Reżyser powinien być obserwatorem świata. Rozmowa z reżyserem Jackiem Januszykiem

Jacek Januszyk, reżyser, scenarzysta i operator filmowy
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Reżyserzy dzielą się na tych, którzy widzą świat kamerą, i tych, którzy patrzą poprzez aktora. Dobrze, gdy te dwa spojrzenia się uzupełniają – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Jacek Januszyk, reżyser, scenarzysta i operator filmowy.


W ostatnich tygodniach wspólnie z Polskim Teatrem Studio w Wilnie realizuje Pan filmowy spektakl „Odrodzeni Duchem” na podstawie utworu Juliusza Słowackiego „Preliminaria peregrynacji Jego Osobowości Księcia Sierotki Radziwiłła do Ziemi Świętej”. To chyba nie jest łatwy spektakl do przeniesienia na ekran telewizyjny…

Przeniesienie teatru na język filmu czy telewizji zawsze powoduje wiele trudności. W czasie gry przed publicznością aktorzy odczuwają emocje widowni, reagują na nie. Kamera tego nie daje, dla aktora teatralnego jest urządzeniem martwym. Ma ona jednak inne możliwości. Totalnie zmienia dystans, potrafi wnikać w emocje, zmieniać upływ czasu poprzez ruch. W czasie naszego filmowania było widać, że powoduje to pewną trudność dla aktorów, którzy mieli wcześniej przede wszystkim doświadczenie teatralne, ale ze sceny na scenę było coraz lepiej. Myślę, że uda nam się oddać bardzo dobrze to, co zawarł w swoim scenariuszu Sławomir Gaudyn, z którym współpracuję już nie po raz pierwszy i świetnie się rozumiemy. Ja mam bardzo duże doświadczenie na polu telewizyjnym czy filmowym, a Sławek dobrze zna aktorów Polskiego Teatru Studio w Wilnie, współpracuje z nimi, więc świetnie się uzupełniamy.

Kiedy Pan opowiada o swojej pracy, nie da się nie zauważyć, że kocha Pan kamerę. Czy doświadczenie operatora pomaga Panu w pracy reżysera?

W szkole filmowej w Łodzi studiowałem na wydziale operatorskim, w czasach, gdy nieodżałowany Grzegorz Królikiewicz prowadził zajęcia łączone reżyserii z operatorami. Nie były one nawet zorganizowane formalnie, po prostu nas zapraszał na swoje zajęcia. Zresztą nawet jeśli nas nie zaprosił, też waliliśmy tam drzwiami i oknami, bo były one czymś niezwykłym. Bardzo ważnym doświadczeniem było dla mnie wówczas to, jak ścierają się punkty widzenia studentów reżyserii i operatorów. Nie mam wątpliwości, że to doświadczenie, które idzie od kamery, jest w pracy reżysera niezwykle potrzebne. Powiedziałbym nawet, że reżyserzy dzielą się na tych, którzy widzą świat kamerą, i tych, którzy patrzą poprzez aktora. Dobrze, gdy te dwa spojrzenia się uzupełniają.

Czytaj więcej: Polski James Bond. Powstaje film o Aleksandrze Myszkowskim

Doświadczenie zdobywał Pan nie tylko w czasie studiów, współpracował Pan także z najlepszymi polskimi reżyserami. Który z nich wywarł na Pana największy wpływ?

Rzeczywiście, miałem okazję współpracować ze wspaniałymi reżyserami. Miałem bardzo dobry kontakt z Janem Kolskim, Leszkiem Wosiewiczem, ale także z wybitnymi operatorami. Nie mam wątpliwości, że najważniejszą postacią, z którą współpracowałem, był Andrzej Wajda. Zaraz po szkole byłem operatorem przy jednym z jego filmów fabularnych, „Panna Nikt”, i świetnie nam się współpracowało. Ten film zdjęciowo prowadził Krzysztof Ptak, prawdziwy gigant, jeśli chodzi o sztukę operatorską. O Wajdzie mógłbym opowiadać godzinami, bo to był zupełnie wyjątkowy reżyser, a także człowiek. Bardzo często gościliśmy w jego mieszkaniu na Żoliborzu, dużo rozmawialiśmy. Słuchanie go, obserwowanie jego pracy, a wreszcie realizowanie scen według jego szkiców, które wydrapał piórem, to było coś wyjątkowego. Często wystarczył taki szkic, by można było świetnie wyczuć jego intencje. Miał zwyczaj odpoczywać codziennie po obiedzie. To były dwie godziny, gdy mogliśmy się wykazać, spróbować coś zaimprowizować, ale zawsze wyczuwając mistrza. Tak, żeby zaakceptował to, co zrobiliśmy, gdy spał. Czasem, gdy wiedziałem, że bardzo daleko pozwoliłem sobie zabrnąć w pracy z aktorami, próbowałem wyjaśniać swoje pomysły, gdy wrócił po drzemce, a on mówił tylko: „Ja już wszystko wiem, róbmy tak”. To była niezwykła pochwała. Styl jego pracy był niepowtarzalny. Miał bardzo mało uwag, ale były one niesamowicie celne. Potrafił zapalić prawdziwą pasję, w jednej chwili zmienić ton, miał przy tym wielki dystans do siebie. Jedno z jego słynnych powiedzonek brzmiało: „Robię te filmy, robię, może mi wreszcie któryś wyjdzie”. Później ta współpraca się gdzieś zgubiła. Wajda rozpoczynał akurat pracę nad zdjęciami do „Pana Tadeusza”, proponował mi zaangażowanie się w ten film, jednak wtedy myślałem, że tego rodzaju projekt idzie zbyt daleko, przyjąłem więc inną propozycję.

Czy żałował Pan później tej decyzji?

Oczywiście, że żałowałem! Cała nasza droga zawodowa składa się z tego, że czasem inwestujemy ogromne siły w projekt, który kończy się klapą, a czasem coś, co zapowiada się nieszczególnie, odnosi wielki sukces. Nie można angażować się we wszystko, czasem nakładają się terminy, mamy jakieś zobowiązania, których nie można lekceważyć.

Który ze swoich projektów uważa Pan za najbardziej udany?

Mam swoje kino autorskie. Taki bardzo ważny dla mnie projekt to film „Trzy upadki świętego”. Scenariusz filmu inspirowany jest opowiadaniem Kazimierza Przerwy-Tetmajera z tomu ,,Na skalnym Podhalu”. Zdjęcia zostały już zrealizowane, jesteśmy na finiszu, zamykamy ostatnie sprawy formalnoprawne. To kino kostiumowe, historyczne, opowiadające o bardzo ważnych sprawach, o świętości, jej poszukiwaniu i woli, by oczyścić się z pułapki zła, grzechu, który się popełniło w przeszłości. Myślę, że każdy, nawet najgorszy człowiek staje kiedyś przed lustrem i widzi swoje zło, pragnie je naprawić. Czasem ta naprawa ma bardzo powierzchowny wymiar, ogranicza się do jakichś datków czy zewnętrznych zachowań, czasem sięga ona bardzo głęboko, do wnętrza człowieka. O tym właśnie jest ten film. Myślę, że będzie on ciekawy dla wielu osób. Pierwsze recenzje są bardzo pozytywne. Robocza wersja prezentowana była na festiwalu w Cannes w sekcji Work in Progress, w której pokazuje się dobrze rokujące projekty, oraz na festiwalu Nowe Horyzonty w Polsce.

Czytaj więcej: Kinga Dębska: film skierowany do tych, którzy boją się umierania…

Dla kogo robi Pan swoje filmy? Dla widzów, dla krytyków czy po prostu z własnej potrzeby?

Zawsze coś tworzyłem. Moje dziecięce zeszyty były całe porysowane, rzeźbiłem w czym się dało, w mydle, w glinie. Potem trafiłem do Zespołu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem, które otworzyło przede mną świat sztuki. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli, ale uczyli nas też twórcy, którzy nie byli tam formalnie zatrudnieni, jak Władysław Hasior. Uczono nas patrzeć, obserwować, wrażliwości na sztukę. To był niesamowity potencjał, z którego czerpię także teraz. Odnalazłem się w filmie, ale to dla mnie dalszy ciąg tej samej drogi. Interesuje mnie sztuka narracyjna, chcę opowiadać przez sztukę. Jestem obserwatorem świata, interesuje mnie widzenie ciągłości, tego, jak rozwija się życie, jak zmieniają się ludzie ze względu na rzeczywistość czy też relacje, w których się znajdują. To bardzo ważne w filmach dokumentalnych, których również wiele zrealizowałem. Dokument bardzo wiele uczy i jako doświadczenie pomaga również w pracy nad filmami fabularnymi. Nawet teraz, podczas tych zdjęć w Trokach czy Miednikach, patrzę na aktorów jako na ludzi, nie tylko jako na odtwórców ról. Pozostaję obserwatorem, reaguję na człowieka, bo dopiero na bazie tej reakcji tworzy się postać filmowa.


„Odrodzeni Duchem” według dzieła Juliusza Słowackiego to nowa produkcja Polskiego Teatru „Studio” w Wilnie i TVP Wilno. Spektakl telewizyjny powstaje pod kierunkiem Sławomira Gaudyna, reżysera Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, oraz Jacka Januszyka, reżysera filmowego.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 21(57) 22-28/05/2021