Teraz wszyscy mówią głosem Lecha Kaczyńskiego

Dziś zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i prezydent Gitanas Nausėda zapisują piękne karty relacji polsko-litewskich Fot. Marian Paluszkiewicz

Z Rosją trzeba rozmawiać, ale Rosja nie jest miejscem, gdzie powinno się konsultować los państw, wobec których ona prowadzi agresywną politykę – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Anna Fotyga, europoseł, była minister spraw zagranicznych RP. W tym tygodniu wzięła udział w I Forum im. Kalinowskiego w Wilnie oraz wręczyła nagrodę Valdasowi Adamkusowi.

W minioną niedzielę uczestniczyła Pani w bałtyckim szlaku wolności. Jakie wrażenie wywarła na Pani ta akcja?

Przez całe moje życie uczestniczę w tego typu przedsięwzięciach solidarnościowych. Na Litwie, w Wilnie, to jest szczególnie przyjemne. Z Litwinami łączy mnie wspólnota interesów i poglądów, zwłaszcza na sprawy bezpieczeństwa. Tym się w tej chwili na co dzień zajmuję. Bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w łańcuchu.

Girl in a jacket

Łańcuch bałtycki z 1989 r. przypadł w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, który stał się pewnym symbolem tego, że Zachód nie zdał egzaminu, jeśli chodzi o tak kluczowe sprawy, jak bezpieczeństwo i demokracja. Obserwując teraźniejszą sytuację na Białorusi, jak Pani sądzi, czy dzisiaj ten egzamin Zachód zda?

Naturalne jest, że w tym kontekście mówimy o tym, jak powinien się zachowywać wolny świat. Wskazujemy, że potrzebne są zdecydowanie, konsekwencja i wyraźnie widzenie zła, tego, co się dzieje na świecie. W tych sprawach Parlament Europejski był jednoznaczny i umiał wskazać barbarzyńców ubiegłego wieku: to Hitler i jego system, okupanci znacznej części Europy, sprawcy tragedii narodu polskiego oraz innych narodów, przede wszystkim eksterminacji Żydów w całej Europie. To także Stalin oraz system stalinowski, ciemiężcy narodów, winni zbrodni ludobójstwa.
W obliczu takich tragedii, takich zbrodni wolny i demokratyczny świat musi pozostać czynny. Musi dawać świadectwo. Musimy działać, bo mamy narzędzia, które pozwalają ograniczać tego typu wpływy i zakusy. I nie ma wątpliwości, że także w tym kontekście przedmiotem naszego zainteresowania jest sytuacja na Białorusi.
Bardzo się cieszę, że w Wilnie odbywa się I Forum im. Kalinowskiego. Konstanty Kalinowski jest bohaterem trzech narodów. To krzewiciel języka białoruskiego, publicysta, ale przede wszystkim nieformalny dyktator powstania styczniowego na Litwie, wspaniały bohater. To morze biało-czerwono-białych flag podczas jego pogrzebu w listopadzie ub.r. świadczyło o tym, że społeczeństwo Białorusi, nie bacząc na próby fałszowania historii przez Łukaszenkę, też do tych korzeni poczuwa. Jego legenda trwa, mimo że Aleksander Łukaszenka próbował odwrócić tę legendę, kreując na bohatera osobę, która skazywała powstańców, czyli Murawjowa „Wieszatiela”.

Bardzo często litewscy politycy oraz osoby zajmujące się byłymi republikami ZSRS mówili, że do 2014 r. w ogóle nie dawało się przekonać zachodnich partnerów, iż Rosja prowadzi przeciwko nim wojnę hybrydową. Po aneksji Krymu i agresji na wschodzie Ukrainy sytuacja zaczęła się zmieniać. Jak teraz wygląda ta sytuacja? Czy zachodni partnerzy rozumieją powagę sytuacji?

W latach 2006–2007 pełniłam funkcję ministra spraw zagranicznych RP i przyznaję, że rzeczywiście było wtedy trudno o tym mówić. Jednak Polska, przy czynnym udziale Litwy, nieustannie przekonywała Zachód i Unię Europejską do tego, że polityka Federacji Rosyjskiej zmierza w bardzo niedobrym kierunku, nie tylko dla naszego regionu, ale dla całego świata. Wojna hybrydowa, wojna informacyjna, pewne elementy agresji cybernetycznej dotyczą też świata zachodniego, nawet Stanów Zjednoczonych, czy Kanady. To my, jako państwa naszego regionu, nałożyliśmy skuteczne weto na umowę Unia–Rosja, która wówczas była negocjowana.
Miałam zaszczyt wręczać Nagrodę Prometejską im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego byłemu prezydentowi Litwy Valdasowi Adamkusowi. Wcześniej miałam zaszczyt z nim współpracować i wiem, że podejmowane przez niego oraz przez prezydenta Kaczyńskiego wysiłki w dużej mierze bywały skuteczne. Tego się tak nie zauważało, ponieważ prezydent Kaczyński był niezrozumiany przez część elit w moim kraju. A teraz wszyscy mówią jego głosem. Świadomość tego, co głosił, a czego my byliśmy pewni, dotarła szerzej. Ale dopiero nielegalna aneksja Krymu i agresja na wschodzie Ukrainy okazały się istotnym sygnałem alarmowym.
Niestety, świat znów dziś powtarza pogląd o konieczności dogadywania się z Federacją Rosyjską. Nam, Polakom, Litwinom, pozostałym narodom bałtyckim, wydaje się, że w tej sprawie potrzebne są przede wszystkim konsekwencja i zdecydowanie. Musimy być konsekwentni i zjednoczeni wewnętrznie oraz zewnętrznie, aby przekonać świat do swoich racji. Jestem optymistką.

Czy mówiąc o tej części świata, powinno się lekceważyć wpływy Rosji? Czy da się kształtować politykę bez podjęcia dialogu z Rosją?

Cały Zachód, także państwa naszego regionu, ma swoje kanały porozumiewania się z Rosją. W tej chwili ta polityka komunikacji jest jednak bardzo ograniczona. Bez wątpienia to jest wina Rosji, to ona nie przejawia woli współdziałania. Nie przyjmuje do świadomości, że na zachód i częściowo na południe od jej granic znajdują się suwerenne państwa z narodami, które w myśl prawa międzynarodowego są zdolne do samostanowienia i wyboru ustroju najlepiej realizującego ich interesy.
Twierdzę, że oczywiście, z Rosją należy się porozumiewać, ale Rosja nie jest miejscem, gdzie należy konsultować los państw, wobec których Rosja przejawia agresywną politykę. Wiem, że wolny świat uważa, że bardzo wiele zależy od Rosji. Ale my nie jesteśmy naiwni. Jest format normandzki, w ramach którego dyskutuje się o przyszłości Ukrainy. I prawdę powiedziawszy, niewiele z tego formatu wynika. Znacznie skuteczniejsza jest współpraca świata zachodniego z wolną Ukrainą. Wspieranie tamtejszych reform i nieustanne uświadamianie Rosji, że Ukraina jest niepodległym krajem, który ma prawo suwerennie się rozwijać.
Koncepcja stref wpływów powinna odejść w niepamięć. Z całą pewnością my taką strefą wpływów Rosji nie chcemy być. Jesteśmy narodami, które w sposób swobodny, zgodny z naszym interesem narodowym wybieramy sojusze. Jesteśmy dziś w najsilniejszym i najskuteczniejszym sojuszu obronnym świata zachodniego. Polska, Litwa, Łotwa, Estonia są członkami NATO. To są nasze zobowiązania. NATO nie jest sojuszem agresywnym, jak to próbuje przedstawiać Władimir Putin czy jego marionetka, Aleksander Łukaszenka. Po prostu, jak wszystkie państwa alianckie, realizujemy politykę obronną. Z naszego punktu widzenia, to jest element odstraszania Rosji przed ewentualną agresją.

Była Pani bliską współpracowniczką śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dla którego relacje polsko-litewskie były bardziej istotne. Niestety, jego ostatnia wizyta w Wilnie nie zakończyła się fortunnie, Sejm RL odrzucił wtedy projekt ustawy umożliwiającej oryginalną pisownię imion i nazwisk w oficjalnych dokumentach. Jak teraz ocenia Pani stosunki polsko-litewskie?

Obecny stan stosunków polsko-litewskich oceniam bardzo dobrze. Muszę przyznać, że osobiście przyczyniłam się do ożywienia naszych relacji. Jesteśmy sojusznikami, jesteśmy państwami partnerskimi w ramach organizacji, w których funkcjonujemy.
Przypomniał Pan ostatnią wizytę Lecha Kaczyńskiego na Litwie. Nie ukrywam, że bardzo ją przeżyłam. To była zadra w moim sercu. Cieszę się, że zdołaliśmy wspólnie to pokonać.
Dziś zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i prezydent Gitanas Nausėda zapisują piękne karty relacji polsko-litewskich. Są pewne problemy, ale mam nadzieję, że będą rozwiązywane. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to problem łatwy. Nie ma jednoznacznych ocen. Ale przy dialogu, przy bliskiej współpracy możemy być optymistami. Wszystko można rozwiązać.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 35(100) 29/08-04/09/2020