Artur Armacki: Trudno mi być widzem

Najpierw widzę stronę techniczną spektaklu, dopiero później, w drugiej kolejności, patrzę z perspektywy widowni – mówi Armacki
| Fot. Marian Paluszkiewicz

O technicznej stronie teatru opowiada Artur Armacki, reżyser dźwięku, inżynier i konsultant techniczny Polskiego Teatru Studio w Wilnie.

Czym jest dla Ciebie współpraca z Polskim Teatrem Studio? Czy to część pracy, czy bardziej przynależność do grupy?

Reklama

Na pewno z teatrem czuję się bardzo związany. Gdybym traktował to tylko jako pracę albo myślał o pieniądzach, nie byłbym z zespołem przez 13 lat. Bywa przecież różnie, nie zawsze się zgadzamy, ale to to po prostu inne punkty widzenia. Najważniejsze jest dla mnie to, że pracuję z ludźmi, którzy potrafią dać pewnego rodzaju natchnienie. Kiedy patrzę na to, co robią, jak bardzo się angażują, po prostu chce się robić więcej. To na pewno znacznie więcej niż zawodowe relacje.

Czytaj więcej: Polski Teatr STUDIO solidaryzuje się z narodem Białorusi

Jak wygląda praca nad spektaklem od Twojej strony? Czy musisz być na każdej próbie?

Zajmuję się częścią techniczną spektaklu. Najważniejszy jest dla mnie dźwięk, ale często są to również inne sprawy. Najbardziej potrzebni jesteśmy na początku, gdy powstaje koncepcja spektaklu, gdy omawiane jest, jak ma on wyglądać. To bardzo ważny moment, w którym podejmowane są decyzje dotyczące budowy spektaklu, w którym kierunku będzie on się rozwijał. Potem, w trakcie czytań sztuki, technika nie jest potrzebna. Wracamy znów w ostatniej fazie pracy nad spektaklem. Dużo zależy od tego, jak bardzo złożony będzie to spektakl. Jeśli jest on skomplikowany, prób z techniką potrzeba dużo więcej. Jeśli jest to mało skomplikowany montaż słowno-muzyczny – wystarczy ich kilka. Niezależnie jednak od tego, czy jest to wielki spektakl wieloobsadowy czy coś mniejszego, ważna jest współpraca całego zespołu – słuchamy uwag reżysera i aktorów, przedstawiamy swoje.

Czy przeżywasz tremę przed premierą?

Nie wiem, czy można to określić tremą, ale premiery przeżywam bardzo. Towarzyszy im wielkie napięcie, czeka się na coś wyjątkowego, czemu poświęciło się dużo pracy. To jest wielka chwila, ale po niej następuje swego rodzaju kac. Nie potrafię inaczej tego nazwać. To jakaś pustka, smutek, że coś się skończyło i trochę żal… Trochę się już do tego przyzwyczaiłem, ale nie udało mi się tych uczuć wyeliminować. Po prostu, wiem, że przyjdą i przeminą…

Jako jedna z niewielu osób z zespołu masz możliwość oglądania waszych spektakli. Czy potrafisz spojrzeć na nie jako widz, czy też przeważa zawodowe, krytyczne spojrzenie?

Rzeczywiście, bardzo często słyszę pytanie, jak to wyglądało i nigdy nie potrafię na nie odpowiedzieć z perspektywy widza. Ale to nie dotyczy tylko produkcji, w których realizacji biorę udział. Powiedzmy, że rola widza jest dla mnie bardzo trudna. Kiedy jestem w teatrze czy na koncercie, najpierw widzę jego stronę techniczną, dopiero później, w drugiej kolejności, patrzę z perspektywy widowni. Ta techniczna warstwa spektaklu jest dla mnie bardzo absorbująca i może trochę przeszkadzać w odbiorze całości.

Podczas zdjęć do filmu „Na wileńskiej ulicy”
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Czy jest spektakl Polskiego Teatru Studio, który lubisz najbardziej?

Nie mam chyba jakiegoś ulubionego, ale na pewno jest jeden, w czasie którego czuję się najbardziej pewnie. To „Zapiski oficera Armii Czerwonej”, które graliśmy wiele razy. Wszyscy doskonale wiemy, co do nas należy, nie ma żadnych niepotrzebnych gestów – ani po stronie technicznej, ani na scenie. Wszystko jest doskonale spięte, działa jak w zegarku. Efekt jest dla mnie ważny, bardzo wiele starań włożyłem, by być dobrym w tym, co robię. Jestem z wykształcenia informatykiem, ale od 16 lat pracuję jako dźwiękowiec. Zaczynałem w Domu Kultury Polskiej, potem doszedł teatr, inne domy kultury i większe projekty. To zajęcie, jeśli chce się je wykonywać dobrze, wymaga stałego dokształcania się. Przez te lata brałem udział w różnego rodzaju kursach, najlepsze były te organizowane przez Akademię Muzyczną im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Uczestniczyłem w nich przez dwa czy trzy lata i bardzo dużo mi dały. To była baza, którą wykorzystałem do dalszego rozwoju.

Czytaj więcej: Powrót aktorów Polskiego Teatru „Studio” na Pohulankę

Czy dźwiękowiec to człowiek czysto techniczny, czy też powinien on mieć jakąś wrażliwość na sztukę?

To zależy od ustaleń przy konkretnym projekcie. Czasem jest osoba, która zajmuje się dźwiękiem od strony estetycznej, artystycznej – wtedy jest o wiele łatwiej, można się zająć tylko stroną techniczną. Jeśli takiej osoby nie ma, jako dźwiękowcy zajmujemy się również tym obszarem, podajemy swoje sugestie, propozycje. To praca zespołowa, czasem może przypomina trochę przeciąganie kołderki, ale takie własne uwagi są czasem potrzebne. Ważne jest chyba jednak, żeby podkreślić, że to, co się dzieje na scenie, nie musi mi się podobać. Czasem słyszę pytanie, czy chciałbym z kimś pracować, realizować dźwięk do konkretnego wydarzenia… Ja jestem od jakości dźwięku, od czystości przekazu. Nie ma znaczenia, czy zgadzam się z osobą, która mówi przez mikrofon, czy podoba mi się muzyka podczas koncertu. Moje poglądy, upodobania, mogą być całkowicie inne, ale nie znaczy to, że wyłączę komuś mikrofon.

A jednak czasem zdarzają się chyba sytuacje, gdy ta praca dodaje dodatkowe korzyści, czyli możliwość udziału w jakimś wydarzeniu, które normalnie byłoby niedostępne…

Tak. Byłem na przykład w ekipie, która pracowała przy koncercie grupy Scorpions. Byłem tam elementem w wielkiej machinie, ale i tak było to dla mnie ważne doświadczenie. Niedawno byłem reżyserem dźwięku koncertu telewizyjnego Lyapis Trubetskoy. To było bardzo ważne przeżycie, gdyż miałem poczucie, że biorę udział w czym istotnym – ci ludzie nie tylko tworzyli muzykę, ale również walczyli o demokrację w swoim kraju, to był ich głos w obronie wolności. Oczywiście, w takiej sytuacji praca ma zupełnie inny sens. Czułem ogromną satysfakcję nie tylko z technicznej części swojej pracy, ale również dlatego, że przekaz ze sceny bardzo mi odpowiadał.