Mówiła, że miała piękne życie

Lidia Lwow-Eberle
| Fot. wikipedia

Zmarła Lidia Lwow-Eberle. „Kurier Wileński” musi o niej napisać. Przecież dla nas to taka bliska postać. Tak bardzo związana z naszą historią – powiedział Paweł Giedrojć. Nie po raz pierwszy znany wileński nauczyciel historii i przewodnik dzwonił z propozycją tematu. I rzeczywiście, miał rację, stuletnie życie pochodzącej z rosyjskiej arystokratycznej rodziny narzeczonej „Łupaszki” to nie tylko bliska, lecz także fascynująca historia.

Rodzina Lwowów była gałęzią potomków linii książąt jarosławskich, wywodzących się bezpośrednio od Rurykowiczów. Nazwisko Lwow mogą pamiętać ci, którzy odwiedzali Pożajście. Tuż obok klasztoru, który po powstaniu listopadowym został przemianowany na cerkiew, znajduje się grób jednego z pradziadków Lidii, księcia Aleksieja Fiodorowicza Lwowa – kompozytora muzyki, m.in. hymnu carskiej Rosji „Boże, zachowaj cara!”. Z tego samego rodu pochodził książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, przewodniczący Rządu Tymczasowego Rosji w 1917 r., zmuszony do emigracji po przewrocie bolszewickim. W 1921 r., tuż po narodzinach Lidii, opuścili Rosję także jej rodzice.

Nowa ojczyzna

Jej nową ojczyzną stała się Polska. „Byłam raz w Rosji, ale serce mi tam nie biło. Drugi raz nie chciałam jechać. Moim miejscem była Polska” – mówiła w jednym z wielu udzielonych wywiadów. Razem z rodzicami zamieszkali w Nowogródku. W domu rozmawiała po rosyjsku, ale związana była z polskim środowiskiem. „Chodziliśmy z pochodniami, pielęgnowaliśmy mogiły, również Niemców, z I wojny światowej, zapalaliśmy świeczki. Na historii dowiadywałam się, jak carowie postępowali z Polską. Czułam się coraz bardziej Polką” – wspominała ten okres.

Szkołę powszechną ukończyła u nazaretanek, w gimnazjum wstąpiła do Związku Harcerstwa Polskiego i została zastępową. Maturę zdała w Święcinach, gdyż jej rodzina ze względu na pracę ojca przeniosła się do Kobylnika, niewielkiego miasteczka leżącego w pobliżu jeziora Narocz. Niedługo przed wojną rozpoczęła studia. Kochała sztukę, ale rodzice stawiali na prawo – podjęła więc studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Przerwała je wojna.

Co dla Lwowów oznaczało przyjście Armii Czerwonej? W Polsce chronili się przed komunizmem, sowiecki ustrój znali lepiej niż ich sąsiedzi, Polacy. Wkrótce rozpoczęły się represje i nawet Kobylinek przestał być miejscem bezpiecznym. Najpierw utrata pracy przez ojca, potem wysiedlenie z domu. Zamieszkali w leśniczówce, razem z innymi rodzinami, pozbawionymi dachu nad głową.

Po rozpoczęciu wywózek Leon Lwow zaczął się ukrywać, jednak został złapany i wywieziony za Ural. Reszta rodziny starała się przeżyć, podejmując różnorodne prace. Matka Lidii, Barbara, z wykształcenia botanik, pracowała w mleczarni, brat – w leśnictwie jako palacz. Lidia ukończyła miesięczny kurs pedagogiczny i zaczęła pracę jako nauczycielka w gminnej szkole w Kupie. W ten sam sposób radzili sobie również, gdy przyszedł nowy okupant.

Czytaj więcej: Operacja „Ostra Brama”. Sukces „połowiczny”

„Lala” to nie tylko pseudonim

Lidia Lwow oraz Zygmunt Szendzielarz
– w czasie, gdy ukrywali się w Zakopanem
przed UB.
| Fot. wikipedia

Choć tak nazywano ją jako sanitariuszkę, „Lala” to nie do końca był pseudonim. Mówiono tak na nią od dzieciństwa, w szkole średniej i na uniwersytecie. Jak trafiła do Armii Krajowej? W zasadzie… została porwana.

Znała osobiście por. Antoniego Burzyńskiego ps. Kmicic i prawdopodobnie w jednej z rozmów wyraziła zgodę na dołączenie do oddziału. Potem wydarzenia potoczyły się bardzo zaskakująco. Latem 1943 r. pod dom, w którym mieszkała, podjechała bryczka z ludźmi w mundurach białoruskiej policji pomocniczej Schutzmannschaft. Kilku weszło do domu i po prostu zabrali Lidię ze sobą. Dopiero z dala od domu porywacze wyjaśnili, że są od Burzyńskiego i zabierają ją do oddziału. 7 sierpnia odbyło się jej zaprzysiężenie, otrzymała wówczas pseudonim „Ewa”, ale do historii przeszła pod innym, jako „Lala”.

„Sanitariuszka była tak jak żołnierz. Maszerowała razem z plutonem, albo na początku, przy dowódcy, w środku lub na końcu. Brałyśmy udział we wszystkich akcjach, po przyjściu do wsi, na odpoczynek, obchodziłyśmy wszystkie drużyny, opatrywałyśmy rannych” – opowiadała w filmie „Niezłomny anioł”.

U „Kmicica” poznała także sowieckich partyzantów. Najpierw jako sprzymierzeńców, z którymi mogli działać przeciw Niemcom; potem jako podstępnych wrogów. 26 sierpnia 1943 r. „Kmicic” wraz ze swoim sztabem udał się na konferencję do obozu dowódcy sowieckiej partyzantki, Markowa, by omówić planowaną wspólnie akcję na pozycje niemieckie w miasteczku Madzioł. Markow zaplanował już jednak inną akcję – pod nieobecność dowódcy polski obóz został otoczony przez 2 tys. sowieckich partyzantów, a przybyły na miejsce Markow ogłosił, że otrzymał rozkaz rozbroić ich.

„Kmicic” nigdy nie powrócił do swoich żołnierzy. Lwow spotkała go jeszcze w ziemiance, w której uwięzieni spędzili kilkanaście godzin razem z jeszcze jednym żołnierzem. Burzyński został prawdopodobnie rozstrzelany w pobliskim lesie. Część jego żołnierzy też została rozstrzelana, część – włączona do sowieckich formacji, niektórym udało się dołączyć do polskich oddziałów.

U „Łupaszki”

Po rozbiciu oddziału „Kmicica” Lidia trafiła do „Łupaszki”. „Był oficerem, był człowiekiem w tym sensie, że potrafił i umiał rozmawiać z innymi. Lubił, kiedy chłopcy się popisywali, mówiąc wiersze i śpiewając piosenki. Słuchał i brał w tym udział. Był wymagający. Jego każdy uważał. Był prawdziwym dowódcą. Potrafił myśleć. Był bardzo przyjemny w sposobie bycia. Był wrażliwym człowiekiem. Nie widziałam, żeby płakał” – wspominała swojego dowódcę i przez kilka lat – towarzysza życia.

Wiosną 1944 r. starszy od niej o 10 lat Zygmunt Szendzielarz, wówczas jeszcze porucznik „Łupaszka”, zaprosił ją do swojej kwatery „i w obecności adiutanta jako świadka, powiedział, że od dziś jesteśmy narzeczonymi. Wyjaśnił, że z żoną jest w oficjalnej separacji, że nie ma już żadnych zobowiązań. Ale nie stałam się wtedy panią komendantową. Nie wywyższałam się. Wszystko było jak dawniej. Pozostałam sanitariuszką i nadal mówiłam do »Łupaszki« per komendancie” – wspominała.

3 maja 1945 r. otrzymała awans do stopnia plutonowego z cenzusem, a 15 sierpnia tego samego roku – do stopnia podporucznika czasu wojny. W opinii dołączonej do wniosku mjr „Łupaszka” napisał o niej: „Całkowicie oddana sprawie, odważna, w dużej potyczce z Niemcami, pomimo że została ranna w rękę, niosła sanitarną pomoc, nadal posuwając się w pierwszej linii natarcia”. Wspominała, że przez cały okres swojej walki, zarówno w czasie wojennej okupacji, niemieckiej i sowieckiej, jak i później, w okresie walk w powstaniu antykomunistycznym, nie użyła broni. Była sanitariuszką i służyła, ratując życie.

Czytaj więcej: Wileńskie „panny wyklęte”

Lidia Lwow-Eberle: Polska mi nigdy nie przeszkadzała. Jestem Polką i Polska jest moją ojczyzną. Nigdy nie był nią Związek Radziecki. Walczyłam o Polskę i kocham ją
| Fot. wikipedia

Wojna po wojnie

Formalnie rozwiązanie V Wileńskiej Brygady AK nastąpiło 23 lipca 1944 r. Żołnierzom nakazano wrócić do domów lub małymi grupami przebijać się na zachód, do lasów augustowskich. Lidia wraz „Łupaszką” spędziła zimę na terenach Puszczy Białowieskiej. W tym czasie zmarła Anna Swolkień-Szendzielarz, żona „Łupaszki”.

Walka trwała jednak nadal – już na początku kwietnia 1945 r. nastąpiła ponowna mobilizacja. „Łupaszka” podjął walkę z regularnymi oddziałami LWP, KBW i NKWD, rozbijał posterunki MO i gminne urzędy bezpieczeństwa publicznego. Lidia otrzymała awans na stopień plutonowego, a we wrześniu 1945 r. na podporucznika.

Pojawiały się jednak także momenty dające nadzieję na „normalne” życie. Święta Bożego Narodzenia spędzili razem z córką Szendzielarza, Basią, z którą Lidia pozostała bardzo związana do końca jej życia. Nieustannie byli jednak ścigani przez NKWD i polskich komunistów, udali się w Białostockie i na Śląsk, w końcu w kwietniu 1947 r. znaleźli się w Zakopanem.

Ukrywając się na Podhalu, często zmieniali miejsce zamieszkania, udawali turystów. Lidia rozjaśniła włosy, dobrze się czuła z nowym wyglądem i sposobem życia. Chcieli się przedostać za granicę…

Aresztowano ich w obławie 30 czerwca 1948 r. Oboje osadzono w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Na początku jej nie bito, bicie zaczęło się później, ale opowiadała o nich dużo. W pamięci pozostały jej zakrwawione ręce…

23 października 1950 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie rozpoczął się pokazowy proces Szendzielarza i Lwow. Wyroki zapadły już po kilku dniach, 2 listopada „Łupaszka” został skazany na 18-krotną karę śmierci, Lidię skazano na karę dożywotniego więzienia. Wyrok wydał jeden z najbardziej oddanych komunistom sędziów, płk Mieczysław Widaj.

Spotkali się w więzieniu na dwa tygodnie przed wykonaniem wyroku śmierci. To „Łupaszka” mówił, ona słuchała. Kazał jej się uczyć i wyjść za mąż.

Marzec 2019 R. Lidia Lwow-Eberle, zastępca prezesa IPN Krzysztof Szwagrzyk, wojewoda małopolski Piotr Ćwik i wójt gminy Jordanów Artur Kudzia odsłaniają w Osielcu pomnik mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.
| Fot. TWITTER/IPN KRAKÓW

Zacząć od nowa

Nowe życie zaczęła po wyjściu z więzienia w 1956 r. Do powrotu na studia, mimo wieku – miała 36 lat – zachęcał ją Paweł Jasienica, znany pisarz historyczny. Mówił, że na uniwersytecie spotka nowych, innych ludzi. Tak się stało. Czasu nie można było cofnąć, ale można było dobrze wykorzystać ten, który pozostał.

Studiowała archeologię, dziedzinę, która dopiero się rozwijała w Polsce, została najlepszą specjalistką od zabytkowej skóry. Jej córka, Justyna, uważa, że odmłodziło ją małżeństwo. Męża, młodszego o 15 lat historyka Jana Eberlego, poznała na studiach. „On był z młodszego pokolenia i to dało jej szansę na zamknięcie w niej tej trudnej przeszłości. Żyła z nim czymś innym. Nie rozpamiętywała przeszłości” – opowiadała jej córka.

Zaczynać od nowa było warto. Dla córki, dla pracy, dla historii, której była świadkiem. Przeżyła przecież 100 lat.

„Dziękuję Bogu za swoje życie, za rodzinę, którą miałam. Wszystko, co przeszłam w życiu, było dobre. Więzienie nie jest dobre, ale przeżyłam tam siedem lat i po więzieniu skończyłam archeologię. Nie myślę o zostawieniu śladu po sobie. Byłam tylko zwykłą sanitariuszką, nic wielkiego nie zrobiłam. Starałam się żyć ze wszystkimi w zgodzie” – mówiła pod koniec swojego życia.

Dla tych, którzy ją spotkali, była jednak kimś znacznie więcej.

Tak w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” wspomina ją ks. Jarosław Wąsowicz, felietonista naszego magazynu: – Z Lidią Lwow-Eberle ps. Lala miałem zaszczyt spotykać się wielokrotnie przy okazji różnych uroczystości upamiętniających V Wileńską Brygadę AK. „Lala” zawsze, kiedy tylko mogła, bardzo chętnie w nich uczestniczyła. Była niezwykle ciepłym i dobrym człowiekiem. Podziwiałem ją, że mimo wieku chętnie opowiadała o swoich wojennych i powojennych losach młodzieży. Zawsze mówiła, że miała piękne życie, co dla mnie było świadectwem jej przekonania, że ostatecznie wartości i ideały, za które walczyła w szeregach AK i cierpiała jako więzień okresu stalinowskiego, odniosły zwycięstwo, warto dla nich było się poświęcać. Za to jej piękne życie dziękujemy dzisiaj Panu Bogu – nie kryje ks. Wąsowicz.

Uroczystości pogrzebowe śp. Lidii Lwow-Eberle „Lali” odbędą się w piątek 22 stycznia w Warszawie. Sanitariuszka V Brygady Wileńskiej Armii Krajowej spocznie na Powązkach Wojskowych.

Czytaj więcej: 100-lecie wyzwolenia Wilna z Garnizonem Nowa Wilejka


W tekście wykorzystano wspomnienia Lidii Lwow-Eberle „Lali” i Justyny Eberle opublikowane w biuletynie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL „Rakowiecka 37”, opracowane przez Jarosława Wróblewskiego, a także wywiady i pracowania IPN.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 3(7) 18-24/01/2021