy cały czas, panowała taka agresja. Czasem nas wywoływano, żebyśmy podpisali protokół zatrzymania czy przeszukania, a czasem – żeby nas po prostu znów pobić. Raz nas wyprowadzili na korytarz, a tam było wprost powiedziane: „Ja was, kurwy Polacy, nienawidzę, bo fałszujecie historię”. Oczywiście chodziło o postrzeganie okupacji sowieckiej, za to też nas bili. Takie katowanie trwało ok. 15 godzin, od mniej więcej godz. 20 w poniedziałek do wtorkowego popołudnia. Kazali też stać w bardzo niewygodnej pozycji lub na kolanach przez pięć godzin, a jak ktoś nie wytrzymywał, to znów był bity. To trwało do czasu przewiezienia nas do więzienia pod Mińskiem.
Panowała zupełna niewiedza, co się będzie działo. Trafiłem w więzieniu do celi z sześcioma łóżkami, było nas tam 24 osoby. Z rozmów z innymi osadzonymi zaczęliśmy się domyślać, że każdy zostanie postawiony przed sądem, ludzie dostawali minimum 14 dni aresztu. Mnie też to groziło, ale sędzia stwierdził, że nie znam języka rosyjskiego i bez tłumacza nie mogą mnie skazać, więc zabrano mnie z powrotem do celi. Zgodnie z białoruskim prawem zostałem uwolniony po upływie 72 godzin od zatrzymania, ale wobec nie każdego to było stosowane. Drugi obywatel Polski, Kacper Sienicki, wyszedł trzy godziny później.

Fot. Witold Dobrowolski

*W Polsce informacja o waszym porwaniu wywołała natychmiastową reakcję.

Zaangażowani byli nasi przyjaciele, rząd, dyplomacja, politycy od lewa do prawa, międzynarodowe organizacje dziennikarskie, działał prawnik. Działała masa elementów, każdemu jestem wdzięczny. Było widać, że państwo polskie zadbało o swoich obywateli, ale też jesteśmy poruszeni, że rodzina, przyjaciele zaangażowali duże siły w nasze uwolnienie i nas nie zostawili.

*Wracasz na Białoruś?

Musiałem wyjechać, bo pozostanie było niebezpieczne, podobnie jak ponowne pojechanie tam obecnie. Mam nadzieję, że wkrótce reżim w sposób pokojowy upadnie, a Białorusini stworzą wolne, demokratyczne państwo, nie dojdzie do żadnej rosyjskiej inwazji i będę mógł pojechać do nowego, wolnego państwa, to byłoby świetne.
Łukaszenka zmienił retorykę, bo widzi, że ludzie są przeciwko niemu. Jego administracja, milicja nie są otwarcie przeciwko niemu, ale czuje się dużą niepewność.

*Czemu w ogóle znani z niebuntowania się Białorusini powstali? To prawda, że podburzył ich Zachód?

Jeśli ktoś tak mówi, to jest ignorantem. Ani Zachód, ani Rosja. Przede wszystkim jest to bunt społeczny ze względów ekonomicznych, kulturowych, podsycony przez epidemię, która zresztą wywołała duże niepokoje w wielu państwach. To wszystko miało swój wpływ i nie jest ważne, czy ktoś jest prozachodni, czy prokremlowski, chodzi tylko o to, że Łukaszenka musi odejść, żeby obywatele mogli wziąć sprawy w swoje ręce. Środowiska prorosyjskie są tam mimo wszystko marginalne – społeczeństwo wie, że w Rosji jest jak na Białorusi, że jest brutalny reżim, nikt się nie liczy z obywatelami, sytuacja ekonomiczna jest niedobra – i nie chce być tego częścią. Białorusini może nie są otwarcie prozachodni, pronatowscy, myślę, że bardziej szukają własnej drogi, do której kluczem są wolne wybory prezydenckie.

Fot. Witold Dobrowolski

*Innym kandydatom zarzuca się właśnie prorosyjskość.

To prawda, że taki np. Wiktar Babaryka wywodzi się z rosyjskiej oligarchii, ale demonstranci mówią, że to Łukaszenka jest odpowiedzialny za destrukcję białoruskiej kultury, zawsze trzymał z Putinem, zawsze za stolicę swojej ojczyzny uważał Moskwę, a nie Mińsk. Białorusini twierdzą, że nie ma bardziej prorosyjskiej osoby niż Łukaszenka. I kiedy on teraz otwarcie żąda rosyjskiej pomocy w tłumieniu protestów – trudno się z tym poglądem Białorusinów nie zgodzić. Z kolei jak rozmawiałem ze sztabowcami Swiatłany Cichanouskiej, która była bardziej symbolem, nie skupiała się na programie, to widać, że oni patrzą raczej na model podobny do Finlandii niż Zachód czy Wschód – chodzi o to, żeby Białoruś była niezależnym państwem, by nic jej nie zagrażało, to dla nich najważniejsze.
To, co przydarzyło się Kacprowi Sienickiemu czy mnie, w momencie gdy rozmawiamy [17 sierpnia – przyp. red.], spotkało jeszcze ponad 7 tysięcy osób. Zastraszenia, tortury przybrały ogromną skalę. To w większości były przypadkowo zatrzymane osoby, często apolityczne, a teraz obróciły się przeciw rządowi, który nie wie, co zrobić. Trzeba o tym mówić, na łamanie praw człowieka, zbrodnie przeciw ludzkości muszą zareagowa
rządy innych krajów.
Jednoznacznie za eskalację przemocy odpowiada reżim, który masowymi represjami doprowadził to rzeczy, która nigdy wcześniej w historii się nie zdarzyła. Nigdy wcześniej nie wychodziło tyle osób na demonstracje z biało-czerwono-białymi flagami. Ruszył proces, którego nie da się już zatrzymać.

Witold Dobrowolski – polski fotograf i dziennikarz, autor relacji z Donbasu i Hongkongu, laureat nagrody Grand Press Photo 2020 w kategorii wydarzenia za fotoreportaż z protestów w Hongkongu w 2019 r. Relacja oraz zdjęcia Witolda Dobrowolskiego z Hongkongu ukazały się także w magazynie „Kuriera Wileńskiego”, nr 40/2019.

Fot. Witold Dobrowolski

 

Artukuł ukazał się w Magazynie „Kuriera Wileńskiego” 22 sierpnia 2020 roku