O wymiar infrastrukturalny relacji polsko-litewsko-ukraińskich

Przemysław Żurawski vel Grajewski, politolog i nauczyciel akademicki, doktor habilitowany nauk społecznych, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Łódzkiego. Od 2015 r. jest członkiem Narodowej Rady Rozwoju, będącej organem doradczym prezydenta Andrzeja Dudy|Fot. Grzegorz Jakubowski

Z racji historycznej przynależności do Rzeczypospolitej Obojga Narodów Polski, Litwy i Ukrainy nie należy uznawać za demokracje młode. One zachowały wspaniałe demokratyczne dziedzictwo – podkreśla w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” politolog prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski.

Dlaczego Trójkąt Lubelski, czyli inicjatywa współpracy Polski, Litwy i Ukrainy, jest tak ważną inicjatywą?

Polska i Litwa mają wspólny interes w zbliżaniu Ukrainy do struktur zachodnich z racji tego, że relacje polsko-litewskie są bardzo dobre. Sposób, w jaki wypracowano te relacje, warto zastosować w relacjach polsko-ukraińskich. Poza tym te trzy kraje mają taki sam pogląd na naturę zagrożenia rosyjskiego. Kolejnym celem Trójkąta może być też ustalenie wspólnego stanowiska w odniesieniu do Białorusi. A to już nawiązanie do spuścizny historycznej unii lubelskiej. To zaproszenie do uznania tego wielkiego dziedzictwa kulturowego, jakim była I Rzeczpospolita, która przez wieki była skutecznym instrumentem obrony podstawowych swobód i wolności ludzkich oraz obywatelskich swoich mieszkańców.
Oczywiście, stosownie do epoki. Wszyscy wiemy, że było to państwo stanowe. Trzeba jednak pamiętać, że była to największa wspólnota ludzi wolnych w ówczesnym świecie. Rzeczpospolita trwała przez kilkaset lat, więc skala przestrzegania swobód była różna w różnym czasie. Niemniej nigdzie nie było lepiej i to trzeba bardzo mocno podkreślić.
Nawiązując do tego dziedzictwa, możemy się prezentować nie jako młoda demokracja, tylko jedna z najstarszych w Europie. A więc poza bieżącą polityką Trójkąt Lubelski jest swoistą wartością kulturową oraz instrumentem promocji dorobku dziedzictwa kulturowego naszych narodów wobec świata zewnętrznego. Co z kolei ma przełożenie polityczne, bo występowanie z pozycji starej demokracji jest politycznie korzystne.

Wspomniał Pan, że stosunki polsko-litewskie są bardzo dobre, a relacje polsko-ukraińskie – trochę gorsze. Czego brakuje stosunkom na linii Warszawa–Kijów?

Podkreślając bardzo dobry stan stosunków polsko-litewskich, nie chciałem powiedzieć, że polsko-ukraińskie stosunki są złe. Powiedziałem tylko, że mogą być jeszcze lepsze. Polska i Litwa są partnerami w NATO i UE. W ramach Bukareszteńskiej Dziewiątki (B9) są we wspólnej grupie lobbystycznej w zakresie ukazania rzeczywistego wymiaru zagrożenia rosyjskiego. Ukraina nie ma takich możliwości, bo nie jest w NATO ani w UE.
Myślę jednak, że relacje polsko-ukraińskie, podobnie jak polsko-litewskie, powinny być przeniesione w wymiar infrastrukturalny. Co do debaty historycznej o tym, co działo się 100 lub 80 lat temu – to oczywiście jest bardzo potrzebne, nie może stanowić istoty relacji bieżących. Chodzi o regionalne projekty infrastrukturalne. Mamy Via Carpatia, która łączy nie tylko Litwę i Polskę, lecz także biegnie przez Słowację, Węgry, Rumunię aż do Salonik. Jeśli Via Carpatię potraktujemy jako kręgosłup, to żebra znajdą się na Ukrainie, która jest pełnoprawnym członkiem inicjatywy Trójmorza od 2016 r. Ten wymiar wzajemnego skomunikowania się będzie potężnie rozwijał rynek. Będzie tworzył miejsca pracy i tym samym zapobiegał emigracji, czyli jednemu z największych wyzwań, przed którymi stajemy teraz. Obserwujemy gwałtowną depopulację w naszych krajach, co związane jest z poziomem życia. Trzeba pamiętać, że sama Polska dla Niemiec jest dwukrotnie większym rynkiem niż Rosja. Grupa Wyszehradzka jest większym rynkiem niż rynek amerykański, chiński i francuski. W ogóle jesteśmy najpotężniejszym rynkiem w regionie.

Czym ma być więc projekt Trójmorza?

To jest forum współpracy infrastrukturalnej w trzech wymiarach: w wymiarze transportowo-komunikacyjnym, tranzytu surowców energetycznych i cyfryzacji. Aby ten rynek działał, powinien być dobrze skomunikowany w sensie informatycznym. Ma być też bezpieczny, aby rosyjscy hakerzy nie zakłócali nam tej pracy. Bo trzeba wiedzieć, że uderzenie cybernetyczne może wywrzeć takie skutki jak uderzenie kinetyczne. Może prowokować katastrofy kolejowe lub lotnicze, co jest bardzo groźne. Jednocześnie biznes potrzebuje informacji w czasie rzeczywistym. Poza tym musimy doprowadzić do sytuacji, że nasi informatycy nie będą emigrować, ale zostaną w kraju i będą pracować na nasz dobrobyt.

W tym kontekście musi paść pytanie dotyczące projektu Nord Stream 2, w którym głównym graczem pozostają Niemcy. Czy sytuacja wokół niego zmieni się po otruciu Aleksieja Nawalnego?

Sprawa jest w toku. Niewątpliwie otrucie Nawalnego utrudniło Niemcom obronę tego projektu na arenie międzynarodowej oraz przed własną opinią publiczną. Mamy przecież do czynienia z bandytyzmem. To jest politycznie i wizerunkowo kosztowne dla tych sił w Niemczech, które chciałyby dokończenia tego projektu. Nie jest to jednak jedyny element. Drugim są sankcje amerykańskie, które są kosztowne także w wymiarze finansowym, a nie tylko wizerunkowym. Nie tracę nadziei, że połączone działania zatopią ten projekt.

Od kilku lat ponownie mówi się o strategicznym partnerstwie między Wilnem a Warszawą. Jak do tego doszło? Pamiętamy, że w ostatnim dziesięcioleciu padły przykre słowa po obu stronach.

Główny czynnik to rosyjska inwazja na Ukrainie, która przypomniała wszystkim, w jakim świecie żyjemy. Pokazała, że nie żyjemy sporami sprzed lat 80., tylko mamy współczesne wyzwania. Igor Girkin vel Striełkow był już autochtonem w Naddniestrzu, później autochtonem na Krymie i w Donbasie, więc zdano sobie sprawę, że może być autochtonem w dowolnej krainie. To ewidentne zagrożenie dla relacji polsko-litewskich. Trzeba pamiętać, że Rosjanie tworzyli już strony internetowe Wileńskiej Republiki Ludowej, Łatgalskiej Republiki Ludowej, Halickiej Republiki Ludowej. Trzeba pamiętać, że ta rzeczywistość oznacza… śmierć dla naszych obywateli.
Drugi czynnik to zmiana władz na Litwie i w Polsce. Poprzedni rząd w Polsce, koalicja PO-PSL, miał taki pomysł, żeby Polskę wmontować do tzw. wielkiej piątki lub szóstki Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Hiszpania i Włochy). Jednak bieg wydarzeń potwierdził słuszność stanowiska obecnych władz Polski, czyli Prawa i Sprawiedliwości, które od zawsze mówiły, że znaczenie Polski zależy od jej znaczenia w regionie, a nie od gry w koncercie mocarstw, w ramach którego Polska byłaby de facto protegowanym Niemiec. I zawsze wisiałaby nad nią groźba usunięcia z tego grona, jeśliby nie wykonywała zaleceń Berlina.
Pomysł koncertu mocarstw skompromitował się przez brexit, kryzys strefy euro, kryzys emigracyjny oraz teraźniejszy kryzys covidowy. A właśnie ten ostatni bardzo osłabił Hiszpanię, Włochy i Francję i bardzo podniósł Niemcy. Nie ma w tej chwili możliwości stworzenia takiego dyrektoriatu, a nawet gdyby była, to Polska w żadnym wypadku nie powinna do niego wchodzić z powodów, o których wspomniałem. Przeciwnie, powinna budować pozycję w oparciu o współpracę z sąsiadami.
Proszę zauważyć, że tylko granice wschodnie Unii Europejskiej są granicami lądowymi Europy, i to w pewnym sensie nienaturalnymi. Wszystkie inne są morskie, czyli ukształtowała je natura, a nie towarzysz Stalin. W naszym regionie przecięcie kulturowe jest bardziej drastyczne, bardziej nienaturalne i wszyscy borykamy się z wyzwaniami rosyjskiego zagrożenia oraz pozostawienia naszego dziedzictwa historycznego gdzieś tam, za odciętą granicą.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 40(115) 02-08/10/2020