Skąd Litwini wracali? Druga część sprawozdania z karkonoskich śpiewów

Temat pasty jajecznej wyczerpał się. Wyszedłszy na zewnątrz, zapoznaliśmy się z mapą, którą otrzymaliśmy. Stanowiła ona rodzaj wyzwania, ponieważ nie było tam niemal żadnej poprawnej wskazówki, zatem polegaliśmy na słowie mieszkańców i GPS-ie. W miarę schodzenia z góry odnotowywaliśmy coraz to piękniejsze formacje skalne, strumyki i drzewiaste kopce. Jako punkt orientacyjny w połowie drogi spotkał nas unieruchomiony tramwaj.

Pierwsza część reportażu.

Później poszło szybko. Poczta, kościół, urząd, kościół raz jeszcze i koniec. Zdjęcia są, wrażenia są, sił nie ma. Wycieczka udana. Pojawił się jednak problem powrotu, wszak z góry zejść zeszliśmy, ale pięćdziesięciominutowa podróż w górę niespecjalnie radowała zmęczonych już odkrywców. Znaleźliśmy jakiś autobus, trochę poczekaliśmy (co uczestnicy wykorzystali na splądrowanie pobliskiej Biedronki) i lada moment byliśmy z powrotem w ośrodku w Przesiece.

Kartofle z cukrem

Wieczorem doszło do krótkiego „spięcia kultur” — żartobliwie ujmując. Otóż w Polsce bliny ziemniaczane (zwane plackami) je się z cukrem. Część grupy litewskiej dobitnie wyraziwszy żartem obrzydzenie tego rodzaju barbarzyństwem, przypuściło kontratak śmietaną i zasmażką z cebuli i słoniny.

Grupa polska przerażona kulinarnym zuchwalstwem Wileńszczyzny odpowiedziała salwą o klarowanym barszczu (takim bez warzyw, sama zabarwiona woda, co niektórzy złośliwie nazwali „buraczanym kompotem”). „Litwini” zniósłszy ten atak dokonali najazdu na polską śmietanę, która występuje tylko w „osiemnastoprocentowej tłustości”, a ta z 30 proc. tłuszczu jest głównie na słodko. Gdyby tylko słyszeli o uszach świńskich… Na ten moment jednak weszło w życie zawieszenie broni.

Słońce dnia drugiego kładło się spać, zresztą my też. Następny dzień miał nam pokazać wartość wyspanego umysłu. W planach było spotkanie z kołem gospodyń wiejskich. To jednak jutro — tymczasem korytarzem niosły się pod moje drzwi przyjemne dźwięki gitary i lulanie się do snu młodzieży z polskiej grupy.

„Śpiewajmy wszyscy w ten radosny czas/ śpiewajmy razem ilu jest tu nas/ Choć lata młode szybko płyną, wiemy, że/ Nie starzejemy się” — głucho raportowały ściany ośrodka.

Małe ojczyzny

Dzień trzeci przywitał nas nerwową dyskusją o tym, jak dużo czeka nas pracy przed spotkaniem z gospodyniami. Musieliśmy zaprezentować swoje małe ojczyzny, czyli Łódź i Litwę, w jak najciekawszy (i korzystny!) sposób.

Chociem z polskiej grupy, usiadłem z młodzieżą z Litwy — wszak sam stamtąd — aby wspólnymi siłami przygotować plan prezentacji Litwy dla gości. Zaskoczony byłem głębokim patriotyzmem młodzieży nie tylko wobec polskiej tożsamości narodowej, ale także wobec samej Litwy jako państwa. Zresztą, na pierwszy „rzut uchem” wydało mi się, że im ktoś dbalej mówił po polsku, tym lepiej znał kulturę, historię i język litewski — nie zgłębiałem jednak tematu wnikliwiej niż pozwolił czas.

Przyszedł czas wyjść i pokazać twarze przed paniami gospodyniami. Usiadły, bacznie obserwowały, co młodzież „wyłoży na stół”. Na pierwszy ogień poszła Litwa.

Wpierw młodzi ludzie przedstawili regiony etnograficzne Litwy: Auksztotę, Żmudź, Dzukię (Dajnawę), Suwalszczyznę oraz Małą Litwę. Trochę o strojach, o zwyczajach, bez przeciągania.

Wilno, Wilna, Wilne

No i czas na Wilno. Jeruzalem Północy, Jeruszalaim szel cafon, stolica romantyzmu (wszystko to oczywiście młodzież wspomniała). Gospodynie były zaskoczone, że oto jedyne centrum liturgiczne żydów w tej szerokości geograficznej znajdowało się właśnie tutaj, w Wilnie, a Żydzi jako naród nie mieli wielkich zatargów z innymi mieszkańcami. „No i co, i nie było problemu? Można!” — zareagowała na opowieść jedna z pań.

To była jednak tylko przystawka, nie można było pozostawić pobudzonego apetytu bez dania głównego — bez Wileńszczyzny z wachlarzem jej barw, tradycji i dziejów. Tak więc od Jeruszalaim szel cafon nasza wyobraźnia pomknęła dalej do Rzeczpospolitej Pawłowskiej, dożynek, rumianych bochnów chleba, palm wileńskich, kaziuków i wielonarodowej kuchni. Niektóre przywoływane dania nie były dla gospodyń zaskoczeniem — bliny (placki), cepeliny (kartacze), kołduny (małe pierogi), wszystko to miało jakiś swój odpowiednik także w Polsce.

Fenomenem okazały się za to karaimskie kibiny, żydowski kugel oraz tatarski stupłatowiec (stulistnik). Ten ostatni wywołał niemały zamęt w szeregach kulinarnych weteranek. „Ale to jest tłuste ciasto, tak?” — z zaciekawieniem pytały. A młodzież odpowiadała — „maślane wręcz, z makiem i rodzynkami”. Coś mi mówi, że w okolicy Przesieki w tych dniach mogło drastycznie wzrosnąć zainteresowanie przepisami na ten wypiek.

Grupa z Litwy przegalopowała przez fakty o mniejszości polskiej na Litwie, opowiedziała o szkołach, organizacjach. Ostatecznie członkowie zespołu Wileńszczyzna — Tomek i Julek — opowiedzieli i o swoich rewirach.

Na ekranie rzutnik wyświetlił ojca-założyciela zespołu, świętej pamięci Gabriela Jana Mincewicza. Jego postać, utrwalona po koncercie swojej ekipy, została zatrzymana w bezruchu ku pamięci potomnych przez reportera Mariana Paluszkiewicza. Chłopaki przystudzili trochę uśmiechy, nadając powagi tematowi, ale nie pozbawiając prezentacji lekkości — opowiedzieli o zespole i wadze tego i innych zespołów pieśni i tańca dla społeczności polskiej na Litwie.

Śpiewna mowa

Panie czekały na wisienkę na torcie. I ta wisienka im została podana — w ostatnich akcentach prezentacji skupiono się na gwarze Polaków Wileńszczyzny. Wielki napis „dialekt północnokresowy” nie zdążył wsiąknąć dobrze w źrenice, a już słychać było odgłosy ekscytacji. „Wy nie mówicie, wy śpiewacie!” — łechtały prezentujących się panie gospodynie. „PŁaszcz, Łyżka, tŁuszcz” — bez litości podrzucała łakomej publiczności młodzież.

„Toż to wasze teatralne »Ł«!” — podjudzały gospodynie do dalszego sprzedawania rozkosznych dźwięków. Publiczność była zdobyta, jak nic. Rozgadaliśmy się o słownictwie. „A mamy takie słowa, które kiedyś w użytku były, już nie są. Obsadka, na ten przykład” — rzucił młodzieniec z grupy „litewskiej”.

Panie jednak słowo znały. „Obsadka? Myśmy tym w młodości pisały! Rylec OBSADZONY w drewnie, maczało się w atramencie i pisało!” — stwierdziły. I tak role odwróciły się, teraz to młodzież była zaskoczona.

Przyszła kolej na grupę łódzką — która również posiłkowała się rzutnikiem. Ale — dość gadania, czas śpiewania. Grupa polska chwyciła w ręce instrumenty, gitarowa orkiestra pani Marty usiadła, keyboard wydał basowe dudnienie sygnalizujące, że właśnie został włączony, mikrofony lekko zawyły. Cisza przed burzą.

Od białych śpiewów po rock

„Na początek zagramy coś z nowszego repertuaru. »Weź nie pytaj« Pawła Domagały” — wprowadziła gości pani Marta trzymając w rękach gitarę. Była lekko spięta, nie wybuchała srebrzystym śmiechem przy co drugim słowie jak to miała w zwyczaju (co, swoją drogą, uczestnicy projektu uwielbiali i wspominali nawet po wyjeździe), ale nie było to jej pierwsze rodeo, bardziej się martwiła stresem swoich uczniów.

„Paweł Domagała, znamy, znamy, lubimy i słuchamy” — zgodnie odparła publiczność. Młodzież była zaskoczona takim obrotem spraw (wszak panie gospodynie to prędzej same ludowe pieśni, niż jakieś nowoczesne jęki, no nie?), ale pozytywnie.

Struny zrobiły „drrrum dudududum”, klawisz „papapapam”, mikrofon „uiiiiii”. Muzyka ruszyła. Serca zrównały się z rytmem dyktowanym przez utwór. Ze śpiewem wkroczył Andrzej z Łodzi, który przy kolejnych częściach piosenki wkraczał na falset z taką lekkością, że pani Marta nie mogła skryć mikropalpitacji radości — powstrzymała się jednak przy gościach od okrzyków „Andrzej, czemuś ty talenty przed całym pałacem (chodzi o Pałac Młodzieży w Łodzi) ukrywałeś?!”. Andrzejowi wokal podbijała Milena swoim silnym, dziewczęcym głosem. Sala płonęła, trudno powiedzieć, czy bardziej zachwyceni byli wykonawcy, czy goście, ale ktoś był na pewno. Ja byłem!

Później wszystko pomknęło jak z bicza trzasł. Kawałek za kawałkiem i na salony wróciła młodzież z Wileńszczyzny. Zaskoczyli również mnie, wilniuka, gdyż prócz repertuaru polskiego zaprezentowali także piosenki litewskie — których w dużej części nie znałem. Jak nietrudno było przewidzieć, „Walc wileński” zapadł w pamięć wszystkim, nie tylko gospodyniom, ale również polskiej części projektu. Można rzec, że Wileńszczyzna kolonizowała kolejne dusze i do wieczora już większość intonowała pod nosem „Daj rękę kochanie, porywa nas taniec…”.

Wraz z zakończeniem okazało się, paradoksalnie, że to nie koniec. „Bis-eszcze raz-bis, bis-eszcze bis-raz” — okrzyki mieszały się w harmider. Z czasem widzowie ustalili wspólną wersję okrzyku i z hałasu wyklarowało się jednolite zawołanie: „jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz!”. No to wileńska młodzież pojechała raz jeszcze. Julek zrobił sprytny zjazd po klawiszach i znów można było cieszyć ucho niewybrednym wokalem i instrumentalnymi akrobacjami.

Kolonizacja Karpacza

Kilka godzin później młodzież przesycona wrażeniami ułożyła swoje głowy. Rano czekała nas wycieczka do Karpacza. Nastał błogi sen.

Sen-sen i po śnie. Na korytarzu było głośno, pośpiechem ociekał każdy zakamarek ośrodka. Szybko wrzuciłem coś na ząb, zebrałem ze sobą, co trzeba, i wyszedłem ze wszystkimi na zewnątrz. Miał nas zabrać autokaro-bus (nawet nie wiem, jak to nazwać, taki rodzaj większego busa, na ok. 30 osób). Wizja dwugodzinnej drogi nie martwiła mnie — liczyłem na odrobinę snu przyprawionego przyjemnym, masującym skronie drganiem szyby pojazdu.

Dotarliśmy do Karpacza zdrowi i cali. Widoki górskie, górskie powietrze, górskie upominki. Obejrzeliśmy świątynię Wang (średniowieczny drewniany kościół skandynawskki w całości przeniesiony z Norwegii do Karpacza, wybudowany bez użycia gwoździ), zrobiliśmy multum zdjęć i ustaliliśmy, że na jakiś czas grupa może się rozgrupować, żeby później, o konkretnej godzinie i w konkretnym miejscu, ponownie się zgrupować.

I znów młodzież wileńska skupiła uwagę mieszkańców i turystów na sobie oraz, oczywiście, pani Marcie, która nie szczędziła żywiołowego okazywania zachwytu. O tym jednak w kolejnej części naszych przygód.

Druga część reportażu.