Nieruchomościowa gorączka nabrzmiewa bańką

W Wilnie są rezerwowane nie tylko jeszcze niezbudowane mieszkania, lecz nawet te dopiero projektowane
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Znaki na rynku mieszkaniowym i w sektorze bankowych pożyczek wskazują, że może się powtórzyć sytuacja sprzed ponad 10 laty, kiedy wybuchła bańka nieruchomościowa i załamał się gwałtownie – dotąd rosnący jak na drożdżach – popyt i sprzedaż lokali. Już teraz w Wilnie brakuje nowych mieszkań. Rezerwowane są te dopiero zaprojektowane na deskach kreślarskich architektów.

Nie chce się być tą złowieszczo kraczącą wroną, ale warto przypomnieć pewną historię z roku 2009, kiedy to co poniektóre firmy deweloperskie – w pogoni za zyskiem – zostawiły na lodzie wielu uczciwych nabywców wymarzonych mieszkań.

Dom z „duchami” niedoszłych lokatorów

W wileńskich Poszyłajciach stoi sześciopiętrowy blok mieszkalny. Jak opowiada Natalja, była agentka już nieistniejącej firmy nieruchomościowej, to były wówczas obrzeża stolicy, choć tuż obok jest pętla (zajezdnia) trolejbusowa.

– To było wówczas bardzo dobre, perspektywiczne miejsce. Dom rósł na oczach, a klienci już rezerwowali w nim mieszkania. Zapłacili pierwsze wkłady i z niecierpliwością czekali na spełnienie swoich marzeń – opowiada Natasza. Jednak to był też czas nieruchomościowego Dzikiego Zachodu, kiedy to cwaniacy i oszuści mieli się nieźle, jak ryby w mętnej wodzie.

Ceny mieszkań, domów i ziemi w Wilnie i na całej Litwie pędziły w górę jak znarowione konie. I oto co poniektóre agencje nieruchomościowe, które oferowały też usługi budowlane, zwietrzyły jeszcze lepszy interes. Już ich nie zadowalał przysłowiowy wróbel w garści… Postanowiły zwrócić pieniądze swoim dotychczasowym „inwestorom” i sprzedać prawie zbudowane mieszkania nowym klientom.

– Opłacało się to zrobić, ponieważ wielkość zwrotu pierwotnego wkładu i niewielkie kary za zerwanie umowy, tzw. odstępne, pozwalały na jeszcze większe zyski – przypomina tę historię była menedżerka agencji nieruchomościowej.

Trzeba było tylko znaleźć „oficjalną” przyczynę zerwania umowy. Dom pęka, czyli „powstało zagrożenie budowy z powodu usterek technicznych” – usłyszeli niedoszli klienci, którzy musieli, już po wyższych cenach, szukać następnych mieszkań.

Przeszło kilka miesięcy i dom z „duchami” niedoszłych lokatorów raptem ożył! Szybko został wykończony i nową tablicą (z, oczywiście, nowymi cenami) zapraszał do kupienia „nowoczesnych mieszkań w strategicznej lokalizacji”.
To był złoty interes…

Czytaj więcej: Koronawirus nakręca ceny nieruchomości

Boją się stracić oszczędności

Dziś mieszkańcy Litwy, wystraszeni niepewnością jutra, jaką niesie pandemia, nie chcą stracić swoich oszczędności (najbardziej ci starsi). Młodzi, mający jeszcze dobrą pracę, biorą kredyty hipoteczne w nadziei zapewnienia sobie przyszłego lokum.

Ceny nieruchomości w porównaniu do roku ubiegłego wzrosły o blisko 20 proc., ale jeszcze nie osiągnęły poziomu sprzed wybuchu bańki nieruchomościowej, która rozpoczęła się za oceanem. – W okresie pandemii spodziewaliśmy się prognozowanej ciszy na rynku, wyhamowania, a tymczasem nastąpił dosyć nieoczekiwany wzrost sprzedaży mieszkań, domów, ziemi – mówi Marina Rustemowa, menedżer wileńskiej agencji nieruchomościowej „Namvila”.

– Czy będzie pęknięcie bańki? Wcześniej czy później to może nastąpić, ale na pewno nie w najbliższym czasie, kiedy jeszcze jest podaż – mówi. – Tak, koronawirus wystraszył ludzi. Mają pieniądze i nie chcą ich stracić. Nie ufają bankom, boją się spadku wartości euro. Na razie nie kupują wszystkiego, co się da, ale już zabrakło mieszkań jedno- i dwupokojowych w wileńskich dzielnicach starego budownictwa, jak Justyniszki, Poszyłajcie, Fabianiszki. Kupowane są na potrzeby własne – na zapas, dla dzieci albo na wynajem, bo w stolicy jest największy rynek pracy – mówi.

Mieszkania starego budownictwa, o powierzchni ok. 50 mkw., można na razie kupić w cenie od 55 tys. do 80 tys. euro. W ciągu roku zdrożały o 3000–5000 euro. Lokum o tej samej powierzchni w nowym bloku położonym w peryferyjnych dzielnicach kosztuje do 100 tys. euro.

Marina Rustemowa: Spodziewaliśmy się prognozowanej ciszy na rynku, wyhamowania, a tymczasem w okresie pandemii nastąpił wzrost sprzedaży mieszkań, domów, ziemi.
| Fot. archiwum prywatne

Banki się ubezpieczają

Banki już zwąchały interes – albo raczej zabezpieczają się przed pechowymi skutkami poprzedniej bańki nieruchomościowej. – Na razie za pożyczkę wymagają natychmiastowej wpłaty w wysokości 20 proc. zakupu przyszłego obiektu (w przypadku emigrantów – do 40 proc.), ale już wkrótce może to się zmienić na niekorzyść klientów. Czas pożyczki jest bezpośrednio związany z wiekiem – im starsza osoba, tym krótszy termin jej spłacania – opowiada Marina Rustemowa.

Gwałtowne ożywienie na rynku nieruchomościowym obudzi niewątpliwie nie tylko cwaniaków, lecz także oszustów. Ta historia sprzed laty już stała się anegdotą. Pewna kobiecina postanowiła sprzedać swoje przestronne trzypokojowe mieszkanie w Wilnie, kupić dwupokojowe swojemu synowi z rodziną, a sobie – jakąś chatkę w rejonie.

– Wszystko poszło jak po maśle. Dzieci szczęśliwe, matka też, bo na wówczas podwileńskich Zielonych Jeziorach otrzymała kawał ziemi z niewielkim domkiem. Była studnia, a obok przystanek. Okazja! – opowiada Natasza.

Po miesiącu woda się skończyła, bo to była… atrapa źródła z ziemi. A kierowcy przejeżdżających autobusów nie zatrzymywali przy nieplanowanym przystanku – nielegalnie ustawionym słupie z tabliczką A…

Kiedy trwoga, to do Boga

Pewien znajomy, który w owych dobrych czasach przedkryzysowych, latach 2005–2009, swój biznes oparł na budowie domów pod Wilnem, przed samym wybuchem bańki nieruchomościowej miał kłopoty ze sprzedażą „rodzinnych rezydencji”. I tu sobie przypomniał stary zwyczaj z Wileńszczyzny. „Trzeba księdza!” – wykrzyknął w duchu jak Arystoteles z legendarną „Eureką!”.

Zaprosił wielebnego, by ten wyświęcił wystawiony na sprzedaż, a bezskutecznie od kilku miesięcy niespieniężony dom w podwileńskiej Rzeszy. Ksiądz, choć trochę się zżymał, że „gniazdo rodzinne jest bez domowników”, to jednak z całą należytą powagą wyświęcił wszystkie kąty i pożegnał się z – oczywiście – ofiarą dla Kościoła.

I co sobie wyobrażacie?! Za tydzień domek jednorodzinny poszedł jak na aukcji – znalazło się kilku chętnych, z których jeden tak podbił cenę, że wygrał z rozmachu.

– Nie, my w naszej firmie nigdy Bogu nie przeszkadzaliśmy w naszych ziemskich sprawach, ale mieliśmy kiedyś taki wypadek, że widocznie modlitwy pomogły naszemu klientowi – opowiada Marina Rustemowa z firmy „Namvila”.

Mieli kiedyś klienta – sprzedawcę porządnego mieszkania na prestiżowym wileńskim Antokolu. Tymczasem wielu wybrednych klientów wypytywało: Czy aby na pewno jest tam spokojnie? Czy sąsiedzi to porządni ludzie? – Odpowiadaliśmy, że spokój jest zagwarantowany, żadnych dyskotek obok – opowiada menedżerka „Namvili”.

Jednak długo nie mogli znaleźć kupca, bo jak już doszło do umówienia się na oględziny i zainteresowany nieruchomością wyjrzał przez okna na południe… To wszyscy dawali drapaka! Pod oknami był cmentarz…

Wreszcie zdesperowany dziadek poszedł pomodlić się do pobliskiego kościoła św.św. Piotra i Pawła. Tam po lewej stronie znajdują się kaplice Królowych Polskich i św. Augustyna.

– Ktoś mu powiedział, że to właśnie ten święty może pomóc sprzedać, niepotrzebne samotnemu, mieszkanie. Bo kiedyś sam św. Augustyn, w młodości, miał problemy finansowe. No i dziadek szczerze się pomodlił, włożył do skarbonki ofiarę, 10 litów, i… za kilka dni miał kupca! – wspomina szczerze ubawiona Marina.

Pech chciał, że przyszła właścicielka – starsza pani, która chciała w ten sposób zostawić coś w testamencie wnukom – na kilka dni przed podpisaniem umowy… zmarła.

Dziadek znów do kościoła, już bez intencji, po prostu ze swoją biedą poszedł do Boga. I wkrótce pojawił się nabywca, któremu nie przeszkadzały kwiaty pod oknami i „cisi sąsiedzi”.

Czytaj więcej: Mieszkania socjalne w Mickunach: sprzeciw mieszkańców


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 9(25) 27/02-05/03/2021